Выбрать главу

Żadna z tych obrzydliwości nie wydawała się robić wrażenia. Być może Rey, jako eunuch, uważał zniewagi Daniela za uczciwe przedstawienie ludzkiej seksualności. Daniel sam zaczął się zastanawiać, ile z jego pozerstwa jest parodią, a ile przymusowym wypuszczeniem pary. Życie w celibacie powoli go już wkurzało. Po raz pierwszy od czasu dojrzewania zaczął mieć polucje, a do tego sny wszelkiego rodzaju w znacznie większej ilości. Pewnego popołudnia przyłapał się na tym, że wymyka się na zestaw dwóch skrajnie obleśnych pornosów — nie jedynie nurkuje do kina pod wpływem impulsu, ale naprawdę tworzy plan i go wykonuje. Większość pornografii, jaką dotąd widział, robiła na nim wrażenie głupiej albo nudnej, i nawet najlepsza z niej nie mogła równać się z jego własnymi, niewspomaganymi fantazjami, a tym bardziej z prawdziwą, pulsującą wersją. Więc co robił tam w ciemnościach, oglądając zamazane gigantyczne obrazy genitaliów i czując rozkoszne, nieopisane zawirowania w głowie? Łamał się?

Jego życie w snach stawiało w dużej mierze to samo pytanie. Podczas okresu z Renatą Semple jego sny były klasy B albo niższej — krótkie, proste, szczere sny, jakie mógłby złożyć komputer z danych na temat jego codziennego życia. To się zmieniło. Najżywszy z jego nowych snów, i najstraszniejszy z powodu tego, na co wydawał się wskazywać w kwestii jego zdrowia psychicznego, dotyczył jego starego przyjaciela, który go zdradził, Eugene`a Muellera. We wczesnej fazie tego snu Daniel jadł obiad w „La Didone” z Reyem i panią Schiff. Potem był na zewnątrz, na ulicy. Jakiś napastnik zaszedł go od tyłu i zapytał, tonem zwyczajnej rozmowy, czy chciałby zostać zgwałcony. Głos ten brzmiał niesamowicie znajomo, a jednak wydawał się nie należeć do nikogo, kogo Daniel znał. Głos z jego przeszłości, sprzed Nowego Jorku, sprzed Spirit Lake. „Eugene?” — próbował zgadnąć, a kiedy odwrócił się, by stanąć z nim twarzą w twarz, momentalnie się zakochał. Eugene rozpostarł ramiona w stylu Gene`a Kellyego i uśmiechnął się. „We własnej osobie! Wracam z łazienki… — zastepował ostro i uklęknął na jedno kolano — …gotowy do miłości!”

Eugene chciał natychmiast polecieć do Europy, na miesiąc miodowy. Wyjaśnił, że to on był sprawcą katastrofy samolotu, w której zginęli Daniel i Boa. Daniel zaczął płakać z powodu (jak wyjaśnił) zwykłego nadmiaru radości. Zaczęli uprawiać seks. Eugene był bardzo stanowczy, żeby nie powiedzieć brutalny. Daniel skaleczył się w rękę i nastąpiło trochę dezorientacji co do rodzaju bólu, którego doświadczał. Powiedział Eugene`owi, żeby przestał, błagał, ale Eugene po prostu dalej robił swoje. Wbijał gwoździe w jego ręce i stopy, by umocować (jak wyjaśnił) jego skrzydła.

Potem stał na krześle, a Eugene był na krześle po drugiej stronie pokoju, zachęcając go, by poleciał. Daniel bał się nawet unieść ramiona. Strużki krwi spływały na pióra. Zamiast polecieć, co nie wydawało się możliwe, zaczął śpiewać. Była to piosenka, którą sam napisał, pod tytułem Latanie.

W tej samej chwili, gdy zaczął śpiewać, obudził się. Nie mógł uwierzyć — i nie chciał uwierzyć — że to tylko sen. Choć było to okropne, pragnął, by okazało się rzeczywistością. Chciał znów kochać się z Eugene`em, śpiewać, latać. Ale był oto tutaj, w swoim pokoju, gdzie światło księżyca wpadało przez na wpół rozsunięte zasłony i czyniło ducha z Boi pod jej pojedynczym prześcieradłem. Jego kutas był sztywny, a żołądź przyciśnięta boleśnie do nieuginającego się plastiku pasa szaleństwa. Zaczął płakać, a potem, nie przestając płakać, poszedł chwiejnym krokiem przez pokój, by wziąć ołówek i papier. Na podłodze z twardego drewna, przy świetle księżyca, zapisał wszystko, co potrafił sobie przypomnieć ze swojego snu.

