Выбрать главу

— Nie jest ładnie tam, dokąd jedziemy — ostrzegł. — Ale to ją podtrzymuje.

Panna Marspan nie odpowiedziała.

Daniel rozchylił zasłonkę, by zobaczyć, jak daleko dojechali. Zobaczył część Queens wyglądającą jak każda, w której dotychczas był: tę samą szeroką autostradę bez pojazdów, obrzeżoną z obu stron porzuconymi samochodami i przewróconymi ciężarówkami, z których kilka wykazywało oznaki zamieszkania. Dalej od drogi stały sczerniałe od dymu szkielety domów jednorodzinnych. Trudno było uwierzyć, że z dala od szosy wielkie obszary Queens pozostały nietknięte. Puścił zasłonkę. Taksówka skręciła nagle w bok, omijając coś na drodze.

Mógłby teraz pewnie uciec. Mógłby zamieszkać pośród tych ruin, aby samemu stać się ruiną. Ale to oznaczałoby oddanie Boi jej ojcu, a do tego czynu nie mógł zostać — nie zostanie — doprowadzony. Była to cała jego duma, źródło całego jego poczucia własnej godności, że poprzez niedostatek wielki i mały, poprzez codzienne poniżenia tych dwunastu łat odpowiadał za utrzymanie Boi („dobre samopoczucie” stanowiłoby przesadne określenie). Inni mężczyźni mają rodziny. Daniela podtrzymywały na duchu zwłoki żony (bowiem tym teraz była, według prawa). Ale służyło to temu samemu celowi: nie pozwalało mu uwierzyć, pomimo wszystkich innych oznak, że jego klęska jest ostateczna i zupełna.

Dawniej wiedział, dlaczego to robi i dlaczego musi wytrwać. Skłaniał go do tego strach. Ale ten strach zaczął w końcu wydawać się bezpodstawny. Grandison Whiting może był człowiekiem samolubnym, ale nie szalonym. Mógł uznać, że Boa popełnia błąd, biorąc sobie Daniela za małżonka, mógł pragnąć jego śmierci, mógłby nawet postarać się, żeby ta nastąpiła, gdyby zawiodły inne metody perswazji — ale nie zamordowałby córki. Gdy ta konkretna obawa się zmniejszyła, pojawiła się jednak w jej miejsce niechęć do Whitinga i wszystkich jego uczynków i sztuczek, która urosła w końcu do wstrętu.

Nie miał żadnego racjonalnego uzasadnienia dla swojej awersji. Częściowo było to zwykłe uczucie klasowe. Whiting był arcyreakcjonistą, Machiavellim, Metternichem, i jeśli miał ku temu bardziej intelektualne powody niż większość takich sukinsynów, a nawet (Daniel musiał to przyznać) bardziej przekonywające, to tylko czyniło z niego bardziej niebezpiecznego sukinsyna niż tamci. Istniał w tym także aspekt religijny, chociaż Daniel opierał się myśli, że ma jakikolwiek związek z religią. Był zdroworozsądkowym, niezmiennym, usprawiedliwionym przez siebie ateistą. Religia, cytując jego przyjaciela Claudea Durkina, była czymś, o czym musiałeś się nauczyć, aby w pełni doceniać Dawnych Mistrzów. Ale książka, którą przeczytał dawno temu w Spirit Lake, miała wpływ na Daniela, i pogodne paradoksy pastora Jacka Van Dyke`a wkradły się do jego umysłu, woli, czy też jakkolwiek się nazywa ten zakątek duszy, w którym tkwi wiara w niewidzialne rzeczy. Tam, w ciemności, gdzie żadne racjonalne zaprzeczenie nie mogło jej dosięgnąć, rosła i rozgałęziała się myśl, że Grandison Whiting jest jednym z tych cesarzy, o których pisał Van Dyke, że rządzą światem i że trzeba im oddawać to, co do nich należy, mimo iż są dzicy, zepsuci i bez sumienia.

Krótko mówiąc, oddalenie zmieniło Grandisona Whitinga w pojęcie — pojęcie, któremu Daniel zdecydowany był się przeciwstawiać w jedyny dany mu sposób: poprzez pozbawienie go posiadania ciała jego córki, tkwiącego w stanie śpiączki od dwunastu lat.

