Rey skończył i zebrał oklaski. Dołączył do Daniela na krótko w poczekalni artystów, wyszedł, by ukłonić się po raz drugi, i wrócił.
— Pójdę teraz usiąść obok kardynała — powiadomił Daniela. — Wejdź dopiero za dwie minuty.
Daniel patrzył, jak te minuty znikają na jego zegarku, a potem nałożył swój mocno powyginany cylinder i ukazał się widowni z uśmiechem. Poza najlżejszym mrowieniem w nogach i dolnej części pleców nie miał żadnych objawów tremy. Kardynał siedział w trzecim rzędzie krzeseł, a Rey, dobrotliwie beznamiętny, obok niego. Claude był w pierwszym rzędzie, tuż przy tej zakonnicy z Cleveland. Wielu innych gości kardynała Daniel znał z Metastasia. Paru zabrało go na obiad.
Podniósł ręce z szeroko rozpostartymi palcami, tak, by obramowały jego twarz. Wywrócił powoli oczami w głąb głowy. Zaczął śpiewać.
— Mamusiu! — zaśpiewał. — Jak cię kocham, jak cię kocham! Moja kochana mamusiu. — Pod względem wokalnym trzymał się bardzo ściśle autoryzowanej wersji Jolsona, natomiast przesadzał z językiem ciała. Była to grzeczna wersja chaotycznego minstrelskiego przedstawienia, które odgrywał, by wystraszyć wybranych nieznajomych. Skończył nagle i, zanim mogły nastąpić brawa, przeszedł od razu do następnego numeru, Nun wandre Maria ze Spanisches Liederbuch Wolfa. Daniel dodał do udręczonej i dość schizofrenicznej pobożności tego utworu te same podniecone gesty, jakich użył przy Mamusi. Wydawały się one, w tym kontekście, bardziej jak z kabuki niż ckliwe.
— Następna piosenka, którą chciałbym dla was zaśpiewać — oznajmił Daniel, zdejmując cylinder i sięgając do kieszeni po parę króliczych uszu — wymaga odrobiny wstępu, ale tylko odrobinki. Tekst jest mój własny, chociaż pomysł do niego pochodzi od kobiety, która napisała muzykę, Alicii Schiff. To początkowy numer Króliczka Miodokróliczka z małego musicalu, który układamy, pod tytułem Czas Miodokróliczków.
— Umocował królicze uszy na ich miejscu. — Właściwie nie potrzebujecie wiedzieć o miodokróliczkach niczego, czego ta piosenka dosyć dobrze nie wyjaśnia, oprócz tego, że są bardzo sympatyczne. — Uśmiechnął się. — A więc bez dalszych ceremonii… — Skinął głową w stronę pianisty. Królicze uszy zatrzęsły się na swoich drucianych trzonkach i trzęsły się dalej do końca piosenki.
Śpiewał jak gdyby przemieniony przez radość, pokonując z zapasem rozmaite wokalne płotki. Muzyka była zachwycająca, melodia jak pudełko czekoladek, i zdołała sprawić, że jego głupi tekst wydał się nie tylko szczery, ale nawet, w niepokojący sposób, nabożny. Naprawdę piosenka ożywiła się w refrenie, długim, zapętlonym łańcuchu alleluj i la la la, który wznosił się, opadał i szybował dokoła miarowych, wirujących przymusów fortepianu. Cudowna muzyka, i oto znajdował się tutaj, stojąc przed kardynałem Rockefellerem i wszystkimi jego gośćmi i śpiewając to. Był świadomy, przez cały ten czas, gdy śpiewał, twarzy, na których zaczęły pojawiać się uśmiechy, i świadomy, gdy przyglądał się ich reakcjom, muzyki, i nie istniał żaden rozdział między tymi dwiema świadomościami.
Ruszył na następną przejażdżkę kolejką górską po la la la w wesołym miasteczku. Tym razem, wiedząc, że udało mu się to raz, a zatem powinno udać się znów, zaczął nieśmiało zgrywać się we właściwym stylu miodokróliczka. Ludzie z publiczności — tym stały się te twarze: publicznością; jego publicznością — uśmiechali się teraz szeroko, jedli mu z ręki, kochali go.
