Cmoknął językiem, a Pimpuś skoczył w powietrze, przemknął nad parapetem i pokłusował w błękitne, poranne niebo.
— Chciałam ci podziękować! — wrzasnęła za nimi Keli. Pokojówka nie mogła się pozbyć uczucia, że coś tu się nie zgadza. Dlatego podążyła za swoją panią.
— Coś się stało, wasza wysokość?
Keli spojrzała na nią z roztargnieniem.
— Co? — zapytała.
— Zastanawiałam się tylko, czy… czy wszystko jest w porządku… Keli przygarbiła się.
— Nie — stwierdziła. — Nic nie jest w porządku. W mojej sypialni leży martwy zamachowiec. Czy mogłabyś jakoś to załatwić? Chwileczkę… -Uniosła dłoń. — Nie życzę sobie słyszeć: „Martwy, wasza wysokość?” ani „Zamachowiec, wasza wysokość?”, ani wrzasków, ani nic podobnego. Chcę tylko, żeby coś z nim zrobić. Po cichu. Chyba mam migrenę. Dlatego kiwnij tylko głową.
Pokojówka kiwnęła, dygnęła niepewnie i wycofała się.
Mort nie był pewien, jak wrócili do domu. Pimpuś wsunął się po prostu w szczelinę między wymiarami i niebo zmieniło barwę z lodowatego błękitu na posępną szarość. Nie wylądowali na czarnej ziemi posiadłości Śmierci… Ona sama znalazła się pod kopytami — jak gdyby lotniskowiec delikatnie podpłynął pod Harriera, by zaoszczędzić pilotowi trudów lądowania.
Wielki rumak podjechał pod stajnię i machając ogonem stanął przed podwójnymi wrotami. Mort zeskoczył z siodła i pobiegł do domu.
Nagle zatrzymał się, zawrócił, podsypał koniowi siana, pobiegł do domu, zatrzymał się, zawrócił, wytarł konia i sprawdził, czy w wiadrze jest woda, pobiegł do domu, zatrzymał się, zawrócił, zdjął z haka derkę i okrył zwierzę. Pimpuś z godnością trącił go nosem w ramię.
Nikogo nie spotkał, kiedy wśliznął się przez tylne drzwi i przekradł do biblioteki. Nawet o tej porze nocy powietrze było tu suche i gorące. Zdawało mu się, że minęły lata, nim w końcu znalazł biografię księżniczki Keli. Był to nieprzyjemnie cienki tomik na półce osiągalnej jedynie z pomocą bibliotecznej drabiny — rozklekotanej konstrukcji na kołach, bardzo podobnej do machiny oblężniczej.
Drżącymi palcami Mort otworzył książeczkę na ostatniej stronie i jęknął.
Wynikiem zabójstwa księżniczki w wieku lat piętnastu, czytał, była unia Sto Lat i Sto Helit, a pośrednio upadek miast — państw równin centralnych i pojawienie…
Czytał dalej, nie mogąc przerwać. Od czasu do czasu wydawał kolejne jęki.
W końcu odłożył książkę, zawahał się, po czym wcisnął ją za kilka innych tomów. Wyczuwał ją tam, gdy schodził po drabinie, jak oskarżycielsko obwieszcza całemu światu swe istnienie.
Na Dysku było tylko kilka statków oceanicznych. Żaden kapitan nie lubił tracić z oczu linii brzegowej. Jest przykrym faktem, że statki, które z daleka wyglądały, jakby spadały poza krawędź świata, wcale nie znikały za horyzontem, ale rzeczywiście spadały poza krawędź świata.
Mniej więcej co pokolenie pełni entuzjazmu badacze wątpili w to i wyruszali, by dowieść, że jest inaczej. To dziwne, ale żaden nie powrócił, by ogłosić światu wyniki swej wyprawy.
Poniższa analogia zatem nie miałaby dla Morta żadnego sensu:
Czuł się tak, jakby przeżył katastrofę „Titanica”, ale szczęśliwie niemal natychmiast został ocalony. Przez „Lusitanię”.
Czuł się, jakby uniesiony chwilową radością cisnął śnieżką, a teraz patrzył, jak lawina pochłania trzy narciarskie kurorty.
Czuł, jak historia rozplata się wokół niego.
Czuł, że musi z kimś porozmawiać. I to szybko.
