— Tak, może tak jest — stwierdził na koniec rozważnie (chowając grzebień i podnosząc znów miskę). — Ale dobra kurwa. Jak moja matka przede mną. I możesz wierzyć nam na słowo, że nie jest to łatwe.
Mrugnął do portiera i znalazł się na zewnątrz, zanim stary pierdziel mógł wymyślić ripostę.
Ale rozróżnienie, które uczynił Daniel, nie wniknęło bardzo głęboko do świadomości portiera, bo kiedy Daniel zniknął mu z oczu, poprawił swoją czapkę z daszkiem i otokiem do znaczącego, solidnego kąta i powtórzył swój wcześniejszy, nieodwołalny osąd:
— Fałszywiec, pieprzona kurwa.
17
Chociaż zaczęło się o czwartej po południu, a ważne osoby zaczęły przybywać dopiero mocno po szóstej, było to oficjalnie śniadanie braterstwa. Ich gospodarz, kardynał Rockefeller, arcybiskup Nowego Jorku, przechodził demokratycznie od grupy do grupy, zdumiewając wszystkich tym, że wiedział, kim są i dlaczego zostali zaproszeni. Daniel był przekonany, że ktoś podpowiada mu przez aparat słuchowy, na sposób mediów w wesołych miasteczkach, ale może była to skrywana zazdrość, ponieważ kardynał, kiedy podsunął swój pierścień Danielowi do pocałowania, udał, że wierzy, iż jest on misjonarzem z Mozambiku. Zamiast zaprzeczyć, Daniel powiedział, że w Mozambiku wszystko idzie kapitalnie, tyle że misje rozpaczliwie potrzebują pieniędzy, na co kardynał spokojnie odrzekł, że Daniel musi porozmawiać z jego sekretarzem, prałatem Duberym.
Prałat Dubery, człowiek interesu, wiedział całkiem dobrze, że Daniel towarzyszy Reyowi i będzie potem pomagał dostarczyć rozrywki najbliższym współpracownikom i przyjaciołom kardynała. Próbował z całych sił znaleźć Danielowi partnera wśród innych obecnych pariasów społeczeństwa, ale ciągle na próżno. Czarnoskóra zakonnica, karmelitanka z Cleveland, absolutnie zignorowała Daniela, gdy tylko prałat odwrócił się plecami. Następnie został połączony w parę z ojcem Flynnem, rzeczywistym misjonarzem z Mozambiku, który uznał przedstawienie mu Daniela za rozmyślny afront ze strony prałata Dubery`ego i powiedział to, chociaż nie w oczy Dubery`emu. Kiedy Daniel, z braku innych wspólnych tematów, opowiedział o wcześniejszym pomyleniu ich przez kardynała Rockefellera, ojciec Flynn całkowicie stracił orientację i w szale niedyskrecji zaczął demaskować całą archidiecezję Sodomy, mając na myśli Nowy Jork. Daniel, bojąc się, by nie zarzucono mu umyślnego doprowadzenia tego człowieka do takiego uniesienia, uspokajał go i ułagadzał, bez powodzenia. W końcu po prostu otwarcie ostrzegł ojca Flynna, że nie może liczyć na posunięcie naprzód interesów swojej misji poprzez takie zachowanie, i to wydawało się wystarczyć. Rozstali się spokojnie.
Mając nadzieję, że uniknie dalszych grzeczności prałata Dubery`ego, Daniel zaczął błąkać się pośród ogólnodostępnych sal rezydencji arcybiskupiej. Przyglądał się dynamicznej partii snookera, dopóki nie dano mu grzecznie do zrozumienia, że przeszkadza. Studiował tytuły książek zamkniętych na klucz na oszklonych półkach. Wypił drugą szklankę soku pomarańczowego, ale nie pozwolił mającemu jak najlepsze intencje barmanowi wlać tam ani trochę wódki, gdyż nie odważył się mącić sobie w głowie, na razie, odpukać w niemalowane, całkowicie trzeźwo myślącej.
A tego potrzebował. Dziś wieczorem bowiem zadebiutuje. Po pełnym roku nauki u Reya miał zaśpiewać publicznie. Wolałby debiut nieskomplikowany przez towarzyskie manewry z tymi, którzy niebawem stanowić będą jego publiczność, ale pani Schiff wyjaśniła rzecz zbyt oczywistą dla Reya, by próbował o niej porozmawiać — znaczenie zaczęcia na szczycie.
