Trzeciego dnia było już całkiem dobrze. Tyle, że właściwie cały czas byliśmy jeszcze nabuzowani. Nie tylko valeronem. Dalej bez przerwy łykaliśmy valium i zapijaliśmy winem. Czuliśmy się zupełnie wspaniale, chociaż nasze zatrute organizmy od czasu do czasu broniły się przed brakiem hery. Wieczorem trzeciego dnia po raz pierwszy od dłuższego czasu znowu się kochaliśmy. Bo jak się jest na herze, to człowiek coraz rzadziej ma ochotę na te rzeczy. To był pierwszy raz, od kiedy Detlef mnie rozprawiczył, że kochaliśmy się nie będąc naćpani. Było niesamowicie fajnie. Oboje czuliśmy, że już dawno tak bardzo się nie pragnęliśmy. Godzinami leżeliśmy w łóżku i delikatnie pieściliśmy się nawzajem. Wciąż jeszcze się pociliśmy. Czwartego dnia mogliśmy już właściwie zupełnie spokojnie wstać. Ale przeleżeliśmy w łóżku jeszcze trzy dni, kochaliśmy się, łykaliśmy valium, popijaliśmy winem i pozwalaliśmy mojej mamie się nami opiekować. Doszliśmy do wniosku, że ten odwyk wcale nie był znowu taki straszny, i cieszyliśmy się, że udało nam się skończyć z ćpaniem.
Siódmego dnia w końcu wstaliśmy. Mama była cała szczęśliwa, że już po wszystkim. Ucałowała nas serdecznie. Przez ten tydzień mój stosunek do mamy zupełnie się zmienił. Czułam się jakby jej prawdziwą przyjaciółką i byłam jej wdzięczna. Znów niesamowicie się cieszyłam, że mam Detlefa. Mówiłam sobie, że drugiego takiego bezbłędnego chłopaka nie ma na całym świecie. No bo to bezbłędne, że tak od razu i bez zastanowienia zgodził się na odwyk razem ze mną. A już zupełnie genialne było, że nasza miłość wcale się po tym nie skończyła, jak u innych narkomanów, tylko się jeszcze umocniła.
Powiedzieliśmy mojej mamie, że przydałoby nam się łyknąć trochę świeżego powietrza, po tym tygodniu spędzonym w moim mikroskopijnym pokoiku.
Przyznała nam rację. Detlef zapytał: – To gdzie idziemy? – Popatrzyłam na niego bezradnie. Autentycznie nie miałam pojęcia. Dopiero teraz zdaliśmy sobie sprawę, że tak na dobrą sprawę to już nie mamy gdzie pójść. Wszyscy nasi przyjaciele to narkomani. A wszystkie miejsca, które znaliśmy, w których byliśmy zadomowieni, to miejsca spotkań narkomanów. Kompletnie straciliśmy kontakt z tymi, co palą hasz.
Po tym, jak Detlef zapytał, gdzie pójdziemy, nie było mi już tak dobrze. Nie mieliśmy więcej valeronu i chyba też trochę z tego powodu zrobiliśmy się tacy niespokojni i chcieliśmy wyjść z domu. Przez to, że nie wiedzieliśmy, dokąd pójść, zrobiłam się jeszcze bardziej niespokojna. Nagle poczułam się kompletnie wypompowana, pusta w środku. Rzuciliśmy heroinę i okazało się, że nie ma już dla nas nigdzie miejsca.
Poszliśmy do kolejki podziemnej, nie zastanawiając się nawet, po co. Wszystko działo się automatycznie. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że ciągnie nas tam jakaś niewidzialna nić. I nagle byliśmy już na dworcu Zoo. Detlef odezwał się w końcu: – Trzeba się chociaż pokazać Axelowi i Berndowi. Jeszcze sobie pomyślą, że nas przymknęli albo, że już jesteśmy na cmentarzu.
Odpowiedziałam z ulgą: – Jasne. Trzeba im opowiedzieć, jak było na odtruciu. Może uda się namówić, żeby zrobili to samo. – No i faktycznie od razu spotkaliśmy Bernda i Axela. Mieli ze sobą kupę towaru. To był ich dobry dzień na dworcu. Detlef opowiedział o nas. Obydwaj uznali, że to wspaniale. Potem powiedzieli, że idą teraz do mieszkania, żeby sobie władować.
Detlef popatrzył na mnie, ja na niego. Równocześnie spojrzeliśmy sobie w oczy i zaczęliśmy się głupio uśmiechać. Pomyślałam sobie jeszcze: To przecież nie ma sensu. Tak od razu, pierwszego dnia. Potem Detlef powiedział: -Wiesz co, tak od czasu do czasu to można sobie spokojnie władować. W końcu dopóki się nie jest fizycznie uzależnionym, to na herze jest przecież bombowo. Trzeba będzie tylko niesamowicie uważać, żebyśmy znowu nie wsiąkli. Bo drugi raz przechodzić coś takiego, takie odtrucie, to nie dla mnie.
Ja na to: – No pewnie, od czasu do czasu jakiś kop to bombowe. Przecież już dokładnie wiemy, że nie wolno się nam drugi raz uzależnić. – Rozsądek, przemyślenia, wszystko poszło w kąt. Jedyne, czego chciałam, to sobie władować.
