Выбрать главу

Z początku obawiał się, że będzie się od niego oczekiwać wykopania i uporządkowania śmietnika w mieszkaniu. Ubrania stanowiły tam najmniejszą część. Przemieszane z nimi były liczne warstwy aluwialnych osadów, chaos jak w bożonarodzeniowy poranek opakowań, pudeł; książek i gazet, naczyń i grzechoczących puszek, puzzli, zabawek i żetonów z tuzina gier, które nigdy nie miały zostać ponownie złożone. Znajdowała się tam także, chociaż głównie na półkach, kolekcja lalek, każda z własnym imieniem i osobowością. Ale pani Schiff zapewniła Daniela, że nie będzie od niego oczekiwać pełnienia roli pokojówki; przeciwnie, byłaby wdzięczna, gdyby zostawił wszystkie rzeczy tam, gdzie są. Gdzie — powiedziała dokładnie — jest ich miejsce.

Oczekiwała jednak, że będzie robił dla niej zakupy, dostarczał listy i partytury oraz zabierał jej podstarzałego, ryżego spaniela Inkuba na jego poranny i wieczorny spacer. Inku, tak jak jego pani, był ekscentryczny. Pochłaniało go zainteresowanie obcymi osobami (a w ogóle nie ciekawiły go inne psy), ale nie pragnął, by to zainteresowanie odwzajemniano. Wolał ludzi, którzy pozwalali mu krążyć dookoła samopas i węszyć, badając ich buty i inne wyraźne zapachy. Jednak jeśli ośmieliłeś się mówić do niego, a tym bardziej go popieścić, stawał się drażliwy i korzystał z pierwszej okazji, by uciec od takich uprzejmości. Nie był ani podły, ani przyjazny, ani rozbrykany, ani całkowicie apatyczny, i miał bardzo regularne nawyki. O ile Daniel nie miał zrobić jakichś zakupów w tym samym czasie, trasa ich spaceru nigdy się nie zmieniała: prosto na zachód do Centrum Lincolna, dwa razy dookoła fontanny, potem (gdy Daniel sumiennie zebrał szufelką gówienko z tego ranka albo wieczoru i wrzucił je do studzienki ściekowej) z powrotem do domu na Sześćdziesiątą Piątą Zachodnią, tylko kawałek od parku, gdzie pani Schiff, nie mniej przewidywalna w swoich zwyczajach, kręciła się, niespokojna i nie wylewna, gdzieś na korytarzu, mieszkania. Nigdy nie traktowała Inkuba z góry, ale mówiła do niego z założeniem, że jest on cudownym dzieckiem, zaczarowanym (z własnego wyboru) w postać psa. Do Daniela odnosiła się podobnie.

W zamian za te przysługi, i za zapewnienie męskiej, ochronnej obecności, Daniel dostał największy z wielu pokojów w mieszkaniu. Wszystkie pozostałe były komórkami i kącikami, spuścizną po poprzednim wcieleniu domu jako hotelu mieszkalnego. Kiedy pani Schiff odziedziczyła ten budynek, dwadzieścia lat wcześniej, nie zadała sobie trudu rozebrania gipsowych ścianek działowych, a nawet dodała własną, charakterystyczną innowację do tego labiryntu w postaci składanych parawanów i wolno stojących regałów z książkami (sama wykonała wszystkie prace stolarskie). Daniel z początku czuł się niezręcznie, zajmując jedyny pokój o ludzkich rozmiarach w mieszkaniu, i nawet kiedy przekonał się, na podstawie jej niechęci do wchodzenia do jego pokoju, że pani Schiff naprawdę woli własne przytulne norki, nigdy nie przestał czuć wdzięczności. Był to świetny pokój, a z warstwą świeżej farby na ścianach oraz wyczyszczoną piaskiem i nawoskowaną podłogą stał się wspaniały.

