— Ile ma lat?
— Pięćdziesiąt? Pięćdziesiąt pięć? W każdym razie najlepsze lata ma już za sobą. Ale jest takim artystą! Nawet teraz. Nikt nigdy nie dorównał jego Casta diva. Czy to nie zdumiewające, że spotkaliśmy się znów tak prędko? Jack nie wspomniał, że jesteś fanem. Naturalnie kazałam mu opowiedzieć mi wszystko o tobie, jak tylko przyszedł do domu.
— Nie jestem kimś, kogo nazwałabyś prawdziwym fanem. Powiedziałbym, że jestem co najmniej sześć albo siedem poziomów od szczytu na skali bycia czyimkolwiek fanem.
Jej pusty, wyjący śmiech był tak samo idiotyczny jak ta uwaga.
Nawet bez hawajskiej sukienki z frotte, a w atrakcyjniejszym brązowym welwecie, Marcella pozostała intensywnie tego rodzaju osobą, z którą nie chciałeś być widziany publicznie. Nie, żeby miało to znaczenie, ponieważ nie miał zamiaru nigdy wracać do Metastasia.
A więc, dla pokuty za traktowanie jej z góry, zmusił się, by być bardziej uprzejmym, niż wymagały tego ściśle okoliczności.
— Czy przychodzisz tu często? — zapytał.
— Raz w tygodniu, w mój wolny wieczór. Mam zaabonowane miejsce daleko, w ostatnim rzędzie Balkonu Rodzinnego.
— Szczęściara.
— Nie myśl, że o tym nie wiem. Na początku ostatniego sezonu znów podnieśli ceny i szczerze mówiąc, nie myślałam, że będę mogła to odnowić. Ale Jack był aniołem i pożyczył mi te pieniądze. Gdzie siedzisz?
— Uhm, w loży.
— W loży — powtórzyła z czcią. — Czy jesteś z kimś?
— Chciałbym! Niestety, jestem całkiem sam w tej loży.
Zmarszczka niedowierzania pofałdowała jej czoło. Ponieważ nie widział żadnego powodu, by tego nie robić, i ponieważ było to coś, o czym mogli pogadać, opowiedział jej o telefonie od Ormunda i ich opartej na nieporozumieniu rozmowie kwalifikacyjnej tego popołudnia. Słuchała jak dziecko historii o narodzeniu Chrystusa, albo jakby pierwszy raz w życiu słyszała o Kopciuszku. Jej wielkie oczy, obramowane szparami w masce, napełniły się łzami, które jednak nie spłynęły. Pierwszy z dzwonków antraktu zabrzmiał w chwili, gdy opowieść została zakończona.
— Czy chciałabyś dołączyć do mnie w loży? — zaproponował w wybuchu wspaniałomyślności (który, musiał przyznać, nic go nie kosztował).
Potrząsnęła warkoczem.
— To miłe z twojej strony, że pytasz, ale nie mogłabym.
— Nie rozumiem dlaczego.
— Bileterzy?
— O ile nie zabierzesz komuś innemu miejsca, nie będą wiedzieć.
Popatrzyła z niepokojem na ludzi idących rzędem w górę po schodach, potem na Daniela, potem znów na schody.
— W loży są cztery miejsca — namawiał ją. — Ja mogę zająć tylko jedno z nich.
— Nie chciałabym być winna utraty przez ciebie pracy, zanim jeszcze zacząłeś.
— Jeśli będą się czepiać z powodu czegoś takiego, nie są ludźmi, dla jakich powinienem pracować. — Ponieważ nie miał zamiaru wziąć tej pracy, łatwo przychodziły mu wzniosłe zasady.
— Och, Ben… nie mów tak! Pracować tutaj — w Metastasiu! Nie ma niczego, czego każdy by nie dał za tę okazję. Oglądać każde przedstawienie, każdego wieczoru! — Łzy w końcu osiągnęły punkt nasycenia i pociekły do jej maski. Musiało to być nieprzyjemne doznanie, bowiem przesunęła domino we włosy i przykładała zwiniętą chusteczkę z rękawa sukienki do pokrytych strużkami policzków.
Zabrzmiał drugi dzwonek. Hol był prawie pusty.
— Lepiej chodź — nalegał Daniel.
Skinęła głową i podążyła za nim do drzwi loży. Tam zatrzymała się, żeby po raz ostatni otrzeć pospiesznie łzy. Potem schowała chusteczkę i obdarzyła go wielkim, odważnym uśmiechem.
— Przepraszam. Naprawdę nie wiem, co mnie naszło. Chodzi tylko o to, że Teatro jest centrum mojej całej egzystencji. To jedyny powód, dla którego dalej mieszkam w tym głupim mieście i chodzę do mojej beznadziejnej roboty. I gdy słyszę, że jesteś, nie wiem, taki… nonszalancki w tej sprawie… Nie potrafię tego wyjaśnić. To mnie rozstroiło.
