A więc rzeczywiście wydawało się dziwne to, że — jak się okazało — naprawdę żywił pewnego rodzaju czułość do tej skóry i kości, które leżały w kącie jego pokoju, oddychając tak cicho, że nigdy ich nie słyszał, nawet z bardzo bliska. Dziwnie się przypuszczało, że Boa może jednak z nim być, w dowolnej chwili nocy albo dnia, obserwując i oceniając, jak prawdziwy anioł stróż.
14
Marcella, jako całosezonowa abonentka, nadal zjawiała się w Metastasiu w każdy wtorek. Gdy odkryła, że Daniel jednak został bileterem, nie mogła się oprzeć odszukiwaniu go podczas antraktu albo (po jego przeniesieniu na Balkon Pierwszego Piętra) pozostawaniu na zewnątrz, na Czterdziestej Czwartej Ulicy, by czatować na niego po przedstawieniu. „Tylko żeby powiedzieć cześć”. Tak naprawdę chciała plotek o śpiewakach. Każdy mały strzępek informacji przyjmowała z czcią osoby wprowadzanej w uroczyste tajemnice. Daniel uważał ją za głupią, ale podobała mu się rola arcykapłana, więc nadal dostarczał jej okruszyn i smacznych kąsków na temat jej półbogów. Po pewnym czasie zaczął przemycać ją na dobre miejsca, o których wiedział, że nie są zajęte. Te uprzejmości nie uszły uwagi jego kolegów, którzy udawali, że wierzą w jego zauroczenie bardzo wątpliwymi wdziękami Marcelli. Daniel przyłączył się do tego żartu, wychwalając ją w sprośnych hiperbolach poezji a la libretto. Wiedział, że mimo ich dowcipkowania ta przyjaźń zyskuje mu uznanie wśród pozostałych bileterów. Każdy z nich miał przyjaciela, przyjaciółkę albo grupę przyjaciół, których pochlebstwa i zazdrość stanowiły jedno z głównych źródeł ich wysokiego mniemania o sobie. To, że Daniel miał swoją Marcellę, pokazywało, że mimo całego zadzierania nosa nie jest on ponad takimi codziennymi transakcjami. Faktycznie jego zaangażowanie wykraczało poza rozkoszowanie się fałszywą chwałą niezasłużonego szacunku; Marcella upierała się przy wyrażaniu swojej wdzięczności Danielowi poprzez przynoszenie mu pięciofuntowych puszek Dodatku Odżywczego Hyprotine, które „podprowadzała” z delikatesów, gdzie zawarła umowę z kasjerem. Jakiż to był świat pełen wzajemności!
Pewnego wieczoru (wcześniej, w listopadzie), po tym, jak Daniel, w porozumieniu z Lee Rappacinim, zdołał wprowadzić ją na parter, by obejrzała stamtąd ostatnie dwa akty tego, co ogłaszano na afiszach jako Achille in Sciro Sarra (chociaż w rzeczywistości partytura była dziełem pani Schiff od początku do końca, i to jednym z jej najlepszych), Marcella zaczepiła go na rogu Czterdziestej Czwartej i Ósmej z większą niż zwykle natarczywością. Daniel, który miał na sobie tylko swój uniform i odmarzał mu kształtny tyłek, wyjaśnił, że ten wieczór nie wchodzi w grę, ponieważ jest w drodze na obiad w „La Didone” (ponownie z wiernym panem Carshaltonem, którego najwyraźniej nic nie mogło zniechęcić).
Marcella, podkreślając, że potrzebuje tylko chwili, sięgnęła do swojej torebki o rozmiarach worka marynarskiego i wyjęła pudełko czekoladek Fanny Farmer z wielką czerwoną kokardą.
— Naprawdę, Marcello, to już przesada.
— Och, to nie dla ciebie, Ben — powiedziała przepraszająco.
— To prezent na Dzień Dziękczynienia dla Ernesta Reya.
— A więc czemu sama mu go nie dasz? Będzie śpiewał jutro wieczorem.
— Ale będę wtedy pracować, widzisz. I tak czy owak nie mogłabym. Naprawdę, po prostu bym nie mogła. A gdybym jednak zebrała się na odwagę, on prawdopodobnie by tego nie wziął, a gdyby jednak wziął, prawdopodobnie wyrzuciłby to, jak tylko bym się odwróciła. Tak przynajmniej słyszałam.
— To dlatego, że mogłaby w nich być trucizna. Albo coś nieprzyzwoitego. Wiadomo, że to się zdarza.
Oczy Marcelli zaczęły błyszczeć.
— Nie myślisz chyba, dlatego że powiedziałam parę słów na pochwałę Geoffreya Bladebridge`a, że należę do jakiejś klaki?
