Выбрать главу

— To akurat wiedziałem.

— Zgadnij, kto jest z nami dziś wieczorem — powiedział Shelly, skręcając w nowym kierunku.

— Kto?

— Tajemniczy pan X. Facet, który napisał Opowieści o terrorze. Czytałeś to?

— Kawałki.

— Wskazał mi go drogi Dubery, na którego można zwykle liczyć, że wie wszystko o grzechach ludzi. Ale muszę powiedzieć, że ten gość mnie wydał się nieszkodliwy. No a gdyby wskazał ciebie jako pana X, uwierzyłbym mu ślepo.

— Bo ja z kolei wydaję się agresywny?

— Och, nie. Bo jesteś taki przystojny.

— Nawet z czarną twarzą? — Biedny Daniel. Nie potrafił nigdy powstrzymać się od flirtowania. Poszukiwał komplementów tak instynktownie jak ptak dżdżownic w ziemi.

— Nawet? Zwłaszcza! — Następnie, po chwili milczenia mającej być brzemienną w kontakt wzrokowy, tamten dodał: — Wiesz, mógłbym przysiąc, że skądś cię znam. Czy chodzisz czasem do Marble Collegiate?

— Kościoła Van Dyke`a przy Piątej Alei?

— I mojego. Jestem jednym z wikarych tego wielkiego człowieka.

— Nie, nigdy tam nie byłem. Chociaż myślałem o pójściu tam wiele razy. Jego książka zrobiła na mnie wielkie wrażenie, kiedy byłem nastolatkiem.

— Na nas wszystkich. Czy zostałeś wyświęcony?

Daniel pokręcił głową.

— To było głupie pytanie. Ale pomyślałem, dlatego że nosisz tę rzecz… — Wskazał ruchem głowy krocze Daniela. — Sam kiedyś żyłem w celibacie. Przez trzy i pół roku. Ale w końcu było to po prostu zbyt wiele dla mojego słabego ciała. Naprawdę podziwiam tych, którzy mają dość siły. Czy zostaniesz na Singspiel?

Skinął głową.

— A czy wiesz, co to ma być?

— Ernesto Rey jest tutaj, i przyprowadził kogoś jeszcze. Swojego protegowanego.

— Doprawdy? No to chyba będę musiał posiedzieć tu dłużej. Czy chcesz powtórkę tego, co też tam pijesz?

— To tylko sok pomarańczowy, i nie, dziękuję, nie chcę.

— Nie pijesz? Pelion na Ossę! — Shelly Gaines podźwignął się z krzesła i obrócił, by wyjść, po czym obrócił się znów i szepnął do Daniela:

— Oto i on. Właśnie wchodzi do pokoju obok. No, kto by pomyślał, że to jest pan X?

— Facet z krawatem z kroplami deszczu?

— Kroplami deszczu? Na Boga, co za wzrok! Mnie wydaje się to jednolitą, rozmazaną zielenią, ale tak, to ten człowiek.

— Nie — powiedział Daniel — na pewno bym w to nie uwierzył.

Kiedy Shelly Gaines poszedł do baru, Daniel przystąpił do swojego starego przyjaciela Claude`a Durkina, który prowadził rozmowę z jednym z bardziej imponujących wyglądem księży na tym przyjęciu, mężczyzną o sokolich oczach, ze szpakowatymi, krótko ściętymi włosami i głośnym, przyjemnym śmiechem.

— Cześć — powiedział Daniel.

Claude kiwnął mu głową i mówił dalej, z oczami odwróconymi od tego niespodziewanego kłopotu. Daniel nie poddał się. Ksiądz patrzył na niego z rozbawionym zainteresowaniem, aż w końcu Claude spojrzał drugi raz.

— O Boże! Ben!

Daniel wyciągnął rękę, i Claude, z ledwo dostrzegalnym wahaniem, po chwili namysłu uścisnął ją obiema swoimi.

— Claude, jeśli mi wybaczysz… — powiedział ksiądz, obdarzając Daniela neutralnym, ale jakoś i tak przyjaznym uśmiechem, który Daniel odwzajemnił za pomocą jednego ze swoich najlepszych.

— Nie poznałem cię — stwierdził nieprzekonywająco Claude, kiedy zostali sami.

— Trudno mnie poznać.

— Tak. Trudno. Naprawdę miło jest… Na miłość boską!

— Ja też nie spodziewałem się, że cię tu zobaczę.

— To mój ostatni wieczór w mieście.

— Mam nadzieję, że nie z mojego powodu.

Claude zaśmiał się.

