Выбрать главу

— Ahime — zgodził się szczerze Daniel. Przygryzł wargę i popatrzył w dół na swoje buty. Broda była z nim od dwunastu lat. Stanowiła równie istotną część jego twarzy co nos. Poza tym czuł się za nią bezpieczny. Nikt, w ciągu tych dwunastu lat, nigdy go nie rozpoznał za jego maską z gęstych, czarnych włosów. Ryzyko było małe, musiał przyznać, ale niezaprzeczalne.

— Wybacz mi moje zuchwalstwo, Ben, ale czy twoja broda ukrywa jakiś osobisty defekt? Może wątły podbródek albo bliznę? Nie chciałbym prosić cię o to poświęcenie, a potem stwierdzić, że nie możemy jednak cię zatrudnić.

— Nie — powiedział Daniel, odzyskawszy uśmiech. — Nie jestem upiorem w operze.

— Mam więc naprawdę nadzieję, że postanowisz wziąć tę pracę. Lubię dowcipnych chłopaków.

— Będę musiał o tym pomyśleć, panie Ormund.

— Oczywiście. Cokolwiek postanowisz, powiadom mnie jutro rano. Tymczasem, gdybyś chciał zobaczyć przedstawienie dziś wieczorem i uzyskać pewne wyobrażenie o tym, czego dokładnie się oczekuje, mogę zaproponować ci miejsce w firmowej loży opery, na którą nie będzie chętnych tego wieczoru. Robimy Demofoonte.

— Czytałem recenzje. I tak, oczywiście, z przyjemnością.

— Dobrze. Po prostu poproś Lea w kasie, gdy będziesz wychodził. Ma kopertę z twoim nazwiskiem. Ach: jedna ostatnia rzecz, zanim pójdziesz, Ben. Czy słusznie przypuszczam, że masz jakieś przeszkolenie w używaniu broni krótkiej? Wystarczające, żeby załadować, wycelować i tak dalej.

— Faktycznie mam — ale wydaje się to dziwnym przypuszczeniem.

— To twój akcent. Nie, żeby był choć trochę wyraźny, ale ja mam dosyć dobre ucho. Jest po prostu słabiutkie echo Środkowego Zachodu w twoich „r” i twoich samogłoskach. Jak obój za kulisami. Czy mogę zakładać poza tym, że odbyłeś jakieś szkolenie z samoobrony?

— Tylko tyle, ile miałem w zwykłym programie WF-u. W każdym razie myślałem, że potrzebuje pan biletera, a nie ochroniarza.

— Och, rzadko, jeśli w ogóle kiedyś, będziesz proszony, żeby strzelić do kogoś. Jeszcze do tego nie dochodzi w tym teatrze. (Odpukać w niemalowane.) Z drugiej strony, myślę, że nie mija ani tydzień bez konieczności, żebyśmy wyrzucili jakiegoś dupka. Opera nadal jednak ma moc wzbudzania namiętności. Poza tym są też klaki. Niewątpliwie będziesz miał okazję zobaczyć je dziś wieczorem, gdyż na pewno ich przedstawiciele pojawią się licznie. Geoffrey Bladebridge ma premierę w tej roli. Dotychczas tylko Rey śpiewał tę partię. Widownia bez wątpienia będzie wypełniona po brzegi stronnikami obu mężczyzn.

— Bójki?

— Miejmy nadzieję, że nie. Na ogół tylko wrzeszczą do siebie. To potrafi być mocno dokuczliwe, kiedy większość publiczności przyszła tutaj, żeby słuchać. — Pan Ormund ponownie podał mu rękę. — Ale dość już czczej paplaniny. Obowiązki wzywają, ta-ra, ta-ra! Mam nadzieję, że spodoba ci się przedstawienie dziś wieczorem, i będę oczekiwał wiadomości od ciebie jutro.

— Jutro — obiecał Daniel, gdy pokazano mu drzwi.

