Spojrzał na swoją śliczną Levallę, ale widać było, że pod tym względem nie ma żadnych obaw. Levalla roześmiała się.
— Czyż mam teraz czas na umizgi? Świetnie wyglądasz, Moreto. Czy ktoś z twego Weyru odniósł jakieś obrażenia po wczorajszym Opadzie?
— Kilka pobrużdżeń od Nici i jedno zwichnięte ramię. Dzięki konsolidacji Weyrów każde skrzydło dokłada wszelkich starają, żeby wypaść jak najlepiej w porównaniu z innymi.
— Ja też tak uważam — powiedział K’dren — ale kamień spadnie mi z serca, kiedy będziemy mogli wrócić do pracy w naszych tradycyjnych regionach. Chcę, żebyś wiedziała, że nie chodzi mi o Sh’galla — jest naprawdę świetnym Przywódcą; to ten zgorzkniały pasożyt z Telgaru…
— K’drenie… — odezwała się Levalla ze stanowczą naganą.
— Moreta jest dyskretna, ale ten człowiek… — K’dren zacisnął pięści, a oczy zapłonęły mu złością. — On ci nie pomoże w niczym, nie ma go co prosić, Moreto!
Moreta wyjęła swoje listy. Na ich widok K’dren aż krzyknął ze zdumienia.
— A więc jednak się do czegoś przydadzą. Pozwól mi na nie spojrzeć. — Przerzucał arkusze, aż ujrzał kanciaste pochylone pismo M’taniego. — T’grel jest tym człowiekiem, z którym należy się skontaktować w Telgarze. To odpowiedzialny jeździec i zrobi to chętnie w odwecie za niektóre sztuczki M’taniego. Potrzebni ci będą jeźdźcy ze wszystkich Weyrów, żeby powynajdywać gospodarstwa i chaty, które nie są zaznaczone na mapach. Możesz być pewna poparcia Bendenu. A zastanawiałem się, czemu nasz uzdrowiciel znowu wziął się do pobierania krwi!
— Czy Capiam jest pewny, że to szczepienie pomoże? — zapytała Levalla. Szybko obracała swoje drewienko w palcach, co świadczyło o tym, jak jest niespokojna.
— On porównuje tę zarazę do Nici. Jeżeli nie będzie się miała do czego przyczepić, to nie przetrwa.
— A wracając do sprawy Wylęgu… Mamy tu bardzo bystrego młodego człowieka z górniczej osady na wyżynach Lemosu, na którego trafiliśmy podczas Poszukiwania dwa Obroty temu powiedziała Levalla, wracając do rzekomej przyczyny przyjazdu Morety. — Nie wiem, dlaczego nie Naznaczył, ale jeżeli na waszym terenie nie znajdzie partnera, weźmiemy go jeszcze raz. Na imię ma Dannell i chętnie dalej zajmowałby się górnictwem.
— Czy większość Poszukiwań prowadzicie w cechach, a nie w warowniach?
— Kiedy widać już koniec Przejścia, lepiej mieć w Weyrze ludzi, którzy potrafią wykorzystać swój wolny czas z korzyścią dla Weyru.
— Otrzymujemy daninę niezależnie od tego, czy jest Przejście, czy go nie ma — powiedziała Moreta, marszcząc brwi.
K’dren podniósł wzrok znad listy imion, którą uważnie czytał.
— Z pewnością, ale kiedy Przejście już minie, Lordowie mogą nie być aż tacy hojni. Podkreśliłem imiona tych jeźdźców, których podejrzewam o podróżowanie w czasie. Nikt się do tego oficjalnie nie przyznaje, ale T’grel musi to czynić, żeby poradzić sobie z M’tanim. Przestań myśleć o L’bolu z Igenu. Jest do niczego. Idź bezpośrednio do Dalovej, jeźdźczyni Allaneth. Ona straciła wielu krewnych w Morskiej Warowni w Igenie. Będzie wiedziała, którzy spośród jej jeźdźców podróżują w czasie. A w Igenie jest mnóstwo malutkich zagród, poutykanych gdzieś na pustyni i na brzegach rzek. W Iście z pewnością znajdziesz jeszcze kilku starych przyjaciół. Przecież spędziłaś tam dziesięć Obrotów. Czy słyszałaś, że F’gal ciężko chorował na nerki?
— Tak, dlatego też muszę porozmawiać z Wimmią. Albo z D’sayem, jeźdźcem Krithitha.
— Masz z nim syna, prawda? — powiedziała Levalla z tolerancyjnym uśmiechem. — Takie powiązania okazują się pomocne w najbardziej niespodziewanych momentach.
