Выбрать главу

— Do cholery.

Potem, po krótkim namyśle, Daniel dodał:

— To było skierowane do tego nienazwanego kolegi, a nie do pana. I mówię to jeszcze raz: do cholery… z nim.

— Rozumiem, o co ci chodzi, oczywiście. Ale musisz się spodziewać, w tym stanie rzeczy, że będziesz przyciągać trochę zazdrosnej uwagi. Poza fizycznymi zaletami masz, jak to się mówi, postawę. Ponadto niektórzy z chłopców mogą odnosić wrażenie — chociaż całkowicie niesprawiedliwie, wiem — że twoja rezerwa i nieśmiałość to wyraz krytyki ich zbyt łatwego przychylania się.

— Panie Ormund, potrzebuję tej pracy. Lubię tę pracę. Nie chcę się spierać. Co muszę zrobić?

— Po prostu bądź przyjacielski. Kiedy ktoś zaprosi cię do swojej loży, zgódź się. Nie ma niebezpieczeństwa gwałtu: jesteś chłopakiem potrafiącym się obronić. Kiedy ktoś w kasynie zaproponuje ci drobną kwotę do postawienia na ruletę, postaw. To po prostu rozsądna praktyka biznesowa. I kto wie, twój numer może wypaść! Jeśli ktoś zaprosi cię na obiad po przedstawieniu, i jeśli będziesz wolny, przynajmniej rozważ tę możliwość, i jeśli wyda ci się, że możesz dobrze się bawić, to wyświadcz światu przysługę i powiedz „tak”. I, chociaż nie jest moją rzeczą podpowiadanie czegoś takiego — i w rzeczywistości wcale tego nie pochwalam, chociaż świat będzie się kręcił dalej, cokolwiek bym powiedział — nie jest niespotykane to, by wypracowano układ.

— Układ? Przykro mi, ale będzie pan musiał wyjaśnić to trochę bardziej.

— Moja droga, kochana wiejska myszko! Układ z restauracją, oczywiście. Niezależnie od tego, jak dobre jest jedzenie w „L`Engouement Noir”, na przykład, nie sądzisz chyba, że nie istnieje pewna swoboda w cenach?

— To znaczy, że dają rabaty?

— Częściej pozwalają ci wykorzystać to jako gościowi. Jeśli przyprowadzisz im kogoś na obiad, pozwolą ci zabrać kogoś na lunch.

— To dla mnie coś nowego.

— Przypuszczam, że wszyscy chłopcy będą bardziej przyjaźni, kiedy zobaczą, że nie całkiem potrafisz zwalczyć pokusę. Ale nie myśl, mignon, że proszę, byś handlował swoim tyłkiem. Tylko swoim uśmiechem.

Daniel uśmiechnął się.

Pan Ormund uniósł palec, by pokazać pantomimicznie, że o czymś sobie przypomniał. Napisał w notatniku nazwisko i adres, efektownie wyrwał kartkę i podał ją Danielowi.

— Kim jest „doktor Rivera”? — zapytał Daniel.

— Dobrym i nienadmiernie drogim dentystą. Po prostu musisz zadbać o te trzonowce. Jeśli nie masz teraz pieniędzy, doktor Rivera wypracuje coś z tobą. Jest wielkim miłośnikiem wszystkiego, co wiąże się ze sztuką. Teraz cię pożegnam. Zbliża się antrakt.

Praca dentysty kosztowała w końcu niemal tysiąc dolarów. Musiał podjąć z banku większą sumę niż ogół wszystkich jego poprzednich pożyczek, ale wydawało się takie cudowne, że przywrócono mu zęby do ich pierwotnego, nieskalanego stanu, iż nie dbał o to. Wydałby całą sumę, która pozostawała na koncie, za przyjemność przeżuwania znów jedzenia.

I jakie to było jedzenie! Wziął sobie bowiem radę pana Ormunda do serca i stał się wkrótce znajomą postacią we wszystkich istotnych restauracjach: w „Lieto Fino”, „L`Engouement Noir”, „Evviva il Coltello” i „La Didone Abbandonata”. Nie płacił też za te uczty swoją cnotą, czy też raczej jej resztkami. Musiał tylko flirtować, co i tak robił, nie starając się.

Jego rozszerzone życie towarzyskie oznaczało nieuchronnie, że mniej wieczorów mógł spędzić w domu z panią Schiff, ale widywali się teraz przez prawie tyle samo czasu w obecności innych, co wcześniej sam na sam, ponieważ pani Schiff była od dawna stałą bywalczynią „La Didone” i „Lieto Fino”. Gdy kogoś widziano przy jej stoliku (który był także, często, stolikiem Ernesta Reya), stanowiło to niemałe wyróżnienie, i akcje Daniela poszły w górę pośród tych gości, którzy zwracali uwagę na takie rzeczy (a któż z bywalców by jej nie zwracał?), a w przebieralni bileterów Daniel — a raczej Ben Bosola — stał się aktualną gwiazdą, bez pośredniego etapu bycia po prostu jednym z chłopców.