Detlef powiedział do Axela: – Słuchaj, mógłbyś nam trochę odpalić. Przy najbliższej okazji na pewno dostaniesz z powrotem. – Axel i Bernd powiedzieli, że powinniśmy się jeszcze dobrze zastanowić. Potem dodali, że w przyszłym tygodniu też mają zamiar zrobić odwyk Tylko muszą najpierw wykombinować skądś valeron. I, że uważają, że toby było niesamowicie fajnie, jakby mogli chodzić znowu normalnie do pracy i tylko od czasu do czasu ładować.
W dwie godziny po wyjściu z domu oboje z Detlefem znowu byliśmy kompletnie naćpani i szczęśliwi. Spacerowaliśmy pod rękę po Kurfürstendamm. To było zupełnie niesamowite uczucie, być naćpanym i nigdzie się nie śpieszyć, po prostu spacerować. Nie musieliśmy się martwić o działkę na następny dzień. Detlef powiedział uszczęśliwiony:- Tak, a jutro rano parę przysiadów i dzień zacznie się pięknie bez hery.
Zupełnie poważnie w to wierzyliśmy. Nasze złudzenia zaczęły się już przecież od tego, że ten tydzień u mojej mamy z tymi bólami i rzyganiem to prawdziwy odwyk. Oczywiście w organizmie już nie było trucizny, w każdym razie heroiny. Ale za to napchaliśmy się do pełna valeronem, valium i tą całą resztą. I ani przez chwilę nie pomyśleliśmy o tym, co trzeba zrobić po takim odtruciu organizmu. Mama była tak samo naiwna. Ona poważnie miała nadzieję, że już po wszystkim. Bo i skąd miała wiedzieć, jak jest naprawdę?
My to właściwie powinniśmy się orientować, bo słyszeliśmy już przecież
O próbach podobnego odwyku. Tyle, że myśmy właśnie nie chcieli wiedzieć, co
jest naprawdę grane. Zresztą, byliśmy przecież nadal niesamowicie naiwnymi
dzieciakami. Wszystkie te osobiste doświadczenia nic tu nie zmieniały.
Prawie cztery tygodnie udało się nam zresztą faktycznie wytrwać w postanowieniach. Żadne z nas nie chodziło na zarobek. Ładowaliśmy tylko wtedy, jak nam ktoś odpalił działkę albo w jakiś sposób wpadło nam trochę forsy. Tyle, że coraz więcej ganialiśmy, żeby znaleźć kogoś, kto nam odpali działkę, czy, żeby wpadało nam trochę forsy. Oczywiście nie przyznawaliśmy się do tego przed sobą.
Te tygodnie to był wspaniały okres. Nie musiałam jeszcze chodzić do szkoły, bo mama chciała, żeby te pierwsze tygodnie bez heroiny były dla mnie szczególnie przyjemne. Pozwoliła, żeby Detlef ze mną mieszkał. Poznałam go teraz od całkiem nowej strony i kochałam jeszcze bardziej niż dotąd, jeśli w ogóle można było jeszcze kochać bardziej. Detlef był beztroski, pogodny, pełen pomysłów. Byliśmy parą wiecznie roześmianych nastolatków, a może zresztą tylko tak wyglądaliśmy.
Jeździliśmy do Grunewaldu i robiliśmy sobie długie spacery. Czasami zabieraliśmy oba moje kotki i puszczaliśmy je, żeby połaziły po drzewach. Kochaliśmy się prawie co noc. Wszystko było niesamowicie wspaniałe. Czasem przez parę dni nie braliśmy nic, czasem trzy dni z rzędu byliśmy naćpani. Jak już dostaliśmy towar, staraliśmy się możliwie szybko prysnąć z tych parszywych miejsc, gdzie kręcą się ćpuny. Najchętniej łaziliśmy sobie po Kurfürstendamm
Zmieszaliśmy się z tłumem mieszczuchów. Bo tak naprawdę chcieliśmy być tacy
jak te kołtuny, tylko troszkę inni. W każdym razie chcieliśmy pokazać sobie
i innym, że nie jesteśmy starymi ćpunami, mimo, że ładujemy.
Jak byliśmy na herze, to łaziliśmy też czasem do dyskotek dla szczyli, takich jak „Flashpoint” czy „Big Eden”. Siedzieliśmy tam kompletnie naćpani i wydawało się nam, że prawie nie różnimy się od całej reszty, a w każdym razie na pewno nie jesteśmy stare ćpuny. Zdarzało się, że cały dzień przesiedzieliśmy w domu. Potrafiliśmy godzinami wyglądać przez okno i opowiadać sobie przy tym jakieś historie. Próbowaliśmy zrywać liście z tych rachitycznych drzewek, które rosły przed moim blokiem. Wychylałam się z okna jak tylko mogłam najbardziej, Detlef trzymał mnie za nogi i faktycznie udało mi się zerwać parę liści. Obściskiwaliśmy się, rozrabialiśmy, czytaliśmy trochę i cały czas robiliśmy jakieś wygłupy. Ani razu nie rozmawialiśmy poważnie o naszej przyszłości. Bardzo rzadko robiło mi się nagle źle. Działo się tak, kiedy pojawiał się jakiś problem. Kiedy na przykład poprztykałam się z Detlefem o jakąś bzdurę. Zupełnie nie umiałam sobie wtedy poradzić. Wlokło się to za mną bez przerwy i czasem bałam się, że przez takie drobne głupstwo dostanę zaraz cholery W takich chwilach miałam straszną chcicę na herę, bo jak sobie władowałam, to problem od razu znikał.