Выбрать главу

— Mógłbyś chociaż odkładać je tam, skąd wziąłeś — powiedział. — A nie zostawiać porozrzucanych, żeby stary Albert musiał je układać na półkach. Wszystko jedno: to nieładnie tak zaglądać w życia tych umarłych biedactw. Możesz od tego oślepnąć.

— Przecież ja tylko… — zaczął Mort, przypomniał sobie mokrą koronkową chusteczkę w kieszeni i umilkł.

Zostawił Alberta burczącego coś pod nosem przy zmywaniu i wymknął się do biblioteki. Blade promienie słońca padały do wnętrza przez wysokie okna, a okładki cierpliwych, starożytnych ksiąg blakły w nich łagodnie. Z rzadka tylko drobinka kurzu płynęła przez te złociste tunele, odbijała blask i rozpłomieniała się niby maleńka supernova.

Mort wiedział, że jeśli wytęży słuch, usłyszy mrówcze skrobanie piszących się książek.

Kiedyś uznałby to za niesamowite. Teraz… Teraz podnosiło na duchu. Dowodziło, że wszechświat sunie gładko do przodu. Czekające swojej szansy sumienie przypomniało mu ze złośliwą uciechą, że owszem, może i sunie, ale z pewnością nie w zaplanowanym kierunku.

Chłopiec przeszedł labiryntem regałów do tajemniczego stosu książek na stoliku. Odkrył, że zniknęły. Albert był w kuchni, a Mort nigdy nie widział, żeby Śmierć zaglądał do biblioteki. W takim razie czego tu szukała Ysabell?

Spojrzał w górę, na urwisko półek, i poczuł nagły ucisk w żołądku na myśl o tym, co zaczyna się dziać…

Nic nie mógł na to poradzić. Musiał się komuś zwierzyć.

* * *

Tymczasem Keli też nie było lekko.

To dlatego, że przyczynowość posiada ogromną inercję. Źle wymierzone cięcie Morta, spowodowane gniewem, desperacją i szczenięcą miłością, pchnęło ją na nowe tory, tyle że jeszcze tego nie zauważyła. Chłopiec kopnął dinozaura w ogon, ale minie sporo czasu, zanim drugi koniec gada się zorientuje, że należy powiedzieć „Au”.

Krótko mówiąc, wszechświat uważał Keli za martwą i był trochę zdziwiony widząc, że nie przestała się poruszać ani oddychać.

Okazywał to na wiele sposobów. Dworzanie, którzy zerkali na nią ukradkiem przez cały ranek, nie potrafiliby wyjaśnić, dlaczego na jej widok odczuwali dziwny niepokój. Ku swemu zakłopotaniu, a jej irytacji, starali się ją ignorować i rozmawiali ściszonymi głosami.

Szambelan stwierdził, że rozkazał opuścić królewski sztandar do połowy masztu i nawet na torturach nie umiałby wytłumaczyć dlaczego. A kiedy bez żadnego powodu zamówił dwa tysiące łokci czarnego sukna, delikatnie odprowadzono go do łóżka z rozpoznaniem lekkiego rozstroju nerwowego.

Niezwykły, nierealny nastrój ogarnął wkrótce cały zamek. Główny woźnica odkrył, że polecił wydobyć i oczyścić królewski katafalk. Stał potem na środku stajni i łkał w rękaw zamszowej kurtki, ponieważ nie mógł sobie przypomnieć po co. Służba chodziła po korytarzach na palcach. Kucharz musiał walczyć z przemożnych odruchem szykowania wielkich ilości zimnego mięsa na przekąski. Psy zaczęły wyć, a potem przestały nagle, czując się trochę głupio. Dwa czarne rumaki, tradycyjnie zaprzęgane w Sto Lat do karawanu, parskały nerwowo w swoich zagrodach, a koniuszego skopały prawie na śmierć.

W swoim zamku w Sto Helit diuk na próżno czekał na posłańca, który istotnie wyruszył, ale zatrzymał się na środku ulicy nie pamiętając, o czym właściwie miał zawiadomić.

Wśród tego wszystkiego Keli poruszała się jak materialny i coraz bardziej zirytowany duch.

Przy obiedzie sprawy zaszły już za daleko. Wkroczyła do sali jadalnej i odkryła, że przed królewskim krzesłem nie ma nakrycia. Głośno i wyraźnie przemawiając do lokaja zdołała naprawić to niedopatrzenie. Potem zobaczyła, że jedzący podają sobie półmiski, zanim ona zdążyła wbić widelec w któreś danie. Patrzyła z posępnym niedowierzaniem, jak wniesiono wino i jako pierwszemu nalano Lordowi Wygódki.

Choć to nie po królewsku, ale odwróciła się i podstawiła nogę lokajowi. Potknął się, wymruczał coś pod nosem i stanął wpatrzony w posadzkę.

