Выбрать главу

Przez cały obiad Rey mówił o sobie — swoich rolach, swoich recenzjach, swoich triumfach nad wrogami. Daniel nigdy wcześniej nie był świadkiem pełnego zakresu próżności tego mężczyzny i jego głodu pochwał i wciąż dalszych pochwał. Było to zarazem kapitalne widowisko i śmiertelne nudziarstwo. Na końcu obiadu Rey oznajmił, stanowczo i rzeczowo, że zakochał się w Danielu. Było to tak absurdalnie nielogiczne podsumowanie ostatnich dwóch godzin pełnego wywyższania się monologu, że Daniel prawie zachichotał. Może lepiej, gdyby to zrobił, ponieważ Rey wydawał się zdecydowany, by uważać jego grzeczne sprzeciwy za nieśmiałość.

— No, przestań — zaprotestował, nadal w dobrym humorze — nie udawajmy już. — Położył rękę z wieloma pierścionkami na chusteczce wyglądającej z kieszeni na piersi jego garnituru.

— Kto udaje?

— Niech ci będzie, idolo mio. Ale był ten list — nie można temu zaprzeczyć — i będę nadal go trzymać… — Poklepał kieszeń swojego garnituru. — …tutaj, tuż przy moim sercu.

— Panie Rey, ten list nie był ode mnie. I nie mam pojęcia, co w nim było napisane.

Z kokieteryjnym spojrzeniem Rey sięgnął do wewnętrznej kieszeni garnituru i wyjął złożoną i mocno wystrzępioną kartkę, którą następnie położył obok filiżanki z kawą Daniela.

— W takim razie może chciałbyś przeczytać, co jest w nim napisane.

Zawahał się.

— Czy też znasz go na pamięć?

— Przeczytam go, przeczytam.

List Marcelli napisany był na pachnącej, obramowanej kwiatowym wzorem kartce papieru listowego, pensjonarskim pismem upiększonym kilkoma ostrożnymi zakrętasami z myślą o kaligrafii. Jego treść aspirowała do wytwornych manier w dość podobny sposób. „Do mojego najdroższego Ernesta — zaczynał się. — Kocham cię! Co więcej mogę powiedzieć? Zdaję sobie sprawę, że miłość nie jest możliwa między dwiema istotami tak różnymi jak ty i ja. Jestem tylko prostą, pospolitą dziewczyną, a nawet gdybym była tak piękna w rzeczywistości, jak jestem w moich marzeniach, nie sądzę, by zrobiło to wielką różnicę. Nadal byłaby między nami Przepaść. Dlaczego piszę, jeśli bezcelowe jest wyznanie mojej miłości? By podziękować ci za bezcenny dar twojej muzyki! Słuchanie twojego boskiego głosu dało mi najważniejsze, najwznioślejsze chwile mojego życia. Żyję dla muzyki, a jaka istnieje muzyka, która może równać się z twoją? Kocham cię — zawsze wracają te dwa małe słowa, które znaczą tak wiele. Kocham… cię!” List był podpisany: „Wielbicielka z daleka”.

— Myślisz, że to ja napisałem ten ckliwy kawałek? — zapytał Daniel po przeczytaniu całości.

— Czy możesz popatrzeć mi w oczy i zaprzeczyć temu?

— Oczywiście, że temu zaprzeczam! Nie napisałem tego! List napisała Marcella Levine, która jest właśnie taka, jak pisze; to prosta, pospolita dziewczyna uwielbiająca śpiewaków operowych.

— Prosta, pospolita dziewczyna — powtórzył Rey z wszystkowiedzącym uśmiechem.

— Taka jest prawda.

— Och, rozumiem to. Taka jest też moja prawda, prawda mojej Normy. Ale rzadkością jest, by młody człowiek o twoim charakterze pojmował takie zagadki tak jasno. Myślę, że naprawdę możesz mieć w sobie zadatki na artystę.

— Och, na rany Chrystusa. Co robiłbym… — Powstrzymał się na skraju zniewagi nie do naprawienia. Nie postąpiłby właściwie, gdyby stwierdził, że nikt przy zdrowych zmysłach nie pisałby namiętnych liścików do eunucha, skoro Rey wyraźnie uważał takie grzeczności za rzecz naturalną.