— Nie myślę tak, nie, ale Rey nie ma pojęcia, kim jesteś i czy to nie podstęp.
Marcella otarła łzy i uśmiechnęła się, by pokazać, że jej złamane serce nie ma znaczenia.
— Właśnie dlatego… — Pociągnęła nosem, — …gdyby pochodziło to od kogoś, kogo zna, nie byłoby to takie daremne. Mógłbyś powiedzieć mu, że czekoladki są od kogoś, kogo ty znasz. I komu ufasz. I że są po prostu moim sposobem podziękowania mu za przyjemność tak wielu pięknych przedstawień. Czy zrobiłbyś to dla mnie?
Daniel wzruszył ramionami.
— Pewnie, czemu nie.
Gdyby pomyślał przez chwilę, może odpowiedziałby na to sam i oszczędził sobie tego, co miało nastąpić. Mądrą decyzją byłoby, jak sugerowała Marcella, pozbycie się tego pudełka czekoladek, jak tylko stracił ją z oczu, albo zjedzenie ich samemu, jeśliby się odważył. Zamiast tego zrobił to, co obiecał, dając czekoladki tego samego wieczoru Reyowi, który także jadł obiad w „La Didone”, ze swoim agentem Irwinem Tauberem. Daniel wyjaśnił sytuację i Rey przyjął podarunek z kiwnięciem głową, nawet nie zadając sobie trudu poproszenia go, by podziękował jego dobrodziejce. Daniel wrócił do swoich escargots i opisów dziczy Vermontu pana Carshaltona, i nie myślał o tym więcej.
Następnego wieczoru pracownik obsługi sceny dostarczył Danielowi ręcznie napisany liścik od Reya, który śpiewał właśnie w Normie. Brzmiał on tak: „Naprawdę podziękuj swojej przyjaciółce w moim imieniu za jej pudełko słodyczy i tak życzliwy list. Wydaje się całkowicie urocza. Nie rozumiem, dlaczego jest tak nieśmiała, że nie zwróciła się do mnie bezpośrednio. Jestem pewien, że rozumielibyśmy się dobrze!” Daniela zirytowało przemycenie przez Marcellę listu w czekoladkach, ale skoro reakcja Reya była tak serdeczna, jakie to miało znaczenie?
Naprawdę zapomniał o całej tej sprawie — i dlatego w ogóle nie skojarzył jej ze zmianą zachowania Reya wobec niego, która z początku wyglądała na niewiele więcej niż zwyczajną grzeczność. Kiedy odwiedził on panią Schiff i zastał Daniela w domu, przypomniał sobie jego imię — po raz pierwszy, odkąd zostali sobie oficjalnie przedstawieni siedem miesięcy wcześniej. Raz, w „Lieto Fino”, kiedy Daniel, który przyszedł tam z innym towarzyszem, został, by wypić kawę przy stoliku pani Schiff, Rey, rzewnie pijany, domagał się usłyszenia historii życia Bena Bosoli, smutnej i mało prawdopodobnej opowieści, wprawiającej Daniela w zakłopotanie, gdy przedstawił ją przy pani Schiff, znającej smutną i mało prawdopodobną prawdę. W Boże Narodzenie Rey dał Danielowi sweter, mówiąc, że to upominek od jednej z jego fanek i że nie pasuje na niego. Kiedy Rey zapytał podczas jednej ze swoich sesji szkoleniowych, czy Daniel mógłby pełnić rolę jego akompaniatora (pani Schiff oparzyła rękę, robiąc herbatę), Daniel zaakceptował to jako wyraz uznania dla jego umiejętności muzycznych, i nawet kiedy Rey pochwalił jego grę, która była jednym długim partactwem, przypisał to dobrym manierom. Nie był wtedy obłudny ani rozmyślnie ślepy; wierzył, nawet teraz, że świat jest jego pasterzem, z naturalnym instynktem zapewniania mu zielonych pastwisk i zaspokajania jego potrzeb.
W lutym Rey zaprosił Daniela na obiad w „Evviva il Coltello” takim pieszczotliwym tonem, że Daniel nie mógł już łudzić się co do jego intencji. Powiedział, że wolałby nie, a Rey, nadal mrucząc, zapytał o powód. Nie przychodził mu do głowy żaden oprócz prawdziwego — że jeśli Rey zażąda natychmiastowej kapitulacji, którą wszystkie gwiazdy wydają się uważać za należną im, to odmowa może łatwo skłonić go do odwetu poprzez umieszczenie Daniela na jego czarnej liście. W niebezpieczeństwie znajdzie się jego praca, a także jego układ z panią Schiff. W końcu, aby uniknąć wyjaśnień, zgodził się, żeby Rey go zabrał. „Ale tylko ten jeden raz”.