Pochyliła się i wrzasnęła w samo ucho Kredensarza:

— Czy ty mnie widzisz, człowieku? Dlaczego muszę jeść tylko zimne mięso i szynkę?

Odwrócił się, przerywając ściszoną rozmowę z Panią Małej Sześciobocznej Komnaty w Północnej Wieży, spojrzał na księżniczkę, a w jego oczach przerażenie z wolna ustępowało miejsca zaskoczeniu.

— No więc… tego… Mogę…

— Wasza Królewska Mość — podpowiedziała Keli.

— Ależ… oczywiście… Mość… — wymamrotał.

Zapadła cisza.

Potem, jakby na nowo włączony, odwrócił się do Keli plecami i wrócił do rozmowy.

Przez chwilę księżniczka siedziała nieruchomo, pobladła ze złości i zdumienia. Potem odsunęła krzesło i pobiegła do swoich komnat Paru służących, którzy nerwowo palili w korytarzu wspólnego papierosa, zostało roztrąconych przez coś, co nie do końca zdołali zauważyć.

Keli wpadła do sypialni i pociągnęła za sznur. Powinno to sprowadzić biegiem pokojówkę czekającą w pomieszczeniu na końcu korytarza. Przez dłuższy czas nic się nie działo, wreszcie drzwi otworzyły się wolno i do wnętrza wsunęła się zdziwiona twarz.

Keli rozpoznała to spojrzenie i była na nie przygotowana. Chwyciła służącą za ramiona, siłą wciągnęła do środka i zatrzasnęła drzwi. Kiedy przerażona dziewczyna starała się patrzeć wszędzie, byle nie na swoją panią, Keli z rozmachu wymierzyła jej siarczysty policzek.

— Poczułaś to? Poczułaś? — wrzasnęła.

— Ale przecież wy… ja… — bełkotała służąca. Cofała się, aż trafiła na łóżko i siadła ciężko.

— Spójrz na mnie! Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię! — krzyczała Keli. — Widzisz mnie, prawda? Powiedz, że mnie widzisz, bo poślę cię na szafot!

Pokojówka popatrzyła na nią przerażona.

— Widzę was, pani — powiedziała. — Ale…

— Ale co? No co?

— Z pewnością jesteście… Słyszałam… Myślałam…

— Co myślałaś? — warknęła Keli. Już nie krzyczała. Jej słowa cięły jak rozżarzone do białości bicze.

Pokojówka skuliła się i rozpłakała. Keli przez chwilę stukała stopą o podłogę, wreszcie łagodnie potrząsnęła dziewczynę za ramię.

— Czy jest w tym mieście jakiś mag? — spytała. — Patrz na mnie… Na mnie! Mieszka tu mag, prawda? Wy, dziewczęta, zawsze się wymykacie do magów. Gdzie mieszka?

Służąca zwróciła ku niej zalaną łzami twarz. Walczyła z własnym instynktem, który przekonywał ją, że księżniczka Keli nie istnieje.

— Uhm… Mag, owszem… Cutwell, przy Murowej…

Keli rozciągnęła wargi w uśmiechu. Nie wiedziała, gdzie trzymają płaszcze, ale zdrowy rozsądek podpowiadał, że łatwiej samej poszukać, niż zmusić pokojówkę, by dostrzegła jej obecność. Czekała i patrzyła uważnie. Dziewczyna przestała szlochać, rozejrzała się niepewnie i szybko wyszła z komnaty.

Już o mnie zapomniała, pomyślała Keli. Spojrzała na swoje dłonie. Wydawały się całkiem materialne.

To z pewnością magia.

Przeszła do garderoby, na próbę otworzyła kilka szaf i wreszcie znalazła czarną pelerynę z kapturem. Narzuciła ją, wyszła na korytarz i zbiegła schodami dla służby.

Ostatnio chodziła tędy, kiedy była małą dziewczynką. Tutaj znajdował się świat komód z pościelą, nagich podłóg i barków na kółkach. Pachniało lekko spleśniałą skórką od chleba.

Keli sunęła niby materialne widmo. Wiedziała, oczywiście, że istnieją kwatery służby, podobnie jak na pewnym poziomie świadomości ludzie zdają sobie sprawę z istnienia ścieków i rynsztoków. Skłonna była przyznać, że chociaż służący wydają jej się całkiem do siebie podobni, mają zapewne jakieś cechy indywidualne, po których — prawdopodobnie — rozpoznają ich najbliżsi i ukochani. Nic jednak nie przygotowało jej na widok Moghedrona, zarządzającego królewską piwnicą, którego dotąd widywała tylko sunącego statecznie niby galeon pod żaglami. Teraz siedział w pokoju z rozpiętą kurtą i fajką w zębach.