Przez wiele godzin czytał wciąż na nowo ten zapis i zastanawiał się, co to znaczyło. Czy znaczy to, że może, mimo wszystko, udać mu się pewnego dnia zaśpiewać? Polecieć? Czy też po prostu jego pas szaleństwa zaczął dorównywać swojej nazwie?

Cokolwiek mogło to znaczyć, czuł się o wiele lepiej przez cały następny dzień, dzień lata w pełni i jasnych, szybkich chmur. Szedł przez Central Park, rozkoszując się wszystkim, błyskami światła na liściach drzew, karbowaniami kory, rdzawymi plamami żelaza wyciekającego jak krew w poprzek olbrzymich ścian jakiejś skały, pikowaniami latawców, kobietami z wózkami, szlachetnością wyniosłych wieżowców mieszkalnych, które tworzyły wspaniałą podkowę dookoła południowego końca parku. I tłumami seksownych ludzi, którzy wszyscy, czy wiedzieli o tym, czy nie, szukali partnera, wysyłali sygnały, prosili, by się z nimi przespać. Park był rozległym parkietem tanecznym, pełnym włóczonych ud i oceniających spojrzeń, kołyszących się kończyn i zmieniających się możliwości. Dziwną rzeczą było to, że Danielowi, mimo jego napiętej czujności wobec tych potajemnych bachanaliów, nie przeszkadzało, ten jeden raz, to, że musiał zadowolić się statusem obserwatora. Mógł oczywiście, gdyby chciał, zaproponować jakiemuś szczęściarzowi nadal dostępne rozkosze ust, języka i zębów, ale nigdy nie był altruistą do takiego stopnia. Nie wymagając ścisłej, huśtawkowej równowartości orgazmu za orgazm, należał jednak do zwolenników jakiegoś rodzaju usługi za usługę. Chodził więc, bez miłości i wolny, gdzie tylko prowadziły go ścieżki — dokoła zbiornika i przez szereg minidziczy, obok improwizowanych kabaretów ulicznych artystów, obok rzędów smutnych, opalonych na brąz biznesmenów, napawając się tym wszystkim albo po prostu spoglądając w górę, w krainy chmur, i próbując przypomnieć sobie zacierający się sen, to uczucie zawieszenia tuż na krawędzi lotu (chociaż na siedzeniu krzesła). Co to oznaczało? Co oznacza?

Potem, nieoczekiwanie, gdy biegł susami w dół po długiej kondygnacji stopni prowadzącej do dekoracyjnej sadzawki, pewien posąg odpowiedział na to pytanie. A ściśle mówiąc anioł — anioł, który stał, z rozpostartymi skrzydłami, na szczycie wysokiej fontanny pośrodku sadzawki. Anioł postanowił wytłumaczyć nie sen z ostatniej nocy, ale ten, jaki śnił w saunie Adonis, Inc. w noc swoich trzydziestych urodzin, sen o fontannie na podwórzu meczetu, który wydawał się wtedy tak niezrozumiały, a był tak jasny teraz, gdy Daniel stał na brzegu sadzawki, zmoczony niesionym przez wiatr pyłem wodnym z prawdziwej fontanny.

Ta fontanna była fontanną sztuki; pieśni; śpiewania; procesu, który wznawia się chwila po chwili; który jest wieczny, a jednak zamieszkuje pęd i nieład czasu, tak jak trąbiące wody fontanny bezustannie zdobywają tę samą wąską, wspaniałą przestrzeń. Właśnie to pani Schiff powiedziała o muzyce, że musi być szczebiotem i chcieć zamieszkiwać tę chwilę, a potem tę chwilę, i zawsze tę chwilę, i nie tylko chcieć, i nie nawet pragnąć tego, ale znajdować w tym rozkosz: niekończące się, nieprzerwane odurzenie pieśnią. To o to chodziło w bel-canto, i to był sposób, by latać.

Krótko po dziesiątej tego wieczoru Daniel, w swoim najnowszym arabskim stroju, pojawił się na progu budynku Reya przy Pięćdziesiątej Piątej Wschodniej z miską swojego specjalnego chlebowego puddingu. Portier, jak zawsze, popatrzył na niego krzywo, żeby nie powiedzieć wściekle, ale Daniel, niesiony przez wiatry natchnienia, po prostu zagwizdał kilka taktów Gwiżdżę radosną melodię i posunął do windy.