— Nie, oczywiście, że nie. Ale to zaskakujące, twoje barwy wojenne. Ile czasu minęło, odkąd ostatni raz cię widziałem? Chyba ani razu od dnia, kiedy zabrałeś swój garnitur z mojej szafy.

— Przy okazji dziękuję, że pożyczyłeś mi krawat. Widzę, że odzyskałeś go w dobrym stanie.

Claude popatrzył na krawat, jakby coś na niego rozlał.

— Naprawdę próbowałem zadzwonić. Powiedzieli, że oni też nie wiedzą, co się z tobą stało. Potem, kiedy zadzwoniłem znowu, jakiś czas później, numer był odłączony.

— Taak. Ten sklep z pączkami zakończył działalność dawno temu. Jak się miewasz? I gdzie jedziesz?

— Miewam się świetnie. W rzeczywistości jestem odmienionym człowiekiem. A lecę do Anagni, na południe od Rzymu. Jutro.

Daniel popatrzył na Claude`a i próbował pomyśleć o nim jako o autorze Opowieści o terrorze i niszczycielu rurociągu alaskijskiego. Nie potrafił.

— A co będziesz robił w Anagni?

— Budował katedrę?

— Mnie pytasz?

— To brzmi absurdalnie, nawet dla mnie, nawet teraz, ale taka jest święta prawda. Była tam katedra, jedna z najlepszych romańskich katedr. Ekskomunikowano tam Fryderyka Barbarossę. Została zbombardowana, i lecę tam, by pomóc ją odbudować. Jako jeden z kamieniarzy. Wstąpiłem do franciszkanów, rozumiesz. Chociaż nie złożyłem jeszcze końcowych ślubów. To długa historia.

— Gratulacje.

— To tego zawsze chciałem. Będziemy stosować prawie oryginalną technologię, chociaż jednak oszukujemy trochę co do faktycznego dźwigania kamieni. Ale będzie to o stopień wyżej od zwykłego grzebania w gruzach, żeby znaleźć pamiątki. Nie sądzisz?

— Zgadzam się. To właśnie miałem na myśli — gratulacje.

— A ty, Ben — co teraz robisz?

— Mniej więcej to samo. Robię to, czego zawsze chciałem. Zobaczysz, jeśli zostaniesz na cały wieczór.

— Wiesz, myślę, że nie zmieniłeś się ani odrobinę.

— Czy ktoś się kiedyś zmienia?

— Mam nadzieję. Szczerze mam nadzieję, że tak.

Zabrzmiał dzwonek, sygnał dla Daniela, żeby się przebrać.

— Muszę już iść. Ale czy mogę zadać ci najpierw pytanie? Ściśle między nami.

— O ile się nie obrazisz, jeśli na nie nie odpowiem.

— Po namyśle, po prostu dalej będę się zastanawiał. I tak pewnie musiałbyś powiedzieć „nie”, nawet gdyby odpowiedź brzmiała „tak”.

— Takich pytań zawsze dobrze jest unikać, zgadzam się. Jaka szkoda, że zostało tak mało czasu. Byłoby miło spotkać się dla bardziej uroczystego pożegnania. W każdym razie — powodzenia z twoją katedrą.

— Dzięki, Claude. Nawzajem.

Podał mu znów rękę, ale Claude przebił go. Chwycił go za ramiona i z namaszczeniem, beznamiętnie, jakby przyznawał mu Legię Honorową, pocałował każdy z jego policzków.

Po raz pierwszy tego wieczoru Daniel zarumienił się.

Podczas gdy Rey śpiewał własną krótką propozycję, kantatę Carissimiego skróconą i zaopatrzoną w ozdobniki przez zaufaną rękę pani Schiff, Daniel przebrał się w swój kostium, stary smoking z głębi szafy Reya, który z pomocą pani Galamian, garderobianej Metastasia, skrupulatnie złachmanił i porwał. Nadal nie czuł się bardziej niż mile zdenerwowany. Może był jednym z tych nielicznych szczęśliwców, których po prostu nie stresowało występowanie. Może naprawdę sprawi mu to przyjemność. Próbował skoncentrować się na ruladach Reya, ale mimo całej świetności śpiewu prawie niemożliwe było skupienie uwagi na tej muzyce. Carissimi niewątpliwie miewał słabsze dni. Należał on jednak do szczególnych ulubieńców kardynała, a więc trafności wyboru Reya nie można było kwestionować. Jeśli w wyniku nieskazitelnej pirotechniki Reya publiczność (zmniejszona teraz do mniej więcej pięćdziesięciu osób) mimo to czuła się nieco niespokojna i miała ochotę zostać przymilnie nakłoniona do tego, by po prostu dobrze się bawić, kto mógł się skarżyć, może poza Carissimim?