Выбрать главу

To było zimą siedemdziesiątego szóstego. Od tej pory gnębiły mnie złe przeczucia, ale tłumiłam je w sobie. Mojego przyjaciela też nie słuchałam. A on gotów był pójść o zakład, że Christiane się narkotyzuje. Ja natomiast nie dałam o niej powiedzieć złego słowa. No bo w końcu trudno ot tak przyznać się, że wszystko poszło na marne, że się nie sprawdziłam jako matka. Moja córka tego nie robi – tego się trzymałam.

Spróbowałam trochę przykrócić Christiane. Ale jak powiedziałam: – Na kolację masz być w domu – to jej nie było. Wtedy nic już nie mogłam zrobić. Gdzie miałam jej szukać po mieście. Dworzec Zoo nigdy by mi na myśl nie przyszedł, nawet gdybym nie bawiła się w tłumienie podejrzeń. Cieszyłam się, jak zadzwoniła wpół do dziewiątej i mówiła: – Mamuśka, zaraz będę, nie martw się. – Po prostu nie potrafiłam już dać sobie z Christiane rady.

Z tym, że czasem przestrzegała moich zakazów. Mówiła z dumą przez telefon: – Słuchaj, nie, dzisiaj nie mogę. Zostaję w domu. – i wcale nie wyglądała na zmartwioną. To były te sprzeczności. Z jednej strony łamała wszelkie zakazy, była bezczelna do ostatnich granic i nie dała sobie nic powiedzieć. Z drugiej strony okazywała respekt, kiedy jasno stawiało się sprawę. Ale było już za późno.

Pod koniec stycznia 1977, w którąś niedzielę, wybiła dla mnie godzina prawdy. To było straszne. Chciałam wejść do łazienki. Drzwi były zamknięte. U nas nie było takich zwyczajów. W łazience siedziała Christiane i nie chciała otworzyć. W tym momencie miałam już pewność. Równocześnie stało się dla mnie jasne, że cały czas po prostu nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Bo inaczej skąd bym tak nagle wiedziała, co ona tam robi w tej łazience.

Zaczęłam dobijać się do drzwi. Ale ona nie otwierała. Dostałam prawie szalu. Wrzeszczałam, błagałam, żeby wreszcie otworzyła. W końcu wybiegła z łazienki do pokoju. Zobaczyłam sczerniałą łyżkę i plamy krwi na ścianie. Miałam teraz potwierdzenie. Znałam to z gazet. Mój przyjaciel powiedział tylko: – Teraz już wierzysz?

Poszłam do jej pokoju. Powiedziałam: – Christiane, coś ty zrobiła. – Byłam całkowicie wyczerpana. Drżałam na całym ciele. Nie wiedziałam, czy płakać, czy się wydzierać. Ale musiałam z nią najpierw porozmawiać. Płakała rozdzierająco i nie chciała spojrzeć mi w oczy. Zapytałam: – Wstrzyknęłaś sobie heroinę?

Nie odpowiedziała. Zanosiła się płaczem, także nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Siłą rozprostowałam jej ręce i wszystko stało się jasne. Miała ślady ukłuć już na obu rękach. Nie wyglądało to bardzo groźnie. Nie było wylewu, widziałam właściwie tylko dwa, trzy ślady, razem z tym świeżym. Ten był jeszcze dosyć czerwony.

Wtedy się przyznała. Z płaczem. W tym momencie myślałam sobie: Chyba umrę. i chyba naprawdę najchętniej bym umarła. Byłam tak zrozpaczona, że w ogóle nie mogłam myśleć. Nie miałam pojęcia, co robić. Zapytałam Christiane: – Co teraz zrobimy? – Poważnie, takie zadałam jej pytanie. Sama byłam zupełnie bezradna.

To był właśnie ten cios, którego tak chciałam uniknąć. To właśnie to przez cały czas od siebie odsuwałam. Z tym, że przecież nie wiedziałam, jak to się może objawiać. Jak dotąd nie stwierdziłam u Christiane ospałości ani nic takiego. Przeważnie była wesoła i ruchliwa. Jedyne, na co zwróciłam przez te ostatnie tygodnie uwagę, to to, że czasami, jak wróciła troszkę później, bardzo szybko znikała w swoim pokoju. Tłumaczyłam sobie, że pewnie ma wyrzuty sumienia. Z powodu późnego powrotu.

Kiedy trochę się już uspokoiłam, zaczęłyśmy się zastanawiać, co tu zrobić. Wtedy Christiane powiedziała, że Detlef też jest narkomanem i, że jeśli to wszystko ma mieć jakiś sens, to muszą przejść odwyk wspólnie. Inaczej jedno zawsze będzie mogło namówić drugie. Trafiło mi to do przekonania. Postanowiłyśmy, że oboje muszą od zaraz wspólnie zacząć odwyk tutaj.

Christiane robiła wrażenie szczerej i otwartej. Od razu mi wyznała, że Detlef zarabia pieniądze na dworcu u homoseksualistów. Byłam zaszokowana. O tym, że ona sama zadaje się w tym samym celu z mężczyznami, w ogóle nie było mowy. Zresztą, nie podejrzewałam jej o to, w końcu kochała Detlefa. A on, jak mówiła, zarabiał tyle, że starczało na heroinę dla nich dwojga.

