Właściwie Nowy Jork znajdował się w znacznie lepszym stanie niż większość pozostałych rozpadających się wielkich miast wschodniego wybrzeża, ponieważ zdołał w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat wyeksportować sporą część swoich problemów poprzez zachęcanie bardziej energicznych z tych problemów do pustoszenia slumsów, w których mieszkali i do których czuli wstręt. Bronx i większa część Brooklynu leżały teraz w gruzach. Nie budowano żadnych nowych domów, by zastąpiły domy spalone. W miarę jak miasto się kurczyło, jego tradycyjny przemysł lekki podążył za giełdą na południowy zachód, pozostawiając za sobą sztukę, media i handel artykułami luksusowymi (wszystkie trzy, paradoksalnie, w kwitnącym stanie). O ile nie udało ci się dostać na listy opieki społecznej (i nie byłeś aktorem, piosenkarzem albo policjantem), żyło się trudno, na krawędzi desperacji. Uzyskanie opieki społecznej nie było łatwe, ponieważ władze miasta powoli, ale systematycznie zaostrzały wymogi. Kwalifikowali się jedynie legalni stali mieszkańcy, a takim mieszkańcem stawałeś się tylko, jeśli mogłeś udowodnić, że od pięciu lat masz dochodowe zatrudnienie i płacisz podatki, albo (alternatywnie), że jesteś absolwentem którejś z tutejszych szkół średnich. Nawet ten drugi warunek nie był pozbawiony paru zagrożeń, gdyż szkoły średnie nie pełniły już po prostu funkcji domów poprawczych o niepełnym wymiarze godzin, ale naprawdę wymagały od uczniów opanowania paru elementarnych umiejętności, takich jak programowanie i gramatyka angielskiego. W ten sposób Nowy Jork ograniczył swoją (legalną) ludność do dwóch i pół miliona. Całą resztę (kolejne dwa i pół miliona? Jeśli władze wiedziały, to nie mówiły) stanowili czasowi, którzy żyli, tak jak Daniel, jak mogli najlepiej — w dormitoriach w piwnicach kościołów, w szkieletach porzuconych biur i magazynów niedaleko centrum miasta, albo (ci z wolną gotówką) w federalnie subsydiowanych „hotelach”, które zapewniały takie wygody jak ciepło, woda i elektryczność. W swoich pierwszych latach w Nowym Jorku, zanim pieniądze stały się tematem nadrzędnym (gdyż Boa, opatrznościowo, przywiozła w swoim bagażu podręcznym zapas biżuterii nadającej się do zastawienia, pozornie — i tylko pozornie — mogący mu wystarczyć do końca życia), Daniel mieszkał w takim hotelu, dzieląc półprywatny pokój z czasowym, który pracował w nocy, a spał w dzień. W „Sheldonian” na Broadwayu, na wysokości Siedemdziesiątej Ósmej Zachodniej. Nienawidził „Sheldonian”, kiedy tam przebywał, ale te czasy zostały już dostatecznie daleko za nim, by wspominał je jako Złoty Wiek.
Było nadal stosunkowo wcześnie, kiedy przyszedł do siłowni, i kierownik, Ned Collins, ustalał zestaw ćwiczeń dla nowego klienta, faceta w wieku Daniela, ale mocno podupadłego. Ned zastraszał, zachęcał i pochlebiał w znakomitych proporcjach. Byłby z niego pierwszorzędny psychoterapeuta — i naprawdę nim był. Nikt nie potrafił lepiej chłostać kogoś słowami podczas kryzysu morale albo wyciągać ludzi z chandry. To głównie z powodu Neda, i poczucia podstawowego psychologicznego komfortu, które wywoływał, Daniel uczynił Adonis, Inc. swoim domem.
Po zamieceniu holu i schodów zaczął wykonywać własny zestaw ćwiczeń, i po stu brzuszkach na pochyłości obniżył bieg do pierwszego — nastroju, albo trybu, powolnej, bezmyślnej siły, takiego, jaki muszą czuć dźwigi, kiedy są najbardziej szczęśliwe. Ned wciąż tyranizował tego nowego klienta. Wiatr dobijał się do okien. Radio grało swój mały repertuar melodii dla ludzi z uszkodzeniami mózgu, a potem spiker wygłosił naiwną, jak z Pollyanny, wersję wiadomości. Daniel był zbyt zajęty sobą, by zawracać sobie nimi głowę. Wiadomości przepływały koło niego jak hałas z ulicy, jak twarze przesuwające się na zewnątrz restauracji: oznaki rojnego życia miasta, mile widziane jako takie, ale całkiem zhomogenizowane i niewyraźne.
Po półtorej godziny skończył i przejął recepcję od Neda, który poszedł na lunch. Kiedy był pewien, że nikt z sali siłowni nie patrzy, wziął z szuflady kółko z kluczami i udał się do szatni, gdzie otworzył skrzynkę z monetami automatu telefonicznego. Za ćwierćdolarówkę ze skrzynki wykręcił numer, który podał mu Larry.
Odebrała kobieta:
— Teatro Metastasio. Czy mogę w czymś pomóc?
Nazwa ta włączyła wszystkie jego dzwonki alarmowe, ale odpowiedział dość spokojnie:
— Tak. Mam wiadomość, żeby zadzwonić do pana Ormunda, na wewnętrzny dwanaście.
— To jest wewnętrzny dwanaście, i mówi pan Ormund.
— Och. — Stłumił zaskoczenie bez chwili milczenia. — Tu Ben Bosola. Moje biuro zleceń powiedziało, że mam do pana zadzwonić.
— Ach tak. Jest wolna posada tu, w Teatro, i nasz wspólny przyjaciel powiedział, że miałby pan kwalifikacje potrzebne, by ją objąć.