Daniel klaskał posłusznie, kiedy kurtyna opadła na końcu aktu pierwszego Demofoonte, jako jedyny smutas wśród szalejącej pochwalnie widowni. Nie mógł pojąć, co też pobudziło ich do tych uniesień. Pod względem muzycznym produkcja była profesjonalna, ale bez natchnienia: zwykła archeologia udająca sztukę. Bladebridge, o którego chodziło w większości tego zgiełku, nie zaśpiewał ani mądrze, ani za dobrze. Jego maniera sceniczna polegała na grzecznej, pogardliwej nudzie, którą urozmaicał, kiedy pragnął przyciągnąć uwagę do wymagającego szczególnego wysiłku upiększenia, gestem (zawsze takim samym) niezwykle schematycznej brawury. W tych chwilach, gdy wyciągał mięsiste, ozdobione klejnotami ręce, przechylał do tyłu głowę (ale ostrożnie, tak by nie ruszyć z miejsca swojej wysokiej peruki) i wyrzucał z siebie mrożący krew w żyłach tryl albo długą, głośną, meandrującą ruladę, wydawał się apoteozą nienaturalności. Sama muzyka, chociaż stanowiła pastisz oprawy czterech kompozytorów do tego samego libretta Metastasia, była jednostajnie monotonna, tworząc niezwykle słaby pretekst dla bezustannej kwiecistości, jaką narzucali jej śpiewacy. Jeśli chodziło o dramatyczność albo poezję, nic z tego. Cała przyciężka operacja — dekoracje, kostiumy, inscenizacja — zdawała się zgoła prowokująco bezsensowna, chyba że poświęcenie tak wielkiej ilości pieniędzy, energii i oklasków stanowiło samo w sobie rodzaj sensu.

Czuł prawie takie samo zamroczenie jak wtedy, gdy tak wiele lat temu, w alternatywnym świecie swojego dzieciństwa, siedział w pokoju dziennym pani Boismortier i słuchał kwartetu smyczkowego Mozarta. Z tą różnicą, że utracił pokorę, która pozwalała mu jako dziecku dalej wierzyć, tymczasowo, w wartość tego, co go zamroczyło. Postanowił zatem, kiedy światła opery w końcu rozbłysły, że nie wróci na drugi akt. Nieważne, że prawdopodobnie nie będzie już nigdy miał okazji zobaczyć niczego w Metastasiu. (Już podjął taką decyzję). Miał zbyt duży szacunek dla własnego zdania, by dalej patrzeć na coś, co uznał za całkowite efekciarstwo.

Niemniej jednak, kiedy wyszedł do holu, nie potrafił oprzeć się sposobności do krążenia pośród stałych bywalców Metastasia, nietworzących (mimo ich domin, które były, tak jak w dawnej Wenecji, de rigueur) bynajmniej tak błyszczącego zgromadzenia, jakie można by ujrzeć, między aktami, w Metropolitan albo State Theater. Znajdowali się tam oczywiście dalsi fałszywcy. Większość kastratów o statusie gwiazd stanowili czarni, tak jak w najlepszych czasach belcanto byli to głównie Kalabryjczycy albo neapolitańczycy, najbiedniejsi z biednych. Gdziekolwiek czarnych przedstawiano do powszechnego uwielbienia, czy to na ringu, czy na scenie, pojawiali się niezawodnie na miejscu wielbiący ich fałszywcy. Ale ta ich grupa składała się z fałszywców niezwykle dyskretnego rodzaju; mężczyźni mieli na sobie przeważnie, tak jak Daniel, konserwatywne i lekko niemodne już biznesowe garnitury, kobiety suknie o nieomalże klasztornej prostocie. Niektórzy z prawdziwych czarnych pozwalali sobie na większy blask, w którym pióra albo odrobina koronki ożywiały ich maski, ale ogólny ton, nawet wśród nich, był zdecydowanie przytłumiony. Może, nawet prawdopodobnie, inny ton nadawano na dole, w kasynie Metastasia, ale wpuszczano tam tylko członków z kluczem.

Daniel oparł się o kolumnę z imitacji marmuru i oglądał tę niezbyt efektowną paradę. Akurat w chwili, gdy po raz drugi postanowił wyjść, nagle zaczepiła go dziewczyna, którą poznał tego ranka, oficjalnie żona Jacka Levine`a, pozdrawiając go głośno:

— Ben! Ben Bosola! Cóż za miła niespodzianka.

Za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć jej imienia. Uniosła domino.

— Pani Levine — wymruczał. — Witam.

— Marcella — pomogła mu, a potem, by pokazać, że wobec Demofoonte osobiste afronty są bez znaczenia, powiedziała: — Czyż nie jest to najpiękniejsze… najwspanialsze… najbardziej marzycielskie, najbardziej kremowe…

— Niewiarygodne — zgodził się, z tylko takim przekonaniem, by uszło.

— Bladebridge będzie naszym następnym wielkim śpiewakiem — oznajmiła z proroczą pasją. — Prawdziwym soprano assoluto. Nie, żeby Ernesto był w jakiś sposób mniej ważny. W żadnym razie nie wypowiedziałabym się przeciw niemu. Ale jest stary, i jego najwyższe nuty już przepadły. Temu nie można zaprzeczyć. — Pokręciła głową z energiczną melancholią, potrząsając długim blond warkoczem.