Nie, żeby sama była bezduszna, raczej chodziło o to, że nie miała żadnej nadziei. Świat ją przerażał i odwróciła się od niego na rzecz własnej przytulnej norki, której wilki i lisy jakoś jeszcze nie odkryły. Tam żyła w nietkniętej prywatności swojej pracy i swoich rozmyślań, rzadko odważając się wyjść, chyba że do opery albo do tej czy innej z ulubionych restauracji, gdzie rozprawiała w towarzystwie innych przyjaciół-muzyków i jadła na obiad szereg deserów. Oddała się już dawno tradycyjnym złym nawykom odludka: nie kąpała się, nie gotowała posiłków ani nie myła naczyń; była na nogach w dziwnych godzinach, woląc noc od dnia; nigdy nie wpuszczała słońca ani świeżego powietrza do własnych pokojów, które zaczęły cuchnąć, nader intensywnie, Inkubem. Stale mówiła do siebie, a raczej do Inkuba i lalek, wymyślając dla nich długie, chaotyczne dziwaczne opowieści o bliźniętach Miodokróliczkach — Króliczku Miodokróliczku i jego siostrze, Miodku Miodokróliczku — opowieści, z których wszelka możliwość bólu albo konfliktu była wykluczona. Daniel przypuszczał, że także spała z Inkubem, ale co z tego? Czy szkodziła komuś swoim brakiem czystości albo zbzikowaniem? Jeśli istniało coś takiego jak życie umysłowe, to pani Schiff znajdowała się wśród jego animatorów i Daniel uchylał przed nią kapelusza.
Ona zresztą też uchylała swojego, gdyż nękała ją, jak tylu, którzy żyją poza światem, naiwna zarozumiałość, zarazem śmieszna i zasłużona. Tak naprawdę zdawała sobie z tego sprawę i miała skłonność do dyskutowania o tym z Danielem, który szybko został wyniesiony do statusu spowiednika.
— Moim problemem od zawsze jest to — zwierzyła się pewnego wieczoru, miesiąc po tym, jak się wprowadził — że mam hiperkinetyczną inteligencję. Ale także mnie to ratuje. Kiedy byłam dziewczynką, nie chcieli mnie dalej u siebie w żadnej ze szkół, do których ekspediował mnie ojciec w ramach swojego programu odkupienia nazwiska rodziny. Mój problem stanowiło to, że traktowałam swoją edukację poważnie, co byłoby wybaczalne samo w sobie, tylko że przy moich porywach entuzjazmu miałam tendencję do ewangelizowania. Przylepiono mi etykietkę uczennicy dającej zły przykład i traktowano jako taką, co budziło we mnie urazę. Wkrótce postawiłam sobie za zadanie to, żeby istotnie być uczennicą dającą zły przykład, i znalazłam sposoby, by sprawić, że moi nauczyciele wydawali się głupcami. Boże, jak ja nienawidziłam szkoły! Moim marzeniem od zawsze jest to, żeby wrócić tam jako gwiazda i wygłosić przemówienie na uroczystości wręczenia dyplomów; przemówienie demaskujące ich wszystkich. Co jest całkowicie niesprawiedliwe z mojej strony, wiem. Czy ty lubiłeś szkołę?
— Raczej tak, do momentu, kiedy zostałem wysłany do więzienia. Szło mi dobrze i dzieciaki wydawały się mnie lubić. Jaki ma się wybór w tym wieku?
— Nie nudziłeś się po prostu śmiertelnie?
— Czasami. Czasami nadal tak jest. To ludzkie.
— Gdybym myślała, że tak jest, zabiłabym się. Naprawdę.
— Chcesz powiedzieć, że nigdy się nie nudzisz?
— Nie, odkąd mogę temu zaradzić. Nie wierzę w nudę. To eufemizm dla lenistwa. Ludzie nic nie robią, a potem narzekają, że się nudzą. Tak jest z Harriet, i doprowadza mnie to do szału. Tak naprawdę sądzi ona, że świadczyłoby to o braku wychowania, gdyby zainteresowała się czynnie własnym życiem. Ale, biedactwo, to nie jej wina, prawda?
To pytanie wydawało się zaadresowane mniej do Daniela niż do Inkuba, który leżał w zmiętej pościeli swojej pani. Spaniel, wyczuwając to, uniósł głowę z drzemki do pozycji czujnej uwagi.
— Nie — mówiła dalej pani Schiff, odpowiadając na własne pytanie — to dlatego, że tak została wychowana. Nikt z nas nie może nic poradzić na sposób, w jaki wygięte są nasze gałązki.
Ponieważ nastąpiła odpowiedź, Inkub opuścił głowę z powrotem na poduszkę.