Christiane bez przerwy mnie zapewniała: – Mamuśka, ja naprawdę chcę z tym skończyć. Słowo daję. – Wieczorem pojechałyśmy szukać Detlefa. Wtedy po raz pierwszy zwróciłam świadomie uwagę na te wychudzone, budzące litość kreatury, kręcące się po dworcu między jednym a drugim przyjazdem kolejki. Christiane powiedziała: Nie chcę tak skończyć. Przypatrz się tym wrakom! Sama wyglądała jeszcze całkiem znośnie. To mnie prawie zupełnie uspokoiło.

Nie znaleźliśmy Detlefa na dworcu i pojechaliśmy do jego ojca. Wiedział o narkomanii syna, ale nie wiedział, że z Christiane jest to samo. Robiłam mu wyrzuty. – Dlaczego – pytałam – nic mi pan o tym nie powiedział? – On na to, że było mu wstyd.

Widziałam, że mu ulżyło. Chciał pokryć część ewentualnych kosztów odwyku. Dotychczas na próżno starał się o jakąś pomoc dla syna. Musiałam mu się wydawać aniołem zesłanym przez niebo. Mnie też się wydawało, że jestem bardzo silna. Nie miałam przecież bladego pojęcia, co mnie czeka.

Następnego dnia pojechałam sama po jakąś poradę. Najpierw poszłam do urzędu opieki nad nieletnimi i powiedziałam: – Moja czternastoletnia córka bierze heroiną. Co mam robić? – Nie umieli mi nic poradzić. – Do zakładu – powiedzieli. Odpowiedziałam, że to wygolę nie wchodzi w rachubę. Christiane poczułaby się tylko odtrącona. Zresztą oni nawet nie wiedzieli, do jakiego zakładu. Mieli dopiero coś poszukać, ale to musi potrwać. Twierdzili też, że miejsca dla trudnych dzieci są zresztą i tak rzadkością. Powiedziałam: – To przecież nie o to chodzi, ona nie jest trudnym dzieckiem! Jest narkomanką. – Patrzyli tylko na mnie i wzruszali ramionami. Na koniec powiedzieli mi, żebym może poszła z córką do poradni wychowawczej.

Kiedy to zaproponowałam Christiane, powiedziała tylko: – Co za bzdury, oni tam w ogóle nie mają pojęcia. Ja przecież potrzebuję terapii. – Ale w tym zakresie urząd nie miał nic do zaproponowania. Obleciałam więc poradnie dla narkomanów na politechnice, w Caritasie i gdzie tylko jeszcze. Nie miałam przecież pojęcia, co z tym fantem zrobić.

W poradniach niewiele sobie obiecywali po takim domowym odwyku. Bez terapii taki odwyk nie ma podobno wielkiego sensu. Ale powiedzieli, że ponieważ Christiane jest jeszcze taka młoda, to mogę właściwie spróbować szczęścia w domu. i tak zresztą nie mają wolnych miejsc na terapii, może w przyszłym kwartale. Dali mi jeszcze wskazówki co do odżywiania, żeby przeciwdziałać objawom niedoboru.

Odwyk odbył się zaraz w pierwszym tygodniu. Ani jedno, ani drugie nie robiło żadnych siupów i nie próbowało dać nogi. Znowu nabrałam otuchy. Po ośmiu dniach miałam pewność: Bogu niech będą dzięki – wytrzymali. Wkrótce Christiane zaczęła chodzić systematycznie do szkoły i rzekomo nawet udzielała się na lekcjach.

Ale potem znowu zaczęła znikać z domu. Tyle, że za każdym razem mówiła, gdzie jest. Dzwoniąc wieczorem o ósmej mówiła: – Mamuśka, jestem w tej i w tej kawiarni. Spotkałam tego i tego. Zaraz będę w domu.

Byłam już ostrożniejsza. Kontrolowałam jej ręce, ale nie widziałam świeżych śladów. Nie pozwalałam jej już nocować w weekendy u Detlefa. Z drugiej strony chciałam jej okazać, że mam do niej zaufanie. Dlatego w soboty wolno jej było wracać później. Byłam podejrzliwa, ale zwyczajnie nie wiedziałam, jak mam się zachować. Łamałam sobie nad tym głowę.

Strasznie się bałam, żeby znowu nie uzależnić się fizycznie od hery. Ale jak Detlef był naćpany, a ja trzeźwa, to nie było między nami kontaktu. Byliśmy dla siebie jak obcy ludzie. Dlatego zaczęłam sobie ładować to, co Detlef mi dawał. Nawet wbijając igłę mówiliśmy sobie jeszcze, że nie chcemy się już uzależnić. Wmawialiśmy sobie, że w każdej chwili możemy przestać nawet wtedy, kiedy już znowu w panicznym strachu staraliśmy się, żeby zostawić sobie trochę towaru na następny dzień.