Выбрать главу

Daniel zainteresowałby się mocniej i z większym zaangażowaniem tymi wydarzeniami, ale niestety wektor jego własnego życia nie chciał przyłączyć się do tej ogólnej tendencji zwyżkowej. Stała się w rzeczywistości rzecz najgorsza, mianowicie panna Marspan przestała udzielać mu pomocy w najbardziej ostateczny sposób. Nie żyła, tak jak rzesze innych, którzy zginęli w wyniku nadal trwającej wielorakiej epidemii w Londynie. Daniela poinformowano o jej śmierci w teleksie z jej banku. Bank ubolewał z powodu wszelkich niedogodności, które mogły wyniknąć z nagłego przerwania comiesięcznych przekazów, ale ponieważ zmarła nie umieściła żadnej klauzuli w swoim testamencie, aby utrzymano takie płatności, nie mógł postąpić inaczej.

Daniel miał podobnie ograniczony wybór sposobu działania. Dopóki duch nowej ery nie dotrze do Rady Racjonowania i nie skłoni jej do rozpatrzenia na nowo trudnego położenia takich osób jak Boa, nie będzie możliwe oddanie jej z powrotem do ponurych oddziałów Aneksu Pierwszych Narodowych Torów Lotu. W każdym razie nie miał już dosyć gotówki, by zapewnić jej pobyt w Aneksie przez więcej niż kilka miesięcy. Mówiąc sobie, że nie ma wyboru, poszedł do Ernesta Reya.

Ustalone warunki jego kapitulacji nie były wspaniałomyślne. Miał dać sobie ufarbować skórę na ciemny tekowy brąz, całą oprócz szerokiego kręgu na każdym policzku, któremu pozostawi się jego naturalny kolor, aby (wyjaśnił Rey) ujawniać jego rumieńce. Włosy, czarne jak smoła, nie potrzebowały farbowania, ale miały być kędzierzawione, roztrzepywane i modelowane, jak krzew ozdobny, zgodnie z nakazami mody. Będzie towarzyszył Reyowi, kiedy tylko tamten tego zażąda, ubrany w liberię Metastasia, albo coś równie wesołego i barwnego, i będzie oddawał małe przysługi symbolizujące jego zależność, takie jak otwieranie drzwi, przewracanie kartek i pucowanie butów. Ponadto będzie uczestniczył, aktywnie i nie szczędząc sił, we wszelkich cielesnych zajęciach, które poleci mu wykonać Rey, pod warunkiem tylko (to jedyne ustępstwo, jakie udało się Danielowi uzyskać), że takie zajęcia będą zgodne z prawem i będą się mieściły w zwykłym zakresie jego umiejętności. Nie będzie mu wolno poza tym uprawiać seksu, w którym to celu miał zostać zaopatrzony w pas szaleństwa. Będzie udawał, zarówno publicznie, jak prywatnie, że jest rozkochany w swoim dobroczyńcy, i na wszelkie zapytania, dlaczego zachowuje się w taki sposób, miał odpowiadać, że słucha podpowiedzi kochającego serca. W zamian Rey zobowiązał się do zapewniania „dobrego samopoczucia” Boi przez taki czas, przez jaki będzie potrzebować tych usług od Daniela, i później jeszcze przez rok.

Punkty tej umowy zostały zaprzysiężone na specjalnym obiedzie w „Evviva il Coltello” w obecności pani Schiff i pana Ormunda, którzy zgodnie wydawali się uważać to wydarzenie za pomyślne. Pan Ormund był wręcz prawdziwą matką panny młodej, na przemian wybuchając to entuzjazmem, to łzami. Podjął się oddać Daniela tego samego wieczoru w ręce swojej własnej kosmetyczki i nadzorować całą jego transformację. Oświadczył, że właśnie na to miał nadzieję, kiedy po raz pierwszy jego oczy spoczęły na Benie i rozpoznał w nim ukrytego brata. Pani Schiff była mniej wylewna w swoich gratulacjach. Najwyraźniej uważała jego fizyczne przemodelowanie za zupełny nonsens, ale zaaprobowała ten związek jako obliczony na przyczynianie się do spokoju ducha Ernesta i przez to ulepszanie jego sztuki.