— D’say to porządny człowiek, a chłopiec Naznaczył brunatnego smoka z ostatnich jaj, jakie złożyła Torenth — powiedziała Moreta z dumą. Podniosła się. Chętnie posiedziałaby dłużej z Przywódcami Weyru Benden, ale miała przed sobą długi dzień.
— Damy Dannellowi czas, żeby się spakował, i jutro wyślemy go z M’gentem do was, do Fortu. Będziesz mogła wykorzystać tę okazję, żeby omówić z nim wszystkie szczegóły. Czy mam dyskretnie wspomnieć o tej sprawie Lordowi mojej Warowni?
— Mistrz Tirone powinien ich ugłaskać, ale twoje poparcie bardzo by się przydało.
Kiedy K’dren odprowadzał Moretę do schodów, Levalla pomachała im na pożegnanie, wciąż obracając drewienko w palcach lewej dłoni.
Bendeńscy Przywódcy bardzo podnieśli Moretę na duchu, co pomogło jej znieść następne trzy wizyty. W Iście F’gal i Wimmia byli w swoim weyrze, a spiżowy Thnenth leżał na półce skalnej, jako milczący znak, że chcą być sami. Moreta poleciła M’barakowi, żeby Arith wylądował przy weyrze D’saya. Kritith podniósł się na zadzie, rozłożył skrzydła i powitał Moretę wirującymi na niebiesko, lśniącymi oczami. Potem spojrzał na półki skalne, i najwyraźniej zawiedziony, że Moreta przyleciała na niebieskim smoku, a nie na swojej królowej. Z części sypialnej weyru wyjrzał D’say. Moreta zmartwiła się, że wyrwała go ze snu, którego tak bardzo potrzebował. Był jednym z niewielu ludzi, których nie powaliła pierwsza fala choroby, bez chwili wytchnienia latał zwalczać Nici, pielęgnował innych chorych jeźdźców i usiłował pomagać choremu na nerki F’galowi w przewodzeniu Weyrem. Kiedy dyskutowała z D’sayem na temat konieczności ponownego podjęcia współpracy z Siedzibą Uzdrowicieli, pomyślała, że gdyby sam chorował na tę zarazę, natychmiast by się zgodził. D’say opierał się jej propozycjom i Moretę zaczynała już ogarniać rezygnacja, kiedy nagle ich syn, M’ray, wbiegł pędem po schodach na górę.
— Wybacz mi, D’sayu, ale mój Quoarth powiedział mi, że jest tutaj Moreta. — Chłopiec zatrzymał się na moment na progu, czekając aż D’say pozwoli mu wejść. Potem popędził do Morety i objął ją mocno. M’ray miał brązowe, głęboko osadzone oczy Morety i takie jak on brwi. Jednakże budową ciała bardziej przypominał D’saya. — Wiem, że chorowałaś. Cieszę się, że znowu dobrze wyglądasz.
— Orlith złożyła jaja. Niewiele miałam do roboty poza łataniem pobrużdżonych jeźdźców i smoków.
M’ray puścił ją i popatrywał to na ojca, to na matkę, mając nadzieję, że otrzyma odpowiedź na swoje niewypowiedziane pytania.
— Moreta potrzebuje pomocy, a nie sądzę, żeby uzyskała ją od chorego F’gala — powiedział dyplomatycznie D’say. Napełnił ponownie kubek Morety klahem, milcząco przyzwalając, by powiedziała ich synowi, o co chodzi.
Kiedy to zrobiła, oczy chłopca zapłonęły z ochoty, by podjąć to wyzwanie.
— Wimmia zgodziłaby się, D’sayu, sam wiesz, że zgodziłaby się. Musimy jej tylko wytłumaczyć, jakie to jest pilne. Ona nie jest taka bierna, jak F’gal, który… bardzo ostatnio się zmienił. — M’ray popatrzył na D’saya, który tylko wzruszył ramionami.
— A w każdym razie ja chciałbym pomóc, a mój przywódca skrzydła, T’lonneg, wychował się w tej warowni. Doskonale zna gospodarstwa leżące w dżungli. Chorował na tę zarazę i też stracił rodzinę. Powinien dowiedzieć się o tym, D’sayu, naprawdę powinien. Takiej prośbie nie można odmówić. Tak samo, jak nie możemy przestać walczyć z Nićmi. — M’ray stał zwrócony twarzą do swojego ojca, z brodą wysuniętą do przodu. Moreta przypomniała sobie, że robiła identyczną minę, kiedy z własnej inicjatywy zabierała się do leczenia jakiegoś biegusa w swojej rodzinnej warowni. — Przy każdym Opadzie latałem razem z istańskimi skrzydłami. I nie mam ani jednego oparzenia.