Pani Schiff lubiła jednak, gdy to ją odwiedzano, i wkrótce ustalił się ich zwyczaj, że kiedy jej dzień pracy się skończył, a on wrócił z Metastasia i przeszedł się z Inkubem dwa razy wokół tej fontanny i z powrotem do domu, siedzieli w jej sypialni z dzbankiem ziarnistej herbaty i paczką ciasteczek (Daniel nigdy nie widział, żeby pani Schiff jadła cokolwiek oprócz słodyczy) i rozmawiali. Czasami może słuchali jakiejś płyty (miała ich setki, wszystkie strasznie porysowane), ale tylko w ramach przerwy. Daniel swego czasu znał wielu dobrych gawędziarzy, ale nikt z nich nie umywał się do pani Schiff. Gdziekolwiek spoczęła jej wyobraźnia, tworzyły się idee, które następnie rozrastały się i stawały systemami. Wszystko, co mówiła, wydawało się oświecone, czasami tylko w dziwaczny sposób, ale często poważnie, a nawet dość intensywnie. Takie przynajmniej odnosiło się wrażenie, dopóki za pomocą odpowiednio dobranych słów nie przeskakiwała nagle na jakiś nowy temat. Większość z tego monumentalnego gadania była zwykłym czarem syreny i tombakiem, ale część rzeczywiście przywierała do żeber umysłu, zwłaszcza te idee, które wywodziły się z jej życiowej pasji, czyli opery.

Miała na przykład teorię, że epoka wiktoriańska była okresem masowych i systematycznych represji na skalę niespotykaną na scenie historii, nawet w Auschwitz, że cała Europa od Waterloo do drugiej wojny światowej stanowiła jedno kolosalne państwo policyjne i że funkcją sztuki romantycznej, ale zwłaszcza opery, było przyuczanie i inspirowanie dorastającego młodszego pokolenia bezwzględnych kapitalistów i arystokratów, by stali się bohaterami typu byronowskiego, to znaczy byli inteligentni, śmiali i wystarczająco morderczy, by móc obronić przed wszystkimi swoje bogactwo i przywileje. Doszła do tej teorii słuchając I Masnadieri Verdiego, opartej na sztuce Schillera o idealistycznym młodym mężczyźnie, którego okoliczności zmuszają do zostania przywódcą bandy przestępców i który w końcu zabija swoją narzeczoną po prostu dla zasady. Daniel uważał całą tę historię za absurdalną, dopóki pani Schiff, zirytowana jego uporem, nie sięgnęła po swój egzemplarz dzieł Schillera i nie przeczytała na głos Zbójców, a potem nie kazała mu, następnego wieczoru, wysłuchać opery. Przyznał, że może coś w tym jest.

— Mam rację. Powiedz to. Powiedz, że mam rację.

— Okej, masz rację.

— Nie tylko mam rację, Danielu, ale to, co jest prawdą w przypadku mafijnego terminatora Schillera, jest też prawdą odnośnie wszystkich bohaterskich kryminalistów od tamtych czasów do obecnych, wszystkich kowbojów, gangsterów i buntowników bez powodu. Wszyscy oni są biznesmenami w przebraniu. Właściwie to gangsterzy nawet zaczęli obywać się bez przebrania. Powinnam wiedzieć — mój ojciec był jednym z nich.

— Twój ojciec był gangsterem?

— Był jednym z głównych w mieście gangsterów działających w związkach zawodowych w swoich najlepszych czasach. Byłam dziedziczką w mojej złotej młodości, wyobraź sobie.

— A więc co się wydarzyło?

— Pożarła go większa ryba. Miał kilka tak zwanych hoteli mieszkalnych, takich jak ten. Rząd postanowił wyeliminować pośrednika. Właśnie wtedy, gdy myślał, że stał się poważany.

Powiedziała to bez rozgoryczenia. Tak naprawdę nigdy nie widział, żeby była zdenerwowana czymkolwiek. Wydawało się jej wystarczać pojmowanie piekła, w którym żyła (bowiem utrzymywała, że tak jest) z jej najlepszą jasnością zrozumienia, a potem przechodzenie do następnej dostrzegalnej okropności, jakby cała egzystencja stanowiła muzeum z bardziej lub mniej szkodliwymi eksponatami: narzędziami tortur i kośćmi męczenników obok ozdobionych klejnotami kielichów oraz portretów bezlitosnych dzieci w pięknych ubiorach.