— Okej, Herkulesie, jeszcze jedno powtórzenie!
Pręt opadł z łoskotem na stojaki i Harry poderwał się z ławeczki z wrzaskiem. Daniel myślał, że pręt zmiażdżył mu rękę, ale to wściekłość, a nie ból, wylała się z jego płuc. Gniew z różnych przyczyn, dławiony przez całe miesiące i lata, eksplodował w jednej chwili. Harry porwał osiemdziesięciofuntową sztangielkę leżącą przy ławeczce i cisnął nią w swojego dręczyciela. Nie trafiła w niego, natomiast roztrzaskała spory kawał lustra i przeleciała przez ścianę z gipsu i listew do szatni za nią. „Harry!” — błagał Ned, ale nad Harrym nie dało się zapanować, nie reagował na apele, wpadł w amok. Po kolei, w systematycznej ekstazie niszczenia, rozbił wszystkie lustra na siłowni, używając najcięższych sztang ze stojaka. Posłał dwudziestofuntowy talerz, jak dysk, w automat z napojami. Przewrócił jeden ze stojaków ze sztangielkami na podłogę. Było to takie uczucie, jakby bomba uderzyła w budynek. Przez cały ten czas nikt nie odważył się spróbować go powstrzymać.
Kiedy ostatnie lustro poszło, a z nim duża część podtrzymującej je ściany, Harry obrócił się twarzą do trzech okien górujących nad placem Sheridana. Były nadal nietknięte. Podszedł do jednego z nich, ze sztangielką w ręce, i popatrzył na tłum, który zebrał się na chodniku i na ulicy.
— Harry, proszę — powiedział cicho Ned.
— Pieprzę to — odezwał się Harry ponurym, zmęczonym głosem. Odwrócił się od okien i wszedł do szatni, zamykając za sobą drzwi. Daniel obserwował przez dziurę w gipsowej ścianie, jak idzie do swojej szafki. Przez dłuższą chwilę gmerał cierpliwie przy zamku szyfrowym kłódki. Kiedy w końcu ją otworzył, wyjął swój policyjny rewolwer z kabury, podszedł do jedynego ocalałego lustra, które wisiało nad zlewem, i przybrał swoją ostatnią, nieświadomą, klasyczną pozę, gdy kierował lufę pistoletu we własną skroń. Następnie palnął sobie w łeb.
Nigdy tak naprawdę nie otwarto ponownie Adonis, Inc.
Żywność stała się problemem dla każdego. Według stałego gwaru mediów w pojednawczych biuletynach było jej dość, by wystarczyła na wiele nadchodzących miesięcy. Trudność stanowiła dystrybucja. Rada Racjonowania narzuciła obowiązek pracy supermarketom i sklepom spożywczym w całym mieście, ale ceny czarnorynkowe były teraz tak wyśrubowane, że ryzykowałeś życie, kiedy widziano, jak wychodzisz z centrum dystrybucji z naręczem (albo pełną kieszenią) towarów spożywczych. Nawet konwoje złożone z pięciu albo sześciu mężczyzn mogły zostać napadnięte. Natomiast policja koncentrowała się głównie w tych parkach albo koło tych parkingów, gdzie działały czarne rynki. Mimo jej zapobiegawczej obecności ani tydzień nie mijał bez kolejnego, i bardziej gwałtownego, ataku motłochu na te ostatnie nędzne bastiony uprzywilejowania. W końcu marca nie istniał już czarny rynek w sensie fizycznym — tylko sieć osób złączonych niewidzialną hierarchią. System ekonomiczny upraszczano do jego atomowych składników: każdy człowiek był swoim własnym uzbrojonym obozem.
Dzięki pokoikowi z nagromadzonymi zapasami pet bricquettes Daniel i pani Schiff nigdy nie zostali doprowadzeni do skrajnego niedostatku. Daniel, znośny, chociaż rzadko natchniony kucharz, przyrządzał rodzaj chlebowego puddingu z pokruszonych bricquettes, proszku Hyprotine i sztucznego słodzika, a pani Schiff twierdziła, że tak naprawdę woli go od swojego zwykłego pożywienia. Organizował także grupy mieszkańców ich budynku, by robić wyprawy do ich centrum dystrybucji, dawnego supermarketu Red Owl na Broadwayu. I ogólnie radził sobie.