To oznaczało Alberta lub Ysabell, ponieważ myśl o tłumaczeniu wszystkiego tym maleńkim, błękitnym świetlnym punktom nie należała do takich, które chciałby rozważać po długiej nocy. Przy tych rzadkich okazjach, gdy Ysabell zniżała się do spojrzenia w jego stronę, jasno dawała do zrozumienia, iż jedyną różnicą między Mortem a zdechłą ropuchą jest kolor. Co do Alberta…
Owszem, może i nie był idealnym powiernikiem, ale najlepszym w całej jednoosobowej grupie.
Mort zeskoczył z ostatnich szczebli i powlókł się między regałami do wyjścia. Parę godzin snu też mu się przyda.
Usłyszał czyjś gwałtowny oddech, tupot stóp i trzaśniecie drzwi. Kiedy zajrzał za najbliższy regał, znalazł tam jedynie stolik, a na nim kilka książek. Podniósł jedną, zerknął na imię, przeczytał parę stron. Obok leżała mokra koronkowa chusteczka.
Mort wstał późno ł od razu pobiegł do kuchni. Spodziewał się głębokiej dezaprobaty, jednak nic takiego nie nastąpiło. Albert stał przy kamiennym zlewie i wpatrywał się w patelnię do frytek. Prawdopodobnie dumał nad problemem, czy pora już zmienić olej, czy zostawić go na kolejny rok. Obejrzał się, kiedy Mort opadł na krzesło.
— Miałeś sporo zajęć — zauważył. — Słyszałem, że wałęsałeś się do rana. Zrobię ci jajko. Jest też owsianka.
— Poproszę jajko — wtrącił szybko Mort.
Nigdy nie wystarczyło mu odwagi, by skosztować Albertowej owsianki, która w głębinie garnka prowadziła własne tajemne życie i pożerała łyżki.
— Pan chce cię potem widzieć — dodał jeszcze Albert. — Ale mówił, że nie musisz się spieszyć.
— Uhm… — Mort wpatrywał się w blat stołu. — Powiedział coś jeszcze?
— Że od tysiąca lat nie miał wieczoru dla siebie. Nucił coś. Nie podoba mi się to. Nigdy go jeszcze takim nie widziałem.
— No tak… — Mort nabrał tchu. — Pewnie od dawna tu pracujesz, Albercie?
Staruszek przyjrzał mu się ponad szkłami okularów.
— Możliwe — przyznał. — Trudno czasem śledzić upływ czasu na zewnątrz. Jestem tu, odkąd umarł stary król.
— Który król, Albercie?
— Artorollo. Tak chyba miał na imię. Mały grubas. Piskliwy głos. Co prawda tylko raz go widziałem…
— Gdzie to było?
— W Ankh, naturalnie.
— Co? — wykrzyknął Mort. — Przecież w Ankh-Morpork nie ma królów. Wszyscy o tym wiedzą.
— Było to jakiś czas temu. — Albert nalał sobie filiżankę herbaty z osobistego imbryka Śmierci. Wyraźnie się rozmarzył.
Mort czekał niecierpliwie.
— A wtedy to byli królowie, prawdziwi królowie, nie to co teraz. Monarchowie. — Albert ostrożnie wylał trochę herbaty na spodek i powachlował ją końcem szalika. — Mądrzy i sprawiedliwi… w każdym razie dość mądrzy. Bez długich ceregieli ścinali ci głowę, jak tylko cię zobaczyli. — Z aprobatą kiwnął głową. — A wszystkie królowe były smukłe, blade i nosiły takie tam kominiarki…
— Kwefy? — podpowiedział Mort.
— Właśnie. A księżniczki były tak piękne, jak dzień długi i tak delikatne, że mogły obsiusiać groszek przez tuzin materaców…
— Co?
Albert zawahał się.
— Coś w tym rodzaju, w każdym razie — ustąpił. — I były bale, turnieje i egzekucje. Wspaniałe dni… — Uśmiechnął się z rozczuleniem do swych wspomnień. — Teraz już takich nie robią — zakończył niezbyt zręcznie, budząc się z zadumy.
— Czy miałeś inne imiona, Albercie? — dopytywał się Mort. Ale chwila minęła i starzec nie pozwolił nakłonić się do zwierzeń.
— Rozumiem — burknął. — Poznasz imię Alberta, a potem znajdziesz go w bibliotece, co? Znam ja was. Tylko szperać i podglądać. Zakradać się tam i bez przerwy czytać o życiu młodych panien…
Heroldzi winy musieli wznieść zaśniedziałe trąby w oczach Morta, gdyż Albert zarechotał i dźgnął chłopca kościstym palcem.