— Tak? — Rey złożył liścik i schował go z powrotem koło swojego serca.

— Słuchaj, a gdybym przedstawił ci dziewczynę, która napisała ten liścik? Czy to by cię zadowoliło?

— Jestem ciekaw, z pewnością.

— Ma wtorkowy abonament, a ty śpiewasz w następny wtorek, prawda?

— Sono Eurydice — odparł łagodnym tonem.

— A więc jeśli chcesz, zabiorę cię do niej między aktami.

— Ale nie wolno ci jej przygotować!

— Obiecuję. Gdybym to zrobił, mogłaby się wystraszyć i nie pojawić.

— Zatem wtorek. A czy potem przyjdziemy tu znów, żeby coś zjeść?

— Pewnie. We troje.

— Przy założeniu, caro, że jest nas troje.

— Tylko poczekaj. Zobaczysz.

We wtorek, podczas antraktu, Rey ukazał się w dolnym holu Metastasia już wystrojony w kostium Eurydyki, wyglądając, nawet z bliska i bez pomocy świateł, jak istny sylf, sam tiul i blask księżyca — chociaż sylf dworski raczej bardziej niż wiejski, z wystarczającą ilością sztucznych klejnotów, by w dawnych czasach wyposażyć mały żyrandol, i prochu na jego twarzy i peruce, by zatopić tysiąc statków. Będąc tak majestatycznym, poruszał się ze swobodą królowej, rozdzielając tłumy przed sobą równie skutecznie jak kordon policji. Porwał Daniela z jego miejsca pracy, stoiska z sokiem pomarańczowym, i razem wspięli się po wspaniałych głównych schodach do poziomu Głównej Kondygnacji, a następnie (ku zdumieniu wszystkich) poszli w górę o wiele mniej wspaniałą klatką schodową na Balkon Drugiego Piętra, gdzie, czego Daniel był wcześniej pewien, zastali Marcellę na skraju grupy wiernych wielbicieli. Widząc, że Daniel i Rey posuwają się w jej kierunku, zesztywniała do obronnej postawy, z napiętymi barkami i cofniętą szyją.

Zatrzymali się przed nią. Grupa, na której skraju stała dotąd Marcella, teraz zmieniła kształt, i w jej centrum znalazła się ona i jej goście.

— Marcello — powiedział Daniel w sposób, który miał ją ułagodzić — chciałbym, żebyś poznała Ernesta Reya. Ernesto, czy mogę przedstawić ci Marcellę Levine?

Marcella obniżyła wolno głowę na znak pozdrowienia.

Rey podał jej szczupłą dłoń, oślepiającą blaskiem fałszywych diamentów. Marcella, wrażliwa w temacie rąk, cofnęła się, wciskając sękate pięści w brązowe welwetowe fałdy swojej sukni.

— Daniel mówi mi, moja droga, że to tobie jestem zobowiązany za list, który ostatnio otrzymałem. — Prawie można było usłyszeć, jak instrument klawiaturowy podkreśla jego recitativo, tak soczystą zastosował dykcję.

— Słucham? — Tyle tylko zdołała z siebie wydobyć.

— Daniel mówi mi, moja droga, że to tobie jestem zobowiązany za list, który ostatnio otrzymałem. — Sposób wypowiedzenia przez niego tej linijki nie zmienił się w żadnym szczególe, ani też nie można było odgadnąć z jego królewskiej modulacji, czy to oświadczenie zapowiada podziękowania, czy wyrzuty.

— List? Nie rozumiem.

— Czy dałaś, czy też nie, temu czarującemu młodemu człowiekowi list dla mnie, zamknięty w pudełku czekoladek?

— Nie. — Pokręciła stanowczo głową. — Nigdy.

— Bo — mówił dalej Rey, zwracając się do całego tłumu, który zgromadził się wokół nich — jeśli to jednak był twój list…

Długi blond warkocz zatrząsł się gwałtownie w zaprzeczeniu.

— …chciałem tylko powiedzieć, jaki bardzo miły i ciepły i cudowny jest to list, i podziękować ci za niego osobiście. Ale ty mówisz mi, że go nie wysłałaś!

— Nie! Nie, bileter musiał… pomylić mnie z kimś innym.