— Nie miałem takiego zamiaru.
— Oczywiście, że nie. Zachowuję się jak stara głuptaska. Czy to jest twoja loża? Lepiej wejdźmy, zanim nas zauważą.
Daniel otworzył drzwi i cofnął się, by Marcella mogła pójść przed nim. W połowie drogi przez mały łącznik stanęła jak wryta. W tej samej chwili światła opery przygasły i publiczność zareagowała aplauzem na wejście dyrygenta do fosy orkiestrowej.
— Ben — szepnęła Marcella — tu jest ktoś jeszcze.
— Widzę ją. Ale nie ma potrzeby, żeby panikować. Po prostu usiądź obok niej, jakbyś była u siebie. Ona prawdopodobnie zakradła się tak samo jak ty. W każdym razie nie ugryzie cię.
Marcella zrobiła, co jej kazano, i ta kobieta w ogóle nie zwróciła na nią uwagi. Daniel zajął fotel za Marcellą.
Gdy smyczki rozpoczęły skoczne wprowadzenie do duetu między Adrastem i Tymantem, intruzka opuściła swoją operową lornetkę i obróciła się, żeby popatrzeć na Daniela przez ramię. Jeszcze zanim ją rozpoznał, czuł ostrzegawczy niepokój, obserwując powolny skręt jej kręgosłupa.
Zanim zdążył wstać, złapała go za rękaw. Potem, zręcznie, nie kładąc lornetki, zerwała mu maskę.
— Wiedziałam. Mimo brody… mimo maski… wiedziałam!
Marcella, chociaż była tylko widzem tego dramatu, zaczęła ponownie, i to całkiem słyszalnie, płakać.
Panna Marspan puściła Daniela, by zająć się pobieżnie Marcellą.
— Cicho! — rozkazała, i Marcella ucichła.
— Jeśli chodzi o ciebie — zwróciła się panna Marspan do Daniela — porozmawiamy później. Ale teraz, na litość boską, siedź cicho i uważaj na muzykę.
Daniel skłonił głowę na znak poddania się, a panna Marspan wbiła swój sokoli wzrok w łagodnego Adrasta, bezlitosnego Tymanta, ani razu, przez cały czas trwania drugiego aktu, nie odwracając się znów. Tak była pewna swojego panowania nad sytuacją.
Gdy jechali, z zaciągniętymi zasłonkami taksówki, zygzakami po pełnych wybojów ulicach, Daniel próbował opracować plan. Jedynym przychodzącym mu do głowy rozwiązaniem, które mogłoby przywrócić jego utracone status quo i sprawić, by jego miejsce pobytu pozostało nieznane Grandisonowi Whitingowi, było zamordowanie panny Marspan. A to nie było żadne rozwiązanie. Nawet gdyby miał odwagę spróbować, a nie miał, z większym prawdopodobieństwem skończyłby jako jej ofiara, ponieważ panna Marspan ujawniła (w celu zapewnienia taksówkarza, że bezpieczne jest pojechanie z nimi przez Queens), że nosi pistolet, na który ma pozwolenie, i że została przeszkolona w jego używaniu. Przewidywał, że cienka materia jego incognito spruje się nieubłaganie, dwanaście lat wybiegów i uników zniweczy w jednej chwili kaprys tej kobiety, i nie mógł niczego zrobić, tylko jechać z nią. Nie chciała nawet słuchać wyjaśnień, dopóki nie zobaczy na własne oczy, że Boa żyje.
— Czy mógłbym zadać pani pytanie? — ośmielił się zagadnąć.
— Wszystko w swoim czasie, Danielu. Bardzo proszę.
— Czy szukała mnie pani? Bo w przeciwnym razie nie rozumiem…
— Przecięcie się naszych dróg było przypadkowe. Siedziałam w loży naprzeciwko twojej, i rząd wyżej. Czekając, aż dołączy do mnie przyjaciółka, oglądałam tłum przez lornetkę. Zwykle w taki wieczór obecny jest ktoś, kogo się zna. Ty wydawałeś się znajomy, ale nie potrafiłam cię od razu rozpoznać. To całkiem naturalne. Nie miałeś brody, ani nie nosiłeś domina, kiedy cię znałam. Poza tym sądziłam, że nie żyjesz. W antrakcie obserwowałam cię w holu i nawet zdołałam, stojąc po drugiej stronie kolumny, usłyszeć część twojej rozmowy z tą dziewczyną. To byłeś ty. To jesteś ty! I mówisz mi, że moja siostrzenica żyje. Nie mogę, przyznam się, wyobrazić sobie twojego motywu, by trzymać te sprawy w tajemnicy, ale tak naprawdę nie interesują mnie twoje motywy. Interesuje mnie moja siostrzenica, jej dobre samopoczucie.