Выбрать главу

Daniel myślał wcześniej, że jest wyleczony ze swoich dawnych pragnień, myślał, że osiągnął realistyczną, dorosłą rezygnację z nich. Życie odmówiło mu wielkiej liczby najwyższych przyjemności i ostatecznych spełnień, pomimo czego i tak warto było żyć. Ale teraz, rozmawiając z Lee i męcząc jak pozbawioną mięsa kość temat, dlaczego i w jaki sposób oni zostali z tego wyłączeni, czuł, że wraca znajoma udręka, to ogromne i przeszywające użalanie się nad sobą, które wydawało się równoznaczne z męczeństwem.

Teraz oczywiście Daniel wiedział już wszystko, co można było wiedzieć o teorii, choć nie praktyce latania, i czerpał rodzaj profesorskiej satysfakcji z wyprowadzania Lee z błędu co do wielu naiwnych mylnych przeświadczeń. Lee wierzył na przykład, że podstawowym bodźcem, który uwalnia ducha śpiewaka z jego ciała, jest uczucie, tak że jeśli udałoby ci się po prostu włożyć dość con amore w to, co śpiewałeś, wystartowałbyś. Ale Daniel wyjaśnił, cytując najlepsze źródła, że uczucie jest całkiem dosłownie tylko połową z tego, a druga połowa to transcendencja. Musiałeś przejść, wraz z muzyką, do stanu ponad ego, poza swoimi emocjami, ale nie tracąc poczucia ich kształtu ani rozmiarów. Lee wierzył (to był pierwszy artykuł wiary belcanto), że słowa są zasadniczo nieistotne i że to muzyka jest najważniejsza. Primo la musika. Na dowód tego mógł przytoczyć pewne strasznie absurdalne teksty piosenek, które niemniej jednak spowodowały taki czy inny udowodniony lot. Ale także w tej sprawie Daniel mógł podać konkretne źródło. Lot, czy też wyzwolenie do lotu, następował w momencie, kiedy dwie osobne półkule mózgu znajdowały się — i były utrzymywane — w doskonałej równowadze. Mózg był bowiem naturalnym gnostykiem, rozszczepionym na te właśnie dychotomie semantycznego znaczenia i percepcji bez pośrednictwa lingwistycznego — słów i muzyki, które stanowiły dychotomie śpiewu. To dlatego, chociaż tak często próbowano, żadni inni muzycy poza śpiewakami nie mogli osiągnąć tej delikatnej równowagi w swojej sztuce, która odzwierciedlała odpowiadającą jej tajemną równowagę w tkankach umysłu. Można było oczywiście dojść do swojego artyzmu innymi drogami; wszyscy artyści, bez względu na rodzaj ich sztuki, musieli nauczyć się transcendencji, i kiedy nauczyli się jej w jednej dziedzinie, część tych umiejętności dawała się przenieść. Ale jedyny sposób, by polecieć, stanowiło zaśpiewanie piosenki, którą rozumiałeś, i miałeś na myśli, aż do podeszew butów.

Daniel i Lee nie ograniczali się do teorii. Lee był dumnym, choć bezsilnym właścicielem Fluchtpunktapparatu Grundig 1300 Amphion, najlepszego i najdroższego aparatu do latania na rynku. Nikomu innemu przed Danielem nigdy nie pozwolił spróbować go użyć. Stał on na środku pustego, białego pokoju podobnego do kaplicy w penthousie Geoffreya Bladebridge`a na West End Avenue, gdzie w te popołudnia, kiedy Bladebridge`a nie było w pobliżu, dobijali się do bram nieba, błagając, by ich wpuszczono. Z takim samym skutkiem mogliby trzepotać rękami, aby spróbować polecieć. Walczyli dalej, nie zważając na to, aria po arii, ze znużeniem, piosenka po piosence, nigdy nie tracąc nadziei, ale stojąc w miejscu.

Czasami Bladebridge wracał do domu, zanim dali za wygraną, i upierał się, że dołączy do nich w charakterze nauczyciela śpiewu, po czym dawał rady i nawet, paskudnie, świecił własnym przykładem. Zapewnił Daniela, że ma on bardzo ładny baryton, za lekki do większości rzeczy, które usiłował zrobić, ale doskonały do belcanto. To była zwykła podłość. Prawdopodobnie myślał, że Daniel i Lee mają się ku sobie, ale ich chęci udaremnia pas szaleństwa, i chociaż Daniel uważał dojrzale, że teoretycznie wszystkie rzeczy są możliwe i wszyscy ludzie są polimorficznie perwersyjni, wiedział, że przekonanie Bladebridge`a jest w tym przypadku bezpodstawne. Wystarczało, że popatrzył na Lee i zobaczył różowy koniuszek jego nosa na środku brązowej jak drewno tekowe twarzy, podobny do grzyba na kłodzie, by całkowicie go odrzuciło.