Znała opery Metastasia na pamięć i przepytywała Daniela drobiazgowo na temat każdego przedstawienia, przy którym pracował: kto śpiewał, jak dobrze albo kiepsko, czy jakiś skomplikowany element gry scenicznej się udał. Znała je tak dobrze nie stąd, że oglądała je tak często, ale dlatego, że w wielu przypadkach sama je napisała. Oficjalnie była jedynie główną kopistką Metastasia, chociaż czasami, kiedy powszechnie wiedziano, że jakiś tekst jest tak przekręcony, iż ledwo istnieje, program zawierał małą adnotację: „Redakcja i aranżacja — A. Schiff”. Nawet wtedy nie dostawała żadnych tantiem. Pracowała, jak oświadczała, dla samej przyjemności i większej chwały Sztuki, ale to, uznał Daniel, było tylko połową prawdy. Pracowała także, jak inni ludzie, dla pieniędzy. Wprawdzie honoraria, które otrzymywała, były małe, ale za to częste, i kiedy dodało się je do czynszów z budynków, wystarczały jej na opłacenie takich niezbędnych luksusów jak karma dla psa, książki, rzadkie płyty i jej comiesięczne rachunki w „Lieto Fino” i „La Didone”, gdzie zwykle podejmowała gości.
W pierwszych miesiącach Daniel nie był wtajemniczony w tę stronę jej życia, i dopiero stopniowo, z aluzji robionych przez pana Ormunda i pożółkłych wycinków odkrytych pośród szmelcu w mieszkaniu, dowiedział się, że pani Schiff była swego czasu sławą o niemałej randze w beau monde belcanto, po tym, jak zakochawszy się w największym ze współczesnych kastratów, Erneście Reyu, uciekła z nim i go poślubiła. To małżeństwo zostało później unieważnione, ale Rey pozostał jej wierny na swój sposób. Był jedyną osobą spośród jej przyjaciół, której pozwalała odwiedzać się w domu, i tak Daniel zawarł powierzchowną znajomość z mężczyzną powszechnie uważanym za największego śpiewaka swoich czasów (chociaż zaczął się już schyłek tych czasów).
Poza sceną wielki Ernesto stanowił najmniej odpowiedniego kandydata na primadonnę, jaki kiedykolwiek istniał — był chudym, rozedrganym nerwowo człowieczkiem, którego gładka, blada twarz wydawała się zamarła w wyrazie trwogi z szeroko otwartymi oczami w rezultacie (jak się mówiło) zbyt wielu liftingów. Był nietypowy w porównaniu z innymi kastratami poprzez to, że był biały (urodził się w Neapolu), nieśmiały (przy nieznajomych przyjmował matowy, nosowy, jednostajny głos, o oktawę niższy od jego naturalnego) i miał poczucie winy (chodził na mszę w każdą niedzielę), i nietypowy w porównaniu ze wszystkimi innymi osobami przez to, że był kastratem. Nagrał Normę pięć razy i każde nagranie okazywało się lepsze od poprzedniego. O pierwszym pewien krytyk powiedział, że Norma Reya jest lepsza od wykonania Rosy Ponselle, a był w takim wieku, że miał okazję usłyszeć tę ostatnią na żywo.
Pani Schiff była w nim teraz równie zakochana jak w dniu, kiedy uciekli, a Rey (według jej słów, potwierdzanych przez wszystkich innych) nadal równie boleśnie uważał tę miłość za coś oczywistego. Schlebiała mu; on rozkoszował się tym. Pracowała jak trupa akrobatów, by ciągle dobrze się bawił; on tolerował jej wysiłki, ale sam żadnych nie czynił, chociaż skądinąd nie był tępym niezdarą. We wszystkich sprawach dotyczących interpretacji i ogólnej strategii estetycznej pełniła funkcję jego trenerki i działała jako rzecznik wobec tych dyrygentów i inżynierów nagraniowych, którzy nie chcieli od razu nagiąć się do jego woli. Wymyślała, i ciągle poprawiała, wszystkie jego rzekomo ad libitum pasaże fiorytury, utrzymując je bezpiecznie w granicach jego ciągle zmniejszającej się skali bez zauważalnej utraty świetności. Przeglądała nawet jego kontrakty i pisała informacje dla prasy — a raczej przerabiała pozbawione smaku brednie płodzone przez jego własnego agenta ze stałą pensją, Irwina Taubera. Za wszystkie te usługi nie otrzymywała żadnego wynagrodzenia i mało podziękowań. Nie była niewrażliwa na takie oznaki lekceważenia, a nawet wydawała się czerpać słodko-gorzką satysfakcję ze skarżenia się na nie Danielowi, na którego mogła liczyć, że odpowie pełnym współczucia oburzeniem.