Detlef chciał więc tak jak i ja naprawdę przestać. Też był zadowolony, że tak się stało. Obydwoje nie mieliśmy przecież wtedy pojęcia – nasi rodzice zresztą też -, że to czyste szaleństwo, żeby dwoje bliskich sobie narkomanów wspólnie próbowało odwyku. Bo nie ma siły, żeby kiedyś tam jedno nie zaczęło naciskać drugiego i w końcu oboje łapią taki mus, że znowu sobie ładują. To znaczy, wiedzieć to możeśmy i wiedzieli, choćby z opowiadań. Ale mieliśmy złudzenia. Zawsze przecież twierdziliśmy, że z nami jest inaczej niż z resztą ćpunów. Poza tym nie wyobrażaliśmy sobie, że możemy coś tak ważnego robić osobno.
Przez całe przedpołudnie trzymaliśmy się jakoś dzięki pigułkom od ojca Detlefa. Nawet ze sobą rozmawialiśmy. Życie po odwyku widzieliśmy w różowych barwach i przyrzekliśmy sobie, że będziemy okropnie dzielni przez te następne dni. Mimo, że już zaczynały się bóle, byliśmy jeszcze całkiem szczęśliwi.
Po południu zaczęło się na dobre. Łykaliśmy pigułki jedna za drugą i zapijaliśmy to wszystko winem. Ale nic nie pomagało. Nagle straciłam władzę w nogach. W zgięciu pod kolanem poczułam niesamowity ucisk. Położyłam się na podłodze i wyprostowałam nogi. Próbowałam napinać i rozluźniać mięśnie. Ale nie miałam już nad nimi kontroli. Przycisnęłam stopy do szafy, i tak już zostały. Nie mogłam ich stamtąd ruszyć. Ja przewalałam się po podłodze, a stopy jakby mi się przykleiły do tej szafy.
Byłam kompletnie mokra od lodowatego potu. Marzłam i dygotałam, a ten zimny pot ściekał mi po twarzy i zalewał oczy. Był potwornie śmierdzący. Pomyślałam sobie, że to, co ze mnie wyłazi, to ta cuchnąca trucizna. Czułam się zupełnie, jakbym wypędzała z siebie diabła.
Z Detlefem było jeszcze gorzej. Dostawał prawie świra. Trząsł się z zimna, a nagle ściągnął pulower. Usiadł na krześle w kącie pod oknem. Jego nogi były bez przerwy w ruchu. Biegł na stojąco. Jego cienkie jak ołówki nogi podnosiły się i opuszczały w niesamowitych drgawkach. Co chwilę wycierał pot z twarzy i cały dygotał. To już nie było zwykłe trzęsienie się. Co chwila zwijał się w kłębek i krzyczał. Kurcze żołądka.
Detlef śmierdział jeszcze gorzej niż ja. Cały ten malutki pokój wypełnił się naszym smrodem. Przypomniałam sobie, że słyszałam kiedyś, że po udanym odwyku narkomańskie pary zawsze się rozpadają. Pomyślałam od razu, że dalej kocham Detlefa, chociaż tak potwornie śmierdzi.
Detlef podniósł się z krzesła, dowlókł się jakoś do lustra i powiedział: – Nie dam rady. Nie wydolę. Jak Boga kocham, już nie wydolę. – Nie mogłam mu nic odpowiedzieć. Nie miałam siły dodawać mu otuchy. Starałam się nie myśleć tak jak on. Próbowałam się skupić na jakimś beznadziejnym dreszczowcu, przerzucałam nerwowo jakieś pismo, przy okazji całe podarłam.
Usta i gardło miałam kompletnie wyschnięte. Ale w ustach było jednocześnie pełno śliny. Nie umiałam jej przełknąć i zaczęłam kaszleć. Im bardziej starałam się przełknąć ślinę, tym silniej zaczynałam kaszleć. Rozkaszlałam się na dobre, nie mogłam już przestać. Potem zaczęłam rzygać. Wyrzygałam się prosto na dywan. Taką białą pianą. Zupełnie jak mój pies, kiedy się najadł trawy. Myślałam, że ten kaszel i rzyganie nigdy się nie skończą.
Mama prawie cały czas była w drugim pokoju. Jak przychodziła do nas, to była bezradna. Raz po raz wybiegała z domu, żeby kupić nam coś do jedzenia, czego i tak nie mogliśmy potem przełknąć. Tym razem kupiła dla mnie ślazowe cukierki i to mi faktycznie pomogło. Przestałam kaszleć. Mama wytarła moje rzygowiny. Była niesamowicie dobra. A ja nie mogłam nawet powiedzieć dziękuję.