W całym Nowym Jorku nie mogłoby być bardziej elitarnej publiczności niż ta, która uczestniczyła w wieczorkach muzycznych kardynała Rockefellera. Kardynał sam był zagorzałym wielbicielem belcanto i regularnie można go było zobaczyć w prywatnej loży w Metastasiu. W zamian za jego bardzo widoczny patronat i wstrzemięźliwe używanie jego nazwiska w broszurach do zbierania funduszy Metastasio zapewniał katedrze św. Patryka harmonogram występów solistów, z którym żaden chrześcijański kościół nie mógł mieć nadziei konkurować. Dostarczał także talentów na bardziej świeckie okazje, takie jak obecne śniadanie braterstwa. Rey, chociaż sam prawie nie podlegał takim przymusowym występom, był pobożnym katolikiem, całkiem chętnym do uświetniania salonu kardynała swoją sztuką, o ile zachowywano pewną wzajemność; to znaczy o ile przyjmowano go jako gościa i uzyskiwał dostęp do najnowszych kościelnych plotek, które śledził w dużej mierze z taką samą fascynacją, jaką kardynał darzył operę.
Daniel znalazł pustą salę, najzwyklejszy pokoik z dwoma krzesłami i telewizorem, i usiadł, by sączyć powoli swój napój i swój niepokój. Myślał zasadniczo, że powinien być przynajmniej stremowany i może zdenerwowany, ale zanim zdążył wywołać choćby drgnienie w tym kierunku, jego introspekcje zostały przerwane przez nieznajomego w uniformie Purytańskiej Ligi Odnowy (kardynał Rockefeller był znany ze swojego ekumenizmu).
— Cześć — powiedział nieznajomy, przesuwając swojego stetsona do tyłu, by odsłonić mały, piegowaty krzyż na środku czarnego czoła. — Masz coś przeciwko temu, że po prostu padnę na to drugie krzesło?
— Proszę bardzo — odparł Daniel.
— Nazywam się Shelly — przedstawił się tamten, siadając. — Shelly Gaines. Czy to nie okropne, że nawet kiedy sam jesteś fałszywcem, jest to pierwsza rzecz, jaką zauważasz u kogoś innego? Na innych ludzi w ogóle nie zwracam uwagi, ale kiedy widzę kogoś takiego jak ja, bum! — Rzucił stetsona na telewizor. — Paranoiczne czasy. Czy myślisz, że Hester Prynne natknęła się kiedyś na inną kobietę ze szkarłatną literą wyszytą na bluzce? A jeśli tak, to czy była przyjazna? To raczej nieprawdopodobne, jak sądzę.
— Kim była Hester Prynne? — zapytał Daniel.
— Znów porażka — powiedział Shelly Gaines. Znalazł na podłodze obok swojego krzesła kufel, w którym została jedna trzecia piwa, i opróżnił go jednym długim haustem. — Na zdrowie — powiedział, ocierając usta o mankiet marynarki z denimu.
— Na zdrowie — odparł Daniel i dokończył swój sok pomarańczowy. Uśmiechnął się do Shelly`ego, dla którego poczuł natychmiastową, protekcjonalną życzliwość. Był on jedną z tych osób, które powinny raczej dać sobie spokój z modą. Facet o najzwyczajniejszym wyglądzie, z okrągłą twarzą, z miękkim ciałem, który zostałby wytypowany do roli Szarego Człowieka.
Nie wydawał się odpowiednim rodzajem materiału na fałszywca, czy też (jak przypuszczał Daniel) dla PLO. A jednak starał się tak mocno. Kto nie poczułby do niego sympatii?
— Jesteś chrześcijaninem, prawda? — zapytał Shelly, podążając za własnymi tajemniczymi wątkami myśli.
— Mhm.
— Zawsze to poznaję. Oczywiście, ludzie w naszych tarapatach nie mają wielkiego wyboru w tej sprawie. Czy jesteś tutaj z kimś? Jeśli mogę być tak śmiały.
Daniel skinął głową.
— Rz. K.?
— Słucham?
— Będziesz musiał mi wybaczyć. — Wywrócił oczami, przycisnął rękę do brzucha i wydał malutkie beknięcie. — Piję od czwartej i spędziłem ostatnie pół godziny, próbując rozmawiać z misjonarzem skądś w Afryce, który jest całkiem szalony. Zrozum, mam najwyższy podziw dla naszych braci i sióstr tam daleko, wśród pogan, ale dobry Boże, czy my nie powinniśmy mieć naszych własnych sposobów postępowania? Kolejne retoryczne pytanie. Rz. K. oznacza rzymskiego katolika. Naprawdę nie wiedziałeś?
— Nie.
— A Hester Prynne to bohaterka Szkarłatnej litery.