Jadąc tego dnia do szkoły czytałam w metrze jakąś historyjkę z „Playboya”. Treść nie całkiem do mnie docierała, bo jak co rano byłam świeżo naćpana. Ale spodobał mi się nastrój całej historyjki. Wszystko działo się gdzieś daleko, pod błękitnym niebem, w promieniach słońca, i takie tam. Kiedy doszłam do miejsca, gdzie piękna dziewczyna niecierpliwie czeka na swojego wspaniałego chłopaka, który ma zaraz wrócić z pracy, normalnie się rozryczałam. Nie mogłam się w ogóle pozbierać aż do samego dworca Wutzkyallee, gdzie wysiadałam.
W szkole cały czas marzyłam, że jestem z Detlefem gdzieś daleko. Kiedy po południu spotkałam się z nim na dworcu, opowiedziałam mu o tym. Powiedział, że ma w Kanadzie wujka i ciotkę. Że mieszkają nad wielkim jeziorem, a naokoło same pola i lasy, i, że na pewno by się zgodzili nas przyjąć. Powiedział, że muszę tylko jeszcze skończyć szkołę, bo to zawsze lepiej. On pojedzie pierwszy, poszuka sobie pracy, tam nie ma z tym kłopotów, i zanim do niego dojadę, to zdąży do tego czasu kupić albo wynająć drewniany dom dla nas obojga.
Powiedziałam, że jedno, co muszę, to rzeczywiście skończyć szkołę, i, że mi teraz jakby trochę lepiej idzie. Zrezygnuję na przyszłość z głupich odżywek, będę się skupiać na lekcjach, żeby dostać dobre świadectwo ukończenia.
Detlef poszedł z jakimś klientem, ja jeszcze czekałam. Nagle stanęło za mną jakichś dwóch facetów i zapytali: – Co ty tu robisz? – Od razu wiedziałam, że to tajniaki. Nigdy mnie jeszcze dotąd nie przymknęli i nie bałam się gliniarzy, bo jak na razie, zostawiali mnie w spokoju. W końcu to już, z przerwami, będzie parę miesięcy, jak zaczęłam łazić na zarobek na dworzec Zoo, podobnie jak inne dziewczyny w moim wieku. A patrole kręciły się tam codziennie. Tyle, że oni filowali na kasztanów, co przewozili z Berlina Wschodniego butelkę wódki czy karton papierosów. Urządzali na nich regularne polowania.
Spokojnie odpowiedziałam tajniakom: – Czekam na chłopaka.
Jeden z nich zapytał: – Co, puszczasz się?
Ja na to: – Co pan, skąd panu to przyszło do głowy. Czy ja wyglądam na taką?
Zapytali o wiek i odpowiedziałam, czternaście. Chcieli zobaczyć mój dowód, chociaż dowód dostaje się dopiero, jak człowiek ma szesnaście lat. Nie omieszkałam ich o tym pouczyć.
Ten, który ciągle pytał, powiedział wtedy: – Pokaż tę plastikową torbę. Najpierw wyciągnął z niej łyżkę. Spytał, po co mi ona potrzebna.
– Do jedzenia jogurtu – odpowiedziałam.
Ale potem wyciągnął papier toaletowy z zawiniętą w niego strzykawką i kazali mi pójść ze sobą. Zabrali mnie na komisariat dworcowy. Nie bałam się. Wiedziałam, że czternastolatki nie mogą zapakować do kicia. Byłam tylko wściekła na tych tajniaków.
Zamknęli mnie do celi, zaraz obok biurka tego głównego gliniarza. Byłam tak jakoś pewna siebie, że nawet nie próbowałam pozbyć się hery, którą miałam w kieszonce dżinsów. Po prostu nie mogłam ot tak wyrzucić działki. Przyszła jakaś policjantka. Musiałam się rozebrać, nawet z bluzki i majtek, i zanim znalazła herę w moich dżinsach, zdążyła mi zajrzeć w każdą dziurę. Jeden z gliniarzy wystukał to wszystko strasznie obszernie na całej stronie papieru maszynowego. Kopia protokołu poszła do grubego segregatora. Czyli byłam już teraz zarejestrowaną narkomanką. Przestałam być „ciemną liczbą”. Gliniarze byli właściwie całkiem mili. Tyle, że każdy z nich gadał co chwila to samo: – Dziewczyno, co ty wyprawiasz? Masz dopiero czternaście lat, taka ładna, taka młoda i prawie trup.
Musiałam im podać telefon do mamy do pracy i jeden poszedł zaraz zadzwonić.
Mama przyszła gdzieś o wpół do szóstej, zaraz po pracy, kompletnie spięta, i normalnie zaczęła poważnie rozmawiać z tymi gliniarzami, którzy i tak gadali tylko, żeby gadać. W końcu powiedziała: – Tak, tak, te dzieci. Nie mam już pojęcia, co z nią robić. Przecież nawet przeprowadziłam z nią odwyk. Ale ona wcale nie chce przestać.
