Transatlantyckie linie telefoniczne stały się jedną z pierwszych ofiar kryzysu. Nie można było teraz nawet wysłać telegramu za ocean bez zezwolenia rządu. Poczta pozostała jedynym sposobem, w jaki mógł przekazać SOS pannie Marspan. List ekspresowy mógł iść dwa dni, albo miesiąc, albo mógł w ogóle nie dotrzeć. Daniel wysłał cztery listy z czterech różnych poczt; wszystkie dotarły do mieszkania panny Marspan w Chelsea jednego ranka. Jeśli miała jakieś podejrzenia, że Daniel zmyśla kłopoty, by napełnić własną kieszeń, zachowała je dla siebie. Zwiększyła swoje polecenie wypłaty do pięciuset dolarów miesięcznie, czyli o dwukrotność sumy, o którą prosił, i przysłała mu na dobrą sprawę pożegnalny list, pełen wiadomości o schyłku i upadku. Żywność nie była już problemem w Londynie. Wiele lat wcześniej każdy park i skrzynka z kwiatami w tym mieście zostały przystosowane do uprawy warzyw, a na wsi wiele pastwisk zmieniono z powrotem w grunty orne, odwracając proces z wielu stuleci. Słabe ogniwo Londynu stanowiło jego zaopatrzenie w wodę. Stan Tamizy był niski, jej wody zbyt cuchnące, by je uzdatnić. Panna Marspan pisała dalej przez dwie gęsto zapełnione strony o wymogach życia z dwoma pintami wody dziennie. „Nie ośmielamy się pić nawet tego, chociaż nadaje się do gotowania. Jesteśmy pijani na okrągło, my wszyscy, którzy mamy tę mądrość i potrzebne środki, by zaopatrywać nasze piwnice. Wcześniej nigdy nie rozważałam możliwości zostania alkoholiczką, ale okazuje się to zadziwiająco sympatyczne. Zaczynam przy śniadaniu od jednego beaujolais, stopniowo przechodzę do bordo po południu i zmieniam je na brandy wieczorem. Lucia i ja rzadko obecnie wybieramy się aż do South Bank, ponieważ nie ma żadnego transportu publicznego, ale lokalne kościoły stale zapewniają nam muzykę. Wykonawcy są zwykle tak samo pijani jak ich publiczność, ale nie jest to pozbawione interesujących elementów, a nawet przydatności, pod względem muzycznym. Madrygał Monteverdiego staje się tak wzruszający, gdy jest zamglony przez wino, a jeśli chodzi o Mahlera… Słowami tego nie opiszę. Panuje dość powszechna zgodna opinia, nawet wśród naszych czołowych parlamentarzystów, że to jest, zdecydowanie, le fin du monde. Rozumiem, że tak samo jest w Nowym Jorku. Pozdrów ode mnie Alicię. Dołożę wszelkich starań, by być na premierze odnalezionego Axura, zakładając, że ostateczny upadek zostanie opóźniony o przynajmniej kolejny rok, jak tradycyjnie się działo. Dziękuję, że nadal opiekujesz się naszą najdroższą Boadiceą. Twoja itd.”
Harry Molzer był jednym z najpoważniej podchodzących do sprawy kulturystów w Adonis, Inc. Nikt w obecnych czasach nie miał bohaterskiej budowy ciała bogów Złotego Wieku sprzed pół stulecia, ale według współczesnych standardów Harry`emu szło dobrze — 48-calowa klatka piersiowa, l6 i półcalowe bicepsy. To, czego brakowało mu w samej masie, nadrabiał rzucającymi się w oczy szczegółami. Posiadanie tego ciała stanowiło całe życie Harry`ego. Kiedy nie był w pracy, patrolując 12. rejon, przebywał na tej siłowni, udoskonalając swoje proporcje jak u Michała Anioła. Całe jego zarobki szły na utrzymanie jego głodnych mięśni. Dla oszczędności dzielił małą kawalerkę niedaleko siłowni z dwoma innymi nieżonatymi gliniarzami, którymi pogardzał, chociaż nigdy w najmniejszym stopniu nie zaniedbywał serdeczności wobec nich — ani, tak naprawdę, wobec wszystkich. Był, zdaniem kierownika, Neda Collinsa, prawie świętym, i Daniel mniej więcej musiał się z tym zgodzić. Jeśli czystość serca polegała na pragnieniu jednej rzeczy, to Harry Molzer znajdował się na samym szczycie razem z mydełkiem Ivory Snow.