W miarę jak się ocieplało, zaczęło wyglądać na to, że przebrnie finansowo przez ten kryzys bez konieczności proszenia o pomoc Ernesta Reya. Poprosiłby, gdyby nie miał już innego wyjścia (gdyby, na przykład, panna Marspan uchyliła się od rosnącego kosztu dobroczynności). Mieszkanie z ciałem Boi utwierdziło Daniela w jego poczuciu obowiązku, uczyniło je mniej abstrakcyjnym. Zrobiłby wszystko, co by musiał, dla utrzymania jej przy życiu — i w swoim posiadaniu. W końcu czego takiego mógłby zażądać od niego Rey, czego już nie zrobił, albo z wyboru, albo z ciekawości? Miał tendencję do zastanawiania się nad tym pytaniem więcej, niż było całkiem zdrowo. Często leżał sam w swoim pokoju, przeglądając w umyśle możliwości ze szklistooką, bezsenną uporczywością. Niektóre z tych możliwości były dość straszne, ale na szczęście żadne z jego wyobrażeń, nawet najłagodniejsze, nie miały się ziścić.
Stało się jasne, że Inkub umiera, chociaż ani pies, ani jego pani nie byli gotowi stawić czoła temu faktowi. Nadal udawał, że chce, by go wyprowadzono na spacer, snując się osowiale po korytarzu, skomląc i drapiąc drzwi zewnętrzne. Nawet gdyby miał siłę dotrzeć aż do latarni na rogu, nie było możliwości, żeby mu ustąpić, ponieważ pies na ulicy stanowił obecnie po prostu żywe mięso i bodziec do zamieszek.
Pani Schiff była oddana umierającemu spanielowi i Inkub na wszelkie sposoby wykorzystywał nieuczciwie jej współczucie. Stał się nieustannie niezadowolony, prosił o jedzenie, którego potem nie chciał jeść. Nie pozwalał pani Schiff czytać ani pisać, ani nawet rozmawiać z nikim oprócz niego. Jeśli próbowała obejść te zakazy, nadając rozmowie z Danielem pozory tete-a-tete z Inkubem, wyczuwał to i karał ją przez odejście chwiejnym krokiem do najciemniejszej części mieszkania i klapnięcie w nieruchomej rozpaczy. Po paru chwilach pani Schiff była tam przy nim, pieszcząc go i przepraszając, bo nigdy nie potrafiła wytrzymać bardzo długo jego dąsów.
Pewnego wieczoru, niedługo po zamknięciu siłowni, Inkub wszedł do pokoju pani Schiff i domagał się, żeby pomogła mu się wdrapać na jej łóżko, chociaż dotychczas akceptował nowy zakaz robienia tego. Nietrzymanie przez niego odchodów i w konsekwencji drastyczny remont mieszkania wzbudziły w Inkubie prawie ludzkie poczucie winy, które każda nowa samorzutna defekacja podtrzymywała.
Daniel, gdy mijał ten pokój i zobaczył Inkuba rozwalonego na łóżku, zaczął go besztać, ale zarówno pies, jak jego pani patrzyli na niego tak żałośnie, że nie miał serca nalegać. Wszedł do pokoju i usiadł na fotelu przy łóżku. Inkub uniósł ogon ledwie o cal z pościeli i opuścił go. Daniel pogłaskał go po zadzie. Ten zaczął skowyczeć: chciał historyjki.
— Myślę, że chce, żeby opowiedziała mu pani historyjkę.
Pani Schiff skinęła głową ze znużeniem. Rozwinął się u niej rodzaj przytłumionej odrazy do własnych fantazji, dlatego że musiała recytować je tyle razy, kiedy absolutnie nie była w nastroju do fantazjowania. Nazywała to swoim kompleksem Szeherezady. Na nic się nie zdawały w takich sytuacjach próby skracania opowiadanej historii, gdyż Inkub zawsze potrafił wyczuć, kiedy odbiegała od ustalonego formatu i formułek, i skomlał, nie dawał jej spokoju, dopóki zbaczająca fabuła nie została sprowadzona z powrotem na wąskie ścieżki ortodoksji. W końcu pani Schiff nauczyła się, jak dobra owca, nie zbaczać.
— Jest to opowieść — zaczęła, jak zaczynała tak wiele razy wcześniej — o Króliczku Miodokróliczku i jego siostrze, Miodku Miodokróliczku, i o wspaniałym Bożym Narodzeniu, które spędzili w Betlejem, pierwszym w ogóle Bożym Narodzeniu. Pewnego wieczoru, tuż przed porą snu, kiedy Króliczek Miodokróliczek miał zaraz udać się na zasłużony spoczynek po jak zwykle bardzo pracowitym dniu, jego kochana siostrzyczka, Miodek Miodokróliczek, przybyła skacząc, hipiti-hop, do ich przytulnej norki głęboko w korzeniach sękatego, wykrzywionego starego dębu i powiedziała do brata: „Króliczku! Króliczku! Musisz wyjść i popatrzeć na niebo!”. Króliczek rzadko widywał siostrę tak podekscytowaną, więc choć był senny (a był bardzo senny)…