Nikt nie przyczynił się bardziej do osiągnięcia przez Daniela takiej wyższości niż osoba, która tak niedawno naskarżyła na niego panu Ormundowi. Lee Rappacini pracował w Metastasiu prawie tak długo jak pan Ormund, chociaż patrząc na nich, gdy stali obok siebie, nie uwierzyłoby się w to. Klasyczna twarz i sylwetka Lee wydawały się tak wiecznie młode jak grecki marmur, chociaż z pewnością nie tak białe, gdyż był on, pod tym jednym względem podobnie jak jego przełożony, fałszywcem. Nie z wyboru jednak, ale by spełnić kaprys swojego najnowszego sponsora, nie kogo innego jak tego najświeższego luminarza, Geoffreya Bladebridge`a. Ponadto dla spełnienia zachcianek swojego sponsora Lee nosił (uformowany plastik tworzył wybrzuszenie na białych udach jego liberii) coś, co znane było w branży jako pas szaleństwa, który miał na celu zagwarantowanie, że nikt inny nie będzie korzystał, gratis, z tego, za co Bladebridge płacił. Rodzaj korzyści, jakie kastrat faktycznie czerpał, i jego stawka zapłaty pozostawały tajemnicą, chociaż naturalnie spekulacji nie brakowało.

Ruchoma niewola Lee była źródłem wielu emocjonujących zdarzeń. Nawet w celu pójścia do toalety musiał zwracać się do pana Ormunda, któremu powierzono jeden z kluczy. Co wieczór miały miejsce komentarze, żarty i figlarne próby sprawdzenia, czy to urządzenie można przechytrzyć bez rzeczywistego jego zdjęcia. Nie było można. Daniel, jako poeta-laureat przebieralni, napisał następujący limeryk dla uczczenia tej sytuacji:

Śniady, młody bileter Lee W ubiorze z taką gwarancją tkwił: Jego wnętrzności pękną Albo w kiełbasę wymiękną. Jeśli zgubi ostatni klucz do tych drzwi.

Widoczną i prawdopodobnie szczerą reakcją Lee na to była po prostu wdzięczność za poświęcaną mu uwagę. Jego przymusowe odosobnienie miało taki skutek, jaki ma zwykle: ludzie przestali się nim aktywnie interesować. Jako cel żartów jednak stanowił w pewnym sensie ośrodek ogólnej ciekawości.

Była to dość krucha podstawa dla przyjaźni, ale okazało się, że on i Daniel mają ze sobą coś wspólnego. Lee kochał muzykę i chociaż ta miłość była, tak jak u Daniela, nieodwzajemniona, nadal się tliła. Dalej brał lekcje emisji głosu i śpiewał, w niedzielne poranki, w kościelnym chórze. Co wieczór, bez względu na operę i jej obsadę, słuchał tego, co proponował Metastasio, i mógł twierdzić w rezultacie, że widział po dwieście przedstawień Orfeo ed Eurydice i Normy, dwóch najtrwalej popularnych oper z repertuaru zespołu. Wszystko, co słyszał, wydawało się rejestrować w jego pamięci z żywością i osobliwością zaskakującymi Daniela, w którego przypadku wszelka muzyka, jakkolwiek by go wzruszała w danym momencie, wpadała jednym uchem, a drugim wypadała, co stanowiło wielki minus podczas niekończących się analiz po godzinach. W porównaniu z nim Lee był prawdziwym magnetofonem.

Wkrótce okazało się, że łączy ich nie tylko miłość do muzyki dla niej samej, ale również żądza latania. Dla Lee, tak jak dla Daniela, zawsze było to udaremnione pragnienie i (zatem) temat, którego wolał unikać. Tak naprawdę nikt, kto pracował w Metastasiu albo tam uczęszczał, nie miał wiele do powiedzenia o lataniu. Kastraci, którzy panowali niepodzielnie na jego scenie, wydawali się w równie małym stopniu zdolni do latania jak do seksu. Niektórzy z nich twierdzili, że chociaż mogą latać, nie mają ochoty; że sam śpiew jest wystarczającą chwałą — ale powszechnie uważano to za kłamstwo dla ratowania twarzy. Nie latali, bo nie mogli, i pomyślnym tego skutkiem (dla ich publiczności) było to, że nie znikali po prostu, jak większość innych wielkich śpiewaków, w eterze u szczytu swoich karier. W porównaniu z Metropolitan, która poświęcała swoją słabnącą energię repertuarowi romantycznemu, Metastasio proponował nieporównanie lepszy śpiew jako taki, i jeśli nawet jego produkcje nie pobudzały wyobraźni w identyczny sposób, jeśli nie mogły dać empatycznych dreszczy Carmen czy Rosenkavaliera, to istniały (co nawet Daniel nauczył się w końcu dostrzegać) rekompensaty. Jak obwieszczały tak dawno temu widownie z Neapolu: Evviva il coltello! Niech żyje nóż — nóż, za którego pomocą tworzono takie głosy.