Harry mocno ucierpiał wskutek racjonowania. Rada Racjonowania miała uwzględniać indywidualne różnice somatyczne, ale Harry posiadał tyle mięśni co trzech albo czterech przeciętnych mężczyzn. Nawet z uzupełniającymi kuponami, do których uprawniono policjantów, nie było sposobu, by Harry mógł dalej funkcjonować przy 195 funtach wagi bez uciekania się do czarnego rynku. Naturalnie uciekł się, ale nawet na czarnym rynku białka w proszku, którego potrzebował, nie można było dostać. Ludzie robiący zapasy najpierw rzucili się właśnie na takie koncentraty. Przestawił się na suchą fasolę jako następne najlepsze źródło białka, stając się znany ze swoich pierdnięć, ale w marcu nawet fasola kosztowała już więcej, po cenach czarnorynkowych, niż Harry mógł zapłacić. Jego mięśnie się zmniejszyły i równocześnie, z powodu skrobi w fasoli, zaczął nabierać cienkiej poduszeczki sflaczałości.
Harry w żadnym razie nie chciał poddać się z rezygnacją nieuniknionemu. Zawsze był w siłowni — wpatrując się posępnie w lustra, które pokrywały ściany wewnętrzne, albo robiąc grymasy w prywatnej walce z ciężarami; stojąc w oknie między zestawami ćwiczeń i obserwując ruch na dole, na placu, albo wijąc się w szybkich, gwałtownych skrętach na pochyłej desce do brzuszków. Ale sama siła woli nie wystarczała. Mimo jego niestrudzonych wysiłków, ciało Harry`ego mówiło „do widzenia”. Bez stałego dostarczania białka ciężkie ćwiczenia tylko przyśpieszały samozniszczenie jego tkanek. Ned Collins próbował nakłonić go do skrócenia harmonogramu, ale Harry`ego nie dało się przekonać. Trzymał się dokładnie tego samego toku czynności, jaki stosował w czasach swojej chwały.
Harry nigdy nie był szczególnie towarzyski. Dla niektórych, takich jak Daniel, siłownia pełniła rolę klubu. Dla Harry`ego była to religia, a on nie należał do tych, co rozmawiają w kościele. A jednak lubili go, a nawet czcili ci, którzy podzielali jego wiarę, ale brakowało im jego zapału. Teraz, proporcjonalnie do tego, jak go wcześniej lubiano, współczuto mu — i unikano go. Ten kąt siłowni, w którym akurat ćwiczył, stopniowo był opuszczany, jakby udręka Harrye`go była zaraźliwa. W każdym razie ostatnimi czasy zjawiało się mniej ludzi. Nikt nie miał takiego nadmiaru energii. I nikt nie lubił znajdować się blisko Harrye`go.
Byli też, co nieuniknione, tacy, którym brakowało tej litości albo moralnej wyobraźni, by zrozumieć, co się dzieje z Harrym, i to jedna osoba z tej małej grupy, na początku pewnego kwietniowego popołudnia, doprowadziła go do szału. Harry robił wyciśnięcia na ławeczce i stosował, jak zawsze teraz, o wiele większy ciężar niż taki, z którym mógł sobie poradzić. Podczas ostatniego powtórzenia jego drugiego zestawu lewe ramię zaczęło się wyginać, ale zdołał je wyprostować i unieruchomić łokieć. Jego twarz była ostro zaczerwieniona. Wytężające się powrozy jego szyi utworzyły deltę z jego zębami w grymasie na szczycie. Sztanga przechyliła się niepokojąco i Ned zerwał się, wyskoczył z recepcji, gdzie rozmawiał z Danielem, i popędził przez siłownię, by dotrzeć do Harrye`go na czas. To wtedy moralny imbecyl, o którym mowa, zawołał ze swojej grzędy na poręczach: