Выбрать главу

Kiedy echo umilkło, wypowiedział się, nie z gniewem, ale z dumą.

— Utrzymuję ją przy życiu, panno Marspan, proszę o tym pomyśleć. Nie Grandison Whiting, z jego milionami. Ja, z niczym… to ja utrzymuję ją przy życiu.

— Przepraszam, Danielu. Ja… doceniam to, co robisz. — Dotknęła swoich włosów, by upewnić się, że są ułożone, i Daniel, sarkastycznie ją naśladując, zrobił to samo. — Ale nie rozumiem, dlaczego nie trzymasz jej u siebie, w domu. Z pewnością byłoby to tańsze niż to… mauzoleum.

— Jestem czasowym, nie mam domu. Nawet kiedy miałem pokój w hotelu, nie byłoby bezpieczne pozostawianie jej tam samej. Zdarzają się włamania do pokojów, a co by wtedy spotkało kogoś w stanie Boi…

— Tak, oczywiście. To nie przyszło mi do głowy.

Pozginała palce w ich powłoce z koźlej skóry; pozginała je i wykręciła do tyłu, jakby chciała przeciwstawić się bezradności, którą czuła. Przyszła tu gotowa wkroczyć i objąć nadzór, ale nie było nad czym objąć nadzoru.

— Grandison, jak rozumiem, nigdy się o tym nie dowiedział? Nie wie, że któreś z was żyje?

— Nie. I nie chcę, by się dowiedział, kiedykolwiek.

— Dlaczego? Jeśli mogę zapytać.

— To moja sprawa.

Panna Marspan rozważyła to.

— W porządku — zdecydowała w końcu, dezorientując Daniela.

— To znaczy, że zgodzi się pani na to? Nie powie mu pani?

— Chyba jeszcze za wcześnie, by zacząć targi — odparła chłodno. — Nadal wiele jest rzeczy, które chcę wiedzieć. Ale, jeśli uspokoi to twój umysł, mogę ci powiedzieć, że niewiele zostało miłości między Grandisonem i mną. Moja siostra, matka Boi, w końcu zdołała się zabić rok temu.

— Bardzo mi przykro.

— Nonsens. Nie znałeś jej, a gdybyś znał, jestem pewna, że byś nią pogardzał. Była to głupia, próżna histeryczka z odrobiną zalet, ale była moją siostrą, a Grandison Whiting zniszczył ją.

— I zniszczyłby też Boę, gdyby mu pani pozwoliła. — Powiedział to nie melodramatycznie, lecz spokojnym głosem pełnym wiary.

Panna Marspan uśmiechnęła się.

— Och, wątpię. Była najbystrzejszym z jego dzieci, tym, co do którego miał najwyższe nadzieje. Kiedy zginęła, jak wierzył, jego żałoba była równie prawdziwa jak twoja albo moja.

— Może była. Ale gówno mnie obchodzą jego uczucia. Spojrzenie panny Marspan powiadomiło go, że nawet w tych okolicznościach nie lubi takiego języka.

— Wyjdźmy stąd.

— Chętnie. Chciałabym jednak najpierw coś powiedzieć, póki jest to dla mnie jasne. Najważniejsze pytanie, pytanie, które rozważam, odkąd wyruszyliśmy w tej taksówce, jest takie, czy Boadicea byłaby bardziej… skłonna… wrócić tutaj, do ciebie, czy do swojego ojca.

— Tutaj, do mnie.

— Chyba muszę się zgodzić.

— A więc nie powie mu pani!

— Pod jednym warunkiem. Że pozwolisz mi zorganizować zabranie Boi z tego miejsca. Jeśli kiedyś ma wrócić, nie wierzę, że uznałaby tę perspektywę za choć trochę zachęcającą. Mogłoby to nawet podziałać tak, że zmieniłaby zdanie.

— Przeprowadzono badania. Po pewnym czasie nie wydaje się robić żadnej różnicy, gdzie są fizycznie. Wskaźnik powrotów jest taki sam tu, na dole, jak wszędzie.

— Być może, ale nigdy nie ufałam badaniom. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, żebym ci pomogła, jeśli mogę?

— Chyba zależy to od formy, jaką by to przybrało.

— Och, nie obsypię cię pieniędzmi. Sama mam ich dosyć mało. Ale mam jednak znajomości, stanowiące większą część bogactwa każdego, i jestem raczej pewna, że mogę znaleźć dom, w którym Boa byłaby bezpieczna, a ty czułbyś się dobrze. Porozmawiam o tym z Alicią dziś wieczorem, gdyż to ona była ze mną w operze i na pewno nie śpi, chcąc się dowiedzieć, co tak tajemniczo kombinowałam. Czy jest jakieś miejsce, gdzie mogę skontaktować się z tobą rano?

Nieoczekiwanie zawahał się. Minęło wiele lat, odkąd komuś ufał, chyba że przelotnie albo w łóżku, a panna Marspan nie była kimś, komu chciał ufać. Ale ufał! W końcu, zdumiony obrotem, jaki przybrało jego życie, ze wszystkimi zmianami w ciągu jednego dnia, dał jej numer Adonis, Inc., a nawet, kiedy pojechali z powrotem do miasta, pozwolił jej wysadzić się przed drzwiami, zanim wróciła do mieszkania przyjaciółki.

Leżąc samotnie w saunie i słuchając niestrudzonych wysiłków Lorenza w szatni, Daniel miał trudności z zaśnięciem. Bardzo niewiele brakowało, by wyszedł, przyłączył się i spuścił po prostu dla uspokojenia, ale chociaż zazwyczaj to właśnie by zrobił, dzisiejszy wieczór był inny. Dziś wieczorem czułby się hipokrytą, gdyby zmieszał się z pozostałymi. Teraz, gdy widział wyjście, słabiutki promyk nadziei na ucieczkę, zdawał sobie sprawę, jak bardzo chce pozostawić Adonis, Inc. za sobą. Nie, żeby nie bawił się wcześniej cudownie, kiedy już przestał zmagać się i starać, a po prostu odprężył się i płynął z prądem. Seks jest jedynym luksusem, który można mieć bez pieniędzy. A więc niech żyje seks. Ale tego wieczoru uznał, czy też przypomniał sobie, że może, przy odrobinie wysiłku, poradzić sobie lepiej.

Na początek weźmie pracę w Metastasiu. Wcześniej postanowił tego nie robić tylko z powodu obawy, że zostanie rozpoznany. Ale panna Marspan rozpoznała go nawet z brodą, a więc morał tej historii wydawał się taki, że może powinien bardziej zaryzykować. Czy nie taka była rada Gusa, kiedy powiedzieli sobie do widzenia? Coś takiego.

Parę chwil przed zaśnięciem przypomniał sobie, że to jego urodziny.

— Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, drogi Danielu — szepnął do zwiniętych ręczników, które służyły mu za poduszkę. — Życzę ci wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.

Śnił.

Ale kiedy obudził się, dygocząc, w środku nocy, większość tego snu już się rozwiała. Wiedział jednak, że był to sen o lataniu. Jego pierwszy. Wszystkie szczegóły jego lotu umykały mu — gdzie był, na jaką wysokość, jakie to było uczucie. Pamiętał tylko, że znajdował się w obcym kraju, gdzie ujrzał stary, walący się meczet. Na dziedzińcu tego meczetu stała fontanna, a wszędzie dookoła niej widział pary butów ze spiczastymi noskami, ustawione w rzędy. Zostawili je tam wierni, którzy weszli do meczetu.

Cudem tego podwórza była owa fontanna na jego środku, składająca się z trzech kamiennych mis. Woda tryskała tak obficie, że górne misy wydawały się podparte przez spienione strumienie wyrzucane z tych umieszczonych poniżej. Ze szczytowej misy unosiło się do niewyobrażalnych wysokości końcowe, najgwałtowniejsze rozkwitnięcie ze wszystkich. Unosiło się i unosiło, aż wreszcie słońce zmieniało je w pył wodny.

I to było wszystko. Nie wiedział, co o tym sądzić. Fontanna na podwórzu ze starymi butami dokoła niej. Jaki to był omen?

12

Pani Alicia Schiff, z którą Daniel miał teraz mieszkać, była, według przemyślanej i bynajmniej nie pozbawionej dezaprobaty opinii jej przyjaciółki Harriet Marspan, „najbliższą geniuszowi osobą, jaką znałam w życiu”. Była także niemal garbata, chociaż wydawało się to tak naturalną i konieczną częścią jej postaci, że prawie mogłeś uwierzyć, iż nabawiła się tego w taki sam sposób jak zeza — wskutek długich lat kulenia się nad biurkiem przy kopiowaniu nut — tak jak sosny na dużych wysokościach są kształtowane przez tytaniczne wiatry. Ogólnie stanowiła najżałośniejszy wrak ludzkiego ciała, z jakim Daniel dotąd się spotkał, i przyzwyczajenie nigdy nie mogło całkiem pogodzić go z faktami: krepową, łuszczącą się skórą jej rąk; twarzą całą w różowe, cytrynowe i oliwkowe cętki, jak na zniszczałym obrazie Rubensa; guzowatą głową z kosmykami rzadkich, siwych włosów, które czasami pod wpływem natchnienia przykrywała wytartą czerwoną parodią peruki. Z wyjątkiem wychodzenia z mieszkania, co było nieczęste teraz, gdy miała Daniela do załatwiania spraw w świecie zewnętrznym, ubierała się jak najbardziej nędzna i szalona włóczęga. Mieszkanie wypełniały stosy, małe i duże, zrzuconych ubrań — dżinsów, szlafroków, sukni, swetrów, pończoch, bluzek, szalików i bielizny — w które się przebierała i które zdejmowała o dowolnej porze dnia albo nocy, bez żadnej oczywistej metody ani motywu; był to po prostu nerwowy nawyk.