Daniel nigdy wcześniej nie zaznał upokorzenia. Doświadczał czasami przelotnego zakłopotania. Żałował nierozważnych działań. Ale przez wszystkie swoje cierpienia, w Spirit Lake i podczas długich lat jako czasowy w Nowym Jorku, nigdy nie czuł żadnego głębokiego ani długotrwałego wstydu. Teraz, chociaż próbował tak jak przedtem skryć się w azylu wewnętrznej, niemożliwej do przymuszenia wolności, zaznał upokorzenia. Nie wierzył już w swoją niewinność ani prawość. Pogodził się z osądem świata — szyderczymi uśmiechami, żarcikami, odwróconymi oczami. Wszystko to mu się należało. Mógł nosić liberię Metastasia bez ujmy dla swojej dumy — nawet, w swoich lepszych chwilach, z rodzajem moralnej ostentacji, jak ci paziowie na renesansowych obrazach, wydający się, z racji młodości i urody, rywalami książąt, którym służą, ale nie potrafił nosić liberii prostytucji z tak swobodnym wdziękiem: uwierała go, drapała, powodowała swędzenie, paliła, ścierała jego duszę.

Próbował mówić sobie, że jego położenie zasadniczo się nie zmieniło, że chociaż może poddał kark pod jarzmo, jego duch pozostaje wolny. Przypomniał sobie Barbarę Steiner i prostytutkę (zapomniał jej imię), która zainaugurowała jego seksualną karierę w Elmore, a także niezliczonych zawodowców tutaj, w Nowym Jorku, z którymi w ich wolnych chwilach się zabawiał, zarówno męskie dziwki, jak kurwy. Ale nie znalazł żadnej pociechy w takich porównaniach. Jeśli nie osądzał ich nigdy tak surowo jak teraz siebie samego, to dlatego, że przez samo bycie prostytutkami umieścili się poza nawiasem społeczeństwa. Bez względu na to, jakimi innymi wartościowymi cechami mogli się pochwalić — dowcipem, wyobraźnią, wspaniałomyślnością, wylewnością — pozostawali w oczach Daniela bez honoru. Tak jak teraz on sam. Bo czyż nie mówili oni — czyż on nie mówił — w istocie, że miłość jest kłamstwem, a raczej umiejętnością? Nie, jak on przedtem uważał, poligonem duszy; nie, w jakiś sposób, sakramentem.

Seks, jeśli nie był drogą dla duszy do tego świata, a dla ciała poza niego, stanowił po prostu jeszcze jeden sposób, poprzez który ludzie zyskiwali przewagę nad sobą. Był czymś z tego świata, doczesnym. Ale co pozostawało w takim razie, co nie było doczesne, co nie należało do cesarza? Może latanie, chociaż wydawało się, że ten wymiar łaski zawsze będzie mu odmawiany. I (domagała się logika) śmierć. Wątpił, na podstawie swojego wcześniejszego niepowodzenia w tym kierunku w Spirit Lake, czy miałby kiedyś odwagę się zabić, ale ponieważ pani Schiff nic o tym nie wiedziała, znalazł zdecydowaną ulgę w rzucaniu jej ponurych aluzji. Prawie żaden wieczór nie mijał bez folgowania przez Daniela grzmotowi pioruna za kulisami, aż w końcu pani Schiff straciła wszelką cierpliwość i zrugała go.

— A więc chciałbyś umrzeć — czy to mamroczesz? — zapytała pewnego wieczoru podczas drugiego tygodnia jego niewoli, kiedy przyszedł do domu na wpół pijany i melodramatyzował.

— Co za bzdury, Danielu, co za nudne brednie! Naprawdę, zaskakujesz mnie, zachowując się w ten katastrofalny sposób. To do ciebie niepodobne. Mam nadzieję, że nie postępujesz tak przy Erneście. To nie byłoby uczciwe wobec niego, wiesz.

— Zawsze myślisz, kurwa, tylko o Erneście i o niczym więcej! A ja?

— Och, myślę o tobie stale. Jak mogłabym nie myśleć, skoro codziennie przebywamy razem? Ale martwię się o Ernesta, to prawda. A o ciebie się nie martwię. Jesteś o wiele za zdolny i mocny.

— Możesz to powiedzieć, kiedy siedzę tutaj w tym miednicznym kaftanie bezpieczeństwa i nie mogę nawet się sam wysikać?

— Chcesz klucz? To wszystko?!

— Och, kurwa, pani Schiff, pani celowo próbuje źle to zrozumieć.

— Czy zatem kazał ci zrobić coś tak okropnego, że nie możesz o tym mówić?

— Nie kazał mi zrobić, kurwa, niczego!

— Aha!

— Też ci powiem „aha”.

— To wcale nie upokorzenie cię dręczy. To niepokój. A może jesteś trochę rozczarowany?