W grudniu, tuż przed Bożym Narodzeniem, Lee zjawił się w Metastasiu bez zdradzającego jego sytuację wybrzuszenia pasa szaleństwa, psującego linię spodni. Jego romans z Bladebridge`em się skończył i podobny los spotkał (nieprzypadkowo) jego przyjaźń z Danielem.

Życie, musiał przyznać, nie było wyłącznie dążeniem, tęsknym pragnieniem i pewną porażką. W rzeczywistości, z wyjątkiem tych frustrujących sesji, gdy podłączał się do Fluchtpunktapparatu, Daniel nigdy nie był szczęśliwszy, a jeśli był, to tak dawno temu, że nie pamiętał, jak się wtedy czuł. Teraz, gdy miał zarejestrowaną pracę, mógł wypożyczać książki z biblioteki publicznej, chociaż przy ogromnym zasobie książek pani Schiff, będących do jego dyspozycji, to ziszczone marzenie stanowiło prawie zbyteczny luksus. Czytał, słuchał płyt, a czasami po prostu próżnował bez żadnych trosk. Wir życia towarzyskiego zapełniał mu tylko dwa albo trzy wieczory w tygodniu. Mniej więcej równie często bywał na siłowni.

Żyjąc na uboczu cowieczornej pokusy, stwierdził, że jego apetyt na seks znacznie się zmniejszył, chociaż jego stylowi życia wiele jeszcze brakowało do ścisłego celibatu. Kiedy miał jednak ochotę zmieszać się z ludźmi, szedł do śródmieścia, do swoich dawnych ulubionych miejsc, i w ten sposób zachowywał w Metastasiu reputację przyjaźnie nieprzystępnego. W rezultacie nastąpiło zdecydowane osłabnięcie aktywnego zainteresowania pośród tych gości opery, którzy, całkiem zrozumiale, mieli nadzieję na lepszą rekompensatę, niż Daniel gotowy był zaoferować. W wyniku racjonowania, które wprowadzono w styczniu, narodził się rynek nabywcy dla przystojnych chłopców. Jego życie stało się jeszcze spokojniejsze, co pasowało mu doskonale.

O dziwo (bowiem obawiał się, że będzie to źródło zdenerwowania, albo co najmniej przygnębienia) stwierdził, że lubi mieszkać z Boą i się nią opiekować. Istniał zestaw ćwiczeń, które przeprowadzał każdego ranka, poruszając jej kończynami, aby utrzymywać mięśnie w minimalnie funkcjonalnym stanie. Podczas gdy wykrzywiał jej lekkie jak drewno balsy ramiona w zalecone semafory, mówił do niej w sposób przypominający nieco ten na wpół świadomy, na wpół poważny styl, w jakim pani Schiff mówiła do Inkuba.

Czy myślał, że Boa słucha? Nie było to wykluczone. Jeśli nie opuściła ziemi całkowicie, mogła, rzecz jasna, czasami wracać, żeby zobaczyć, jak się miewa jej porzucony pojazd — czy nadawałby się do ponownej jazdy. A jeśli wracała, nie wydawało się nierozsądne przypuszczać, że zainteresuje się także Danielem i zostanie przez chwilę, by usłyszeć, co ma on do powiedzenia. Wiedział teraz, że nigdy nie byli naprawdę mężem i żoną i że nie może zatem mieć żadnego słusznego żalu o to, iż pozostawiła go własnemu losowi. To, co uważał wcześniej za miłość do Boi, było tylko zakochaniem. Tak przynajmniej jej mówił, kiedy manipulował jej lekkimi, pozbawionymi życia kończynami. Ale czy naprawdę tak to wyglądało? Trudno było sobie przypomnieć dokładne uczucia sprzed dwunastu, nie, trzynastu lat, jak również próbować przywołać z pamięci zaginione klimaty tych kilku miesięcy, kiedy byli razem, albo życie, które wiódł w jakimś poprzednim wcieleniu.