Oddział 17, gdzie znajdowały się zwłoki (bo tym były w oczach prawa) Boadicei Weinreb, zajmował tylko małą część trzeciej podpiwnicy aneksu Pierwszych Narodowych Torów Lotu. Po tym, jak Daniel zgłosił się do recepcji w holu i jak panna Marspan, po protestach, zostawiła pistolet u ochroniarza przed windą, pozwolono im zjechać na oddział bez eskorty, gdyż twarz Daniela znano w Aneksie. Poszli długim, odbijającym dźwięki tunelem, oświetlonym — raz ostro, raz blado — przez nieregularnie rozmieszczone neonówki zamontowane na szerokim, niskim łuku sufitu. Po obu ich bokach, rozmieszczone z ciasną, straszną regularnością płyt pamiątkowych na cmentarzu, leżały bezwładne i słabo oddychające organizmy tych, którzy nigdy nie wrócili z lotów w przestrzenie poza ich ciałem. Tylko nieliczne spośród setek osób na tym jednym oddziale miały kiedyś podjąć na nowo cielesne życie, ale łupiny wegetowały tam, starzejąc się, więdnąc, dopóki jakiś istotny organ w końcu nie wysiadł albo księgowość nie przysłała na dół polecenia, żeby odłączyć maszyny podtrzymujące życie.

Zatrzymali się przed łóżkiem Boi, rodzajem gumowego hamaka zwisającego z rurowej ramy.

— Nazwisko… — zauważyła panna Marspan, schylając się, by przeczytać kartę przyczepioną do nóg łóżka. Widoki z tego oddziału pozbawiły ją jej zwykłego zdecydowania. — Bosola? To jakaś pomyłka.

— Pod tym nazwiskiem zameldowaliśmy się, kiedy tu przyszliśmy.

Panna Marspan zamknęła oczy i położyła na nich rękę w rękawiczce. Choć niezbyt lubił tę kobietę, nie mógł nie czuć dla niej odrobiny współczucia. Musiało być trudno zaakceptować tę wyschniętą, pomarszczoną poczwarkę jako siostrzenicę, którą znała i kochała, na tyle, na ile miłość leżała w jej naturze. Skóra Boi miała kolor zabrudzonych żarówek z matowego szkła i wydawała się, napięta mocno na każdej wypukłości kości, równie krucha. Pełne kształty zniknęły, nawet jej wargi były cienkie, a ciepło, jakie można było stwierdzić w zapadłych policzkach, wydawało się pożyczone z wilgotnego powietrza tunelu, a nie jej własne. Nic nie wskazywało, by w tym ciele toczyły się jakieś procesy życiowe, oprócz plazmy sączącej się przez przeświecające rurki do wolno obracającego się kieratu jej tętnic i żył.

Panna Marspan wyprężyła barki i zmusiła się do podejścia. Jej ciężka spódnica z czerwonawoszarego jedwabiu zahaczyła o ramę sąsiedniego łóżka. Uklękła, by ją rozluźnić, i pozostała przez dłuższą chwilę na jednym kolanie, wpatrując się w pustkę twarzy Boi. Potem wstała, kręcąc głową.

— Nie mogę jej pocałować.

— Nie wiedziałaby o tym, gdyby to pani zrobiła.

Cofnęła się od łóżka Boi i stała w centralnym przejściu, rozglądając się nerwowo, ale gdziekolwiek się obróciła, ten sam widok był uwielokrotniony bez końca, rząd po rzędzie, ciało po ciele. W końcu, mrużąc oczy, popatrzyła w górę, w neonówkę.

— Od jak dawna ją tu trzymasz? — zapytała.

— Na tym oddziale, pięć lat. Oddziały na wyższych piętrach są trochę weselsze, przypuszczalnie, ale o wiele droższe. To wszystko, na co mnie stać.

— To piekło.

— Boi tu nie ma, panno Marspan. Jest tylko jej ciało. Kiedy będzie chciała wrócić, jeśli będzie chciała, wróci. Ale jeśli tego nie chce, czy myśli pani, że wazon kwiatów przy łóżku coś zmieni?

Ale panna Marspan nie słuchała go.

— Popatrz, tam w górze! Czy widzisz? Ćma.

— Och, owady są nieszkodliwe — powiedział Daniel, nie mogąc stłumić swojej urazy. — Ludzie jedzą karaluchy, wie pani. Cały czas. Kiedyś pracowałem w fabryce, która robiła z nich papkę.

Panna Marspan przyjrzała mu się spokojnie; następnie, z przemyślaną siłą doświadczonego sportowca, uderzyła go w twarz wierzchem odzianej w rękawiczkę dłoni. Chociaż widział wcześniej, że to się zbliża, i przygotował się psychicznie, ten cios sprawił, że łzy stanęły mu w oczach.