W którymś tam momencie pigułki i wino zaczęły jednak robić swoje. Zżarłam pięć sztuk 10 mg valium, dwa mandraksy i wypiłam do tego prawie całą butelkę wina. Normalny człowiek toby po czymś takim kimał przez dobre parę dni. Mój organizm był tak zatruty, że prawie wcale nie zareagował na tę dodatkową truciznę. Tyle, że się trochę uspokoiłam i położyłam na łóżku. Obok łóżka stała teraz leżanka i na niej położył się Detlef. Nawet nie próbowaliśmy się dotknąć. Każde było całkiem zajęte sobą. Zapadłam w coś jakby półsen. Spałam, a jednocześnie wiedziałam, że śpię, i dokładnie czułam wszystkie te cholerne bóle. Raz śniłam, raz trzeźwo rozmyślałam. Wszystko się mieszało. Wydawało mi się, że każdy, a już przede wszystkim mama, może bez trudu we mnie zajrzeć. Że każdy może czytać w moich szmatławych myślach. Że każdy widzi, jaka ze mnie szmata. Nienawidziłam swojego ciała. Byłabym szczęśliwa, gdyby mi zwyczajnie obumarło.
Wieczorem znowu wszamałam jakieś tabletki, jedna po drugiej. Normalny człowiek toby już od tego zaczął powoli korkować. A ja po prostu wyspałam się chociaż przez parę godzin. Obudziłam się, kiedy mi się przyśniło, że jestem psem, którego ludzie dotąd dobrze traktowali, a potem nagle zamknęli w klatce i zaczęli zadręczać na śmierć. Detlef młócił przez sen rękami i to on mnie bił. Paliło się światło. Przy łóżku stała miska z wodą i ściereczka. Mama postawiła. Starłam sobie pot z twarzy.
Całe ciało Detlefa było w ciągłym ruchu, chociaż wyglądało na to, że twardo śpi. Tułów podnosił się i opadał, nogi wierzgały no i właśnie od czasu do czasu walił rękami na oślep.
Ze mną było trochę lepiej. Miałam już tyle siły, żeby zetrzeć mu pot z czoła. Nawet nie poczuł. Uświadomiłam sobie, że dalej niesamowicie go kocham. Kiedy potem znowu się zdrzemnęłam, poczułam tak przez sen, że Detlef mnie dotknął i pogłaskał po włosach.
Następnego dnia rano wyraźnie nam się polepszyło. Czyli, że stara narkomańska reguła, że drugi dzień odtrucia jest najgorszy, u nas się nie sprawdziła. Tylko, że było to nasze pierwsze odtrucie, a wtedy zawsze jest lepiej niż przy następnych. W południe zaczęliśmy nawet znowu ze sobą rozmawiać. Najpierw o jakichś nieistotnych sprawach, a potem znowu o naszej przyszłości. Nasze plany nie były już takie całkiem grzeczne, jak na początku. Przysięgliśmy sobie, że nigdy już nie będziemy brali ani hery, ani LSD, ani żadnych prochów. Ale chcieliśmy prowadzić spokojne życie wśród spokojnych ludzi. Zgodziliśmy się co do tego, że znowu zaczniemy palić-haszysz, tak jak w najpiękniejszym okresie naszego życia. Chcieliśmy mieć przyjaciół wśród tych, co palą hasz, bo oni przeważnie zawsze są spokojni. Planowaliśmy sobie, że nie będziemy mieli żadnych kontaktów z tymi, co chlają wódę i, że nie chcemy też mieć nic wspólnego z kołtunami. Czyli ze środowiska ćpunów z powrotem do środowiska palących hasz.
Detlef zamierzał poszukać znowu pracy. Powiedział: – Pójdę po prostu do mojego starego szefa i powiem mu, że narozrabiałem, zgadza się, ale teraz mam już w głowie poukładane jak trzeba. Szef właściwie zawsze był dla mnie wyrozumiały. Zacznę u niego po prostu od początku.
Ja mówiłam, że mam zamiar całkowicie skoncentrować się na nauce, i jak się uda, skończyć tę szkołę i może nawet jeszcze zrobić potem maturę.
Potem przyszła mama z wielką niespodzianką, która nas całkiem uszczęśliwiła. Była u swojego lekarza i przepisał jej buteleczkę valeronu. Wzięliśmy z Detlefem po 20 kropli, tak jak kazał lekarz. Trzeba było oszczędzać, bo przecież miało tego starczyć na cały tydzień. Po valeronie było już z nami o wiele lepiej. Odtrucie dawało się już całkiem nieźle znieść. Mama cały czas gotowała nam pudding, na który autentycznie mieliśmy apetyt. Przynosiła nam lody, spełniała każde nasze życzenie. Znosiła nam całe sterty czegoś do czytania. Kilogramy komiksów. Przedtem komiksy wydawały mi się strasznie nudne. Teraz oglądałam je razem z Detlefem. Nie czytaliśmy ich tak po łebkach, jak zwykle. Dokładnie oglądaliśmy każdy rysunek i nieraz śmialiśmy się do łez, takie były zabawne.