To musiał być jakiś kawał. Metastasio był, bardziej niż La Fenice, bardziej niż Parnasse w Londynie, źródłem, ostoją i centralną wspaniałością odrodzenia belcanto. Czyniło go to, w oczach wielu purystów, najważniejszą operą na świecie. Gdy proszono kogoś, by śpiewał w Teatro Metastasio, było to jak otrzymanie oficjalnego zaproszenia do nieba.
— Ja?
— W tej chwili, oczywiście, Ben, nie mogę udzielić wiążącej odpowiedzi. Ale gdybyś zechciał wstąpić i dał nam się sobie przyjrzeć…
— Naturalnie.
— Nasz wspólny przyjaciel zapewnił mnie, że jesteś doskonałym nieoszlifowanym diamentem. To dokładnie jego słowa. Musimy rozważyć, jak bardzo nieoszlifowanym i jakiego rodzaju polerowanie będzie potrzebne.
— Kiedy chciałby pan, żebym zaszedł?
— Czy teraz to zbyt wcześnie?
— Uhm, właściwie lepiej byłoby trochę później.
— Będę tutaj do piątej. Wiesz, gdzie jest Teatro?
— Oczywiście.
— Po prostu powiedz człowiekowi w kasie, że chcesz zobaczyć się z panem Ormundem. On cię zaprowadzi. Do zobaczenia.
— Do zobaczenia.
— I — dodał Daniel, kiedy usłyszał sygnał zgłoszenia — amen, amen, amen. Oby tak się stało.
Metastasio!
Realistycznie, po prostu nie był tak dobry. Chyba że chodziło o miejsce w chórze. Na pewno. Ale i tak. Metastasio!
Pan Ormund powiedział coś o jego wyglądzie, o przyjrzeniu mu się. Prawdopodobnie o to chodziło w tle. Musiał zatem wyglądać jak najlepiej — nie najlepiej w sposób uliczny, ale najlepiej w sposób elegancki, ponieważ była to przecież (i chwała Bogu) rozmowa na temat pracy! To oznaczało, że trzeba jakoś złapać Claudea Durkina, bo w jednej z jego szaf Daniel trzymał ostatni garnitur, jaki pozostał mu z jego szału zakupów sprzed miesiąca miodowego w Des Moines. Przetrwał tylko dlatego, że właściciel miał go na sobie w noc, kiedy wszystko inne zostało skradzione z jego pokoju w „Sheldonian”. Marynarka, dzięki Adonis, Inc., trochę ciasno opinała barki, ale podstawowy krój był konserwatywny i nie za bardzo zdradzający jej wiekowość. W każdym razie tylko to miał, a więc musiało wystarczyć.
Wziął następną ćwierćdolarówkę ze skrzynki z monetami i zadzwonił do Claude`a Durkina. Trafił na automatyczną sekretarkę, co mogło oznaczać albo, że Claude`a nie ma w domu, albo że nie jest on w towarzyskim nastroju. Claude okresowo zapadał na miażdżące depresje, w czasie których izolował się na parę tygodni. Daniel wyjaśnił automatowi, jak pilną ma potrzebę, a następnie, gdy Ned wrócił z lunchu, potruchtał na Wall Street, gdzie mieszkał Claude, w dżinsach i golfie ze swojej szafki — w najgorszym wypadku będzie musiał spotkać się z Ormundem w nich.
Cały rejon Wall Street stanowił strefę podwyższonej ochrony, ale Daniel był zarejestrowany jako gość w punkcie kontrolnym na William Street i zdołał przejść od razu, bez najmniejszego problemu. Claude’a jednak nadal nie było w domu, albo nie pozwalał zawracać sobie głowy, kiedy Daniel dotarł na miejsce, więc ten opadł ciężko na betonową krawędź ozdobnej sadzawki i czekał. Daniel był dobry w czekaniu. Właściwie to zarabiał na życie czekaniem — w kolejkach po bilety. Szedł do jakiejś kasy wcześnie tego ranka, kiedy miejsca stawały się dostępne (czasami dzień albo dwa wcześniej) w celu kupienia biletów dla ludzi, którzy nie mieli czasu, by sami stać w kolejce, albo po prostu nie chciało im się. Praca w siłowni zapewniała mu dach nad głową; czekanie dawało pieniądze na towary spożywcze, przynajmniej od września do maja, kiedy grano coś wartego czekania na to w kolejce. W lecie musiał znaleźć inne sposoby przetrwania. Claude Durkin był jednym z najlepszych klientów Daniela. Był także, choć z pewną ostrożnością, jego przyjacielem. Poznali się w pomyślniejszych dla Daniela czasach, kiedy odbywał on kurs w Lidze Amatorów Manhattanu. LAM bardziej niż szkołą muzyczną była biurem zapoznawczym. Szedłeś tam, żeby poznać innych muzyków na twoim własnym poziomie smaku, zapału i nieudolności. Claude chodził tam, z przerwami, od lat i odbył większość kursów z katalogu. Miał czterdzieści lat, kiedy się poznali, był kawalerem i wróżką, chociaż o nierównych zdolnościach. W młodości latał dość regularnie, zawsze jednak z wielkim wysiłkiem. Obecnie unosił się najwyżej dwa albo trzy razy w roku, z jeszcze większym wysiłkiem. Daniela zawsze ciekawiło, chociaż był zbyt dobrze wychowany, by o to zapytać, dlaczego Claude po prostu nie odleciał na stałe, w taki sposób, w jaki (jak się wydawało) zrobiła to Boa, i w jaki on miał zamiar, jeśli kiedyś osiągnie prędkość ucieczki, co (jak się także wydawało) nigdy nie miało nastąpić. Niestety.