— Jeśli o mnie chodzi, mogę tkwić w pasie cnoty do wieku dziewięćdziesięciu pięciu lat; nie będę się skarżyć.
— Muszę powiedzieć, Danielu, że wydajesz się skarżyć. To całkiem możliwe, wiesz, że Ernesto będzie nadal zadowalał się status quo. Nasze małżeństwo skończyło się, w istocie, przy krojeniu tego ciasta.
— A więc po co to robi?
— Bella figura. Przyjęte jest posiadanie na własność czarującej młodej osoby. Trzeba przyznać, że mnie nie można było nazwać czarującą nawet w młodości, ale w tamtych czasach mój ojciec był nadal prominentnym gangsterem, więc istniał prestiż społeczny. W twoim przypadku myślę, że jest zdeterminowany, by przewyższyć Bladebridge`a. Ten człowiek naprawdę go niepokoi — całkiem niepotrzebnie, według mnie. Ale wśród ludzi, na których opinii mu zależy, podbój ciebie został zauważony, przynajmniej w takim stopniu, jakbyś był rolls-royce`em, który kupił, a potem kazał zmodyfikować.
— Och, wiem to wszystko. Ale on mówi o tym, jak bardzo mnie kocha. Ciągle nawija o swojej namiętności. To jest jak życie wewnątrz libretta opery.
— Nie przychodzi mi do głowy lepsze miejsce, w którym ja chciałabym żyć. I naprawdę uważam to za niewspaniałomyślne z twojej strony, że go nieco nie zbałamucisz.
— Chcesz powiedzieć, że nie jestem dobrą kurwą.
— Niech sumienie będzie twoim doradcą, Danielu.
— Co proponujesz, żebym zrobił?
— Przede wszystkim zainteresuj się. Ernesto jest śpiewakiem, a śpiewacy najbardziej chcą tego, żeby ich słuchano. Poproś, by pozwolił ci chodzić na jego próby, obserwować jego zajęcia mistrzowskie. Chwal jego śpiew. Bądź wylewny. Zachowuj się tak, jakbyś naprawdę miał na myśli każde słowo w liście, który do niego napisałeś.
— Do cholery, pani Schiff — ja nie napisałem tego listu!
— Tym większa szkoda. Gdybyś napisał, to może byłbyś gotowy nauczyć się samemu śpiewać. Z takim nastawieniem nigdy ci się to nie uda.
— Nie ma potrzeby mi tego wypominać. Chyba już to wiem.
— Ach, znów brzmi w twoim głosie to jęczenie. Beczenie niewinnego baranka. Ale to nie jakaś nieubłagana, predestynująca siła nie pozwala ci być śpiewakiem, jakim mógłbyś być. To twój wybór.
— Och, odpieprz się. Idę spać. Masz klucz? Muszę się wysikać.
Pani Schiff zbadała różne kieszenie ubrania, które miała na sobie, a potem ubrań, które zrzuciła z siebie w ciągu tego dnia. W jej pokojach stopniowo zaczynał znów panować dawny nieład, teraz, gdy Inkub zdechł. W końcu znalazła kółko z kluczami na swoim stole roboczym. Poszła za Danielem do łazienki i, po uwolnieniu go z pasa szaleństwa, stanęła w drzwiach, a on poszedł do toalety. Środek ostrożności przeciw waleniu przez niego konia. Była bardzo sumienną strażniczką więzienną.
— Twoim problemem, Danielu — ciągnęła po jego pierwszym westchnieniu ulgi — jest to, że masz duchową ambicję, ale żadnej wiary. — Rozważyła to przez chwilę i zmieniła zdanie. — Nie, to wydaje się bardziej moim problemem. Twój problem jest taki, że masz faustowską duszę. To większa dusza, być może, niż należące do wielu, którzy mimo wszystko mogą latać z największą łatwością. Zresztą kto sądził, że rozmiar jest dowodem jakości, co?
Daniel żałował, że w ogóle zaczął tę dyskusję. Chciał tylko ramienia, na którym mógłby się wypłakać, a nie nowych wejrzeń w jego nieudolność. Chciał tylko możliwości, by wysikać się, zgasić światła i iść spać.
— Samo dążenie, wciąż i zawsze, nikogo nie wyróżnia. To właśnie jest nie tak z niemiecką muzyką. Wszystko w niej to rozwój, Sehnsucht i niecierpliwość. Najwybitniejsza sztuka z radością zamieszkuje ten moment, tu i teraz. Wielki śpiewak śpiewa w taki sposób, w jaki szczebiocze ptak. Nie trzeba mieć wielkiej duszy, żeby szczebiotać, tylko gardło.
— Jestem pewien, że masz rację. A teraz czy mogłabyś zostawić mnie samego?
— Mam rację. I rację ma też Ernesto, i drażni mnie, Danielu, to, że nie chcesz oddać mu sprawiedliwości. Ernesto ma ducha nie większego od diamentu, ale nie mniej doskonałego. Może robić to, o czym ty tylko marzysz.
— Śpiewa pięknie, zgodzę się z tobą. Ale nie może latać ani trochę bardziej niż ja.