To już było dla mnie dno. ja nie chcę przestać. Przecież ona nie ma bladego pojęcia o mnie i mojej sprawie z heroiną. Oczywiście, że chcę przestać. Ale niech mi może powie, jak. Po wyjściu zaczęła mnie wypytywać. Gdzie znowu byłam. Powiedziałam: – Przecież normalnie, na dworcu.
Ona: – Nie powinnaś tam chodzić.
Ja – Czekałam na Detlefa. Tyle to mi chyba jeszcze wolno.
Mama stwierdziła, że nie powinnam się spotykać z tym „bezrobotnym, nieprzystosowanym łazęgą”. A potem jeszcze zapytała: – Czy ty się aby nie puszczasz?
Rozdarłam się na nią: – Coś ty, zgłupiała? Spróbuj jeszcze raz coś takiego powiedzieć. Czemu bym się miała puszczać, możesz mi to powiedzieć? Uważasz, że jestem dziwką, tak?
Na to już nic nie powiedziała. Zaczęłam się już naprawdę obawiać o swoją wolność. Zlękłam się też jakoś tego chłodu mamy. Pomyślałam, że ona też już spisała mnie na straty, poddała się, już mi nie pomoże. Ale potem powiedziałam sobie: co ona ci może pomóc tymi gadkami w rodzaju „nie chodź więcej na dworzec”, „nie spotykaj się z tym łazęgą Detlefem”.
Musiałam iść z mamą do domu, a nie miałam działki na jutro. Rano mama wyciągnęła mnie z łóżka. Popatrzyła mi w twarz: – Dziecko, jakie ty masz oczy. Zupełnie bez wyrazu. Widzę w nich tylko strach i rozpacz.
Kiedy mama poszła do pracy, popatrzyłam w lustro. Po raz pierwszy przyjrzałam się swoim oczom na głodzie. Zostały prawie same źrenice. Całkiem czarne i całkiem otępiałe. Rzeczywiście kompletnie bez wyrazu. Zrobiło mi się gorąco. Umyłam twarz. Zaczęłam marznąć, więc wlazłam do wanny z gorącą wodą. Potem nie miałam odwagi wyjść, bo w łazience było dla mnie o wiele za zimno. Cały czas dolewałam gorącej wody. Musiałam jakoś przeczekać do południa. Bo przed południem nie było szans, żebym podłapała na dworcu jakiegoś klienta albo znalazła kogoś, kto by mi odpalił trochę hery. Przed południem nikt nic nie miał. Teraz w ogóle trudno było znaleźć kogoś, kto by chciał się podzielić. Axel i Bernd niesamowicie się szczypali z każdą odrobinką. Sami potrzebowali każdej ćwiartki, bo z trudem udawało im się zarobić na tyle, ile musieli mieć. Nawet Detlef zrobił się żyła, jeśli idzie o herę. A reszta ludzi, każdy by wolał wyrzucić, niż się z kimś podzielić.
Kiedy febra zaczęła się robić coraz gorsza, zmusiłam się do wyjścia z wanny, żeby poszukać w domu jakiejś forsy. Duży pokój zawsze był teraz zamknięty na klucz. Wymyślił to Klaus, facet mojej mamy, bo twierdził, że mu niszczę płyty. Ale ja już dawno się nauczyłam otwierać te drzwi kawałkiem drutu. W dużym pokoju nie było ani grosza. Przypomniałam sobie wtedy o puszce po piwie na lodówce. Mama wrzucała do niej nowe pięciomarkówki.
Trzymałam ciężką puszkę w ręce, drżałam, bo byłam na febrze, ale też i trochę dlatego, że miałam zamiar okraść własną matkę. To była rzecz, której autentycznie jeszcze dotąd nie zrobiłam. Uważałam to zawsze za absolutne dno. Tym się jeszcze różniłam od innych narkomanów. Na przykład Bernd, przyjaciel Detlefa, bez przerwy coś wynosił z mieszkania rodziców. Telewizor, ekspres do kawy, elektryczny nóż do chleba, autentycznie wszystko, co dało się spuścić za parę marek na herę. Jak dotąd, opyliłam tylko wszystko, co miałam z biżuterii, i prawie wszystkie płyty.
Wysypałam te pięciomarkówki z puszki. Akurat niedawno cena ćwiartki na rynku spadła o piątkę, z czterdziestu na trzydzieści pięć marek. Czyli, że musiałam mieć siedem piątek. Obliczyłam: ponieważ od klienta biorę najczęściej czterdzieści, to mi zawsze ta piątka zostanie. Czyli spokojnie mogę codziennie dorzucać do puszki jedną pięciomarkówkę. i już za tydzień długu nie będzie, a mama pewnie w ogóle nic nie zauważy. Pojechałam więc z siedmioma piątkami na rynek, który przed południem był pod stołówką politechniki, kupiłam działkę i już kompletnie na głodzie władowałam sobie na miejscu, w ubikacji.