Nagle jakiś przełącznik przestawił się w nim i zapaliło się światełko, jeden jasny błysk wiecznej chwały, i nie istniał sposób, by to wyjaśnić, ale Daniel wiedział, że gdyby był podłączony do aparatu do latania w dokładnie tym momencie (a ten moment już minął), odleciałby. Wiedział to, i nie robiło to żadnej różnicy, bo już leciał — w górę do sufitu, dokoła żyrandola, nad dachami domów i nad rozległym błękitnym morzem.
Zaśpiewał ostatnią zwrotkę na całego, z przedziwną, zamroczoną wylewnością.
Przy trzecim refrenie zrobił, improwizując, coś, o czego zrobieniu nigdy nie marzył podczas tygodni prób: zatańczył. Było to bezwstydnie naiwne, nic więcej jak tylko podrygiwanie i szuranie nogami, ale w sam raz (tak sądził) dla miodokróliczka. W każdym razie wydawało się to właściwe, choć także ryzykowne. W jednym momencie, koncentrując się na pracy stóp, prawie stracił kontrolę nad linią wokalną, ale nawet gdyby upadł na twarz, nie zrobiłoby to żadnej różnicy.
Stał się śpiewakiem. Nikt nie mógł temu zaprzeczyć.
— A czy będzie więcej piosenek o miodokróliczkach? — zapytał kardynał Rockefeller, kiedy Daniel wrócił z poczekalni we własnej, ludzkiej postaci.
— Mam nadzieję, że tak, Wasza Miłość. Pracujemy nad tym.
— Kiedy będą, spróbuję przekonać cię, byś znów nas zachwycił swoim urokiem. Taki czar i, jeśli mogę to tak nazwać, niewinność są o wiele za rzadkie. Obu wam, tobie i twojemu znakomitemu nauczycielowi, należy się pochwała.
Daniel wymamrotał podziękowanie, a Rey, dla obwieszczenia tego uznania ogółowi zebranych, ukląkł, aby pocałować pierścień kardynała. Kardynał poprowadził następnie Reya do jednego z sąsiednich pokojów i Daniel, pozostawiony sam, otrzymał różne metaforyczne bukiety pochwał i jeden prozaiczny bukiet, od prałata Dubery`ego, z sześciu dość oklapłych lilii. Zakonnica z Cleveland przeprosiła za zignorowanie go i dała mu adres swojego klasztoru, aby mógł jej przesłać nuty tej i wszystkich przyszłych piosenek o miodokróliczkach. Starzy znajomi z Metastasia przepowiadali mu wielką karierę.
Kiedy krąg życzliwie usposobionych osób zmalał do kilku gadatliwych amatorów towarzystwa, Shelly Gaines, wykorzystując przywilej wcześniejszej znajomości, podszedł z drinkiem w każdej ręce — piwem dla siebie, wódką z sokiem pomarańczowym dla Daniela — i porwał nowo narodzoną gwiazdę na, jak powiedział, „trochę męskiej rozmowy”.
— Twoja własna piosenka, oczywiście, wykracza poza wszelkie pochwały i jest całkowicie anormalna, jeśli to nie to samo. Nie jest to pop, chociaż jednak w pewien sposób jest, i nie jest to belcanto, chociaż wymaga głosu o elastyczności na poziomie belcanto, i wcale nie jest podobna do operetki, chociaż myślę, że to do niej pewnie jest najbardziej zbliżona. Naprawdę zupełnie zdumiewające — i mówię tu tylko o piosence, nic o śpiewaku, który był — Shelly wywrócił oczami, naśladując własny styl Daniela typu neo-„Darktown Strutters” — …prorokiem całej nowej formy szaleństwa.
— Dziękuję.
— Ale poza komplementami, Ben… Czy mogę mówić na ciebie Ben?
Daniel skinął głową.
— Poza samym entuzjastycznym brawem, Ben, chciałbym złożyć ci propozycję. — Uniósł palec jakby po to, by uprzedzić obiekcje Daniela. — Propozycję zawodową. Wnioskuję, z drugiej piosenki w programie, że twoje cele nie są całkowicie ograniczone do, jak by to powiedzieć, komercyjnej strony show-biznesu.