— Może. Postanowił tego nie robić.
— Gówno prawda. Wszyscy wiedzą, że kastraci nie mogą latać. Tracą jaja i skrzydła przy tym samym cięciu nożem.
— Opiekowałam się Ernestem po parę dni naraz, podczas gdy jego duch latał sobie tu i tam. Możesz uważać, jeśli musisz, że udawał to ze względu na mnie, ale ja wiem, co wiem. Teraz chciałabym, żebyś się wytarł i pozwolił mi wrócić do pracy.
Od czasu śmierci Inkuba pani Schiff tkwiła w natłoku pracy, pisząc nową operę, która miała być jej własna i nikogo innego. Nie chciała rozmawiać o swoim dziele w toku, ale stała się niecierpliwa w kwestii wszystkiego, co się z nim bezpośrednio nie wiązało. W rezultacie była zazwyczaj tajemnicza albo drażliwa, i w obu przypadkach mieszkało się z nią piekielnie.
Zanim pas został znów zamknięty na klucz, Daniel skorzystał ze sposobności, żeby umyć się w zlewie. Kąpał się bezustannie ostatnimi czasy, i kąpałby się jeszcze więcej, gdyby pani Schiff na to pozwalała.
— Jeśli chodzi o to, co mówiłeś wcześniej — zauważyła pani Schiff, gdy się wycierał — myślę, że wkrótce zaczniesz lubić swoje upokorzenia, tak jak ludzie w rosyjskich powieściach.
Daniel zobaczył, jak rumieni się w lustrze łazienki.
Rumieńce są jak tulipany. Na wiosnę kwitną obficie, a potem, gdy rok toczy się dalej, robi się ich coraz mniej. Przez pewien czas wystarczało, że zwrócił na niego uwagę obcy człowiek, by Daniel cierpiał spazm wstydu, ale — rzecz jasna — zdarzały się sytuacje, kiedy, ponieważ myśli miał skupione na innych sprawach, nie wiedział o zainteresowaniu, jakie wzbudził. W rezultacie, naturalnie, wzbudzał mniej zainteresowania. Na te chwile, kiedy świat upierał się przy gapieniu, wskazywaniu palcami i wyzywaniu go, Daniel wypracował mały arsenał mechanizmów obronnych, od prewencyjnego dogryzienia „Nawzajem!” (najlepiej wygłaszanego do prawdziwych czarnych, którzy ograniczali swoją wrogość do ironicznych spojrzeń) do wariackiego parodiowania samego siebie, na przykład wtedy, gdy udawał, że brzdąka na bandżo, i zaczynał śpiewać w taki sposób, jakby miał uszkodzony mózg składankę melodii z minstrelskiego show (sztuczka ta potrafiła wywołać paniczny strach w sercach nawet potencjalnych napastników). Niechętnie zaczął rozumieć tajemnicę, którą fałszywcy dzielili z dziwakami wszelkiego rodzaju — że ludzie boją się go tak, jak mogliby się bać, że zobaczą swoje własne idiotyczne id brykające sobie tu i tam przed nimi i obwieszczające ich tajemne pragnienia każdemu przechodniowi. Gdyby tylko wiedzieli, snuł smutne refleksje, że nie są to nawet moje tajemne pragnienia; że prawdopodobnie nie są niczyimi. O ile o tym pamiętał, budzenie odrazy w ludziach mogło mu nawet sprawiać przyjemność — w przypadku niektórych ludzi większą niż w przypadku innych, naturalnie. Krótko mówiąc, dokładnie tak, jak przepowiedziała pani Schiff, uczył się delektować swoim poniżeniem. A czemu nie? Jeśli jest coś, co musisz zrobić, i istnieje sposób, by mieć z tego przyjemność, byłbyś głupcem, gdybyś zrobił to w jakikolwiek inny sposób.
Daniel przyjął bardziej uprzejme nastawienie także w stosunku do swojego dobroczyńcy. Chociaż nigdy nie ustąpił tak dalece, by ukryć fakt wymuszonej uległości, to jednak starał się odgrywać rolę, do której został zaangażowany, chociaż sztywno. Opierał się odruchowi, by wzdrygać się, kiedy Rey pieścił go, szczypał i w inne sposoby udawał lubieżne zainteresowanie, co robił tylko, kiedy byli w miejscach publicznych, a nigdy, kiedy byli sami. Potem, w pewnym stopniu dlatego, że tkwił w tym dwuznaczny rodzaj okrucieństwa, zaczął odwzajemniać te grzeczności — ale tylko, kiedy byli sami, nigdy w towarzystwie. Nazywał go „Tatulkiem”, „Drogim przyjacielem”, „Kwiatem lotosu” i którymkolwiek z setki innych czułych słówek zapożyczonych z włoskich i francuskich librett. Pod pretekstem, że „chce wyglądać jak najlepiej” dla Reya, trwonił masę żywej gotówki na ubrania z wygórowanymi cenami i bez gustu. Nabił ogromne rachunki u kosmetyczki pana Ormunda. Kokietował, stąpał dumnie, przybierał pozy i wdzięczył się. Stał się żoną.