— Naprawdę nie mam żadnych celów.
— No, no, bez fałszywej skromności.
— To znaczy, nadal jestem uczniem. Celem ucznia jest tylko się uczyć.
— No dobrze, moja propozycja powinna zainteresować cię właśnie jako ucznia. Czy chciałbyś śpiewać w Marble Collegiate? Jako jeden z naszych solistów.
— Nie wygłupiasz się? — powiedział Daniel, rozjaśniając się. A następnie: — Nie, to nie byłoby możliwe.
— Ach, kardynał już wziął cię na swoje łono, czy nie tak? Po prostu nie można być wystarczająco szybkim.
— Nie, wcale nie. I jestem pewien, że nie ma zamiaru tego zrobić. Może wybierać z całego Metastasia. Po prostu nie jestem na tym poziomie.
— Na pewno byłbyś na naszym, Ben. Z łatwością. Nie jesteśmy specjalnie znani z naszego programu muzycznego. Kantata Bacha jest mniej więcej na granicy naszego zasięgu, i to tylko raz albo dwa razy w roku. Z drugiej strony staramy się mieć coś więcej niż zbiorowe śpiewanie. Z twojego punktu widzenia stanowiłoby to doświadczenie, towar, którego nie będzie ci brakować długo, ale czy w tej chwili masz jakieś inne plany? Próby są w środowe wieczory. I myślę, że mógłbym załatwić setkę tygodniowo z budżetu. Co na to powiesz?
— Co mogę powiedzieć? Pochlebia mi to, ale…
— Pan Rey by się sprzeciwił — o to chodzi?
— Może by tak było. Pewnie raczej targowałby się o wynagrodzenie.
— Co więc jest innego?
— Gdzie bym był? Na chórze z tyłu, czy z przodu, gdzie ludzie by na mnie patrzyli?
— Z pewnością, Ben, po tym, co widziałem dziś wieczorem, nie powiesz mi, że należysz do nieśmiałych! Nigdy nie widziałem takiej zimnej krwi. I to przed tą publicznością!
Daniel zagryzł wargę. Nie było jak tego wyjaśnić. Wiedział już wcześniej, że napotka ten problem, gdy tylko w jakimkolwiek stopniu odniesie sukces, ale mimo stałych postępów, jakie robił, ucząc się pod kierunkiem Reya, sukces nie wydawał się nigdy bliskim niebezpieczeństwem. Nadzieja rodziła się wiecznie, oczywiście, w jego aż nazbyt ludzkiej piersi, ale racjonalna jego połowa, która zajmowała się ważniejszymi decyzjami, uważała takie nadzieje za iluzje, więc pozwalał sobie dryfować z prądem z tygodnia na tydzień, aż w końcu dotarł do nieuniknionego momentu wyboru, teraz właśnie.
Jak długo, gdy raz stałby się, nawet w najmniejszy sposób, osobą publiczną, mógłby mieć nadzieję zachować incognito? I bardziej trafnie: czy tego właśnie chciał, na zawsze?
— Shelly — grał na zwłokę — jestem wdzięczny za twoją propozycję, wierz mi. I chciałbym powiedzieć „tak” już teraz, ale jest ktoś, z kim muszę najpierw to omówić. Okej?
— Wiesz, gdzie możesz mnie znaleźć. Tymczasem, z poważaniem, i tak dalej. — Shelly, trochę zasmucony i odprawiony, odszedł, obijając się o stojące w nieładzie krzesła. Nikt inny się nie zbliżył.
Daniel szukał Claude`a we wszystkich pozostałych pokojach, ale ten najwyraźniej wyszedł zaraz po zakończeniu koncertu. Niewielkie uczucie opuszczenia pojawiło się w duszy Daniela. Miał ochotę włożyć swoich sześć lilii do kosza na śmieci (był pewien, że pełniły swoją powinność przez cały tydzień podczas pogrzebów), a potem iść do domu i kimnąć.
Ale to na pewno nie stanowiłoby właściwego kroku. Ważne było teraz to, żeby krążyć od osoby do osoby, więc krążył. Ale jeśli chodziło o niego osobiście, przyjęcie się skończyło.
Claude nie zapomniał o nim jednak. Następnego ranka na Sześćdziesiątej Piątej Zachodniej pojawiła się ciężarówka dostawcza z osobliwym i bardzo cennym ładunkiem, składającym się z (1) aparatu do latania Sony, (2) płyty nagrobkowej z limerykiem i (3) krawata przedstawiającego krople deszczu. Był tam także telegraficznie krótki list od Claude`a, w którym ten żegnał się z nim, wyjaśniając, że franciszkanom nie wolno latać, i życzył mu powodzenia jako miodokróliczkowi.
Kiedy dostawcy odjechali, a Daniel zmienił układ pokoju tak, by pomieścił te dwa nowe elementy wyposażenia, usiadł przed aparatem do latania i pozwolił, by pokusa nad nim zapanowała. Ale wiedział, że nie jest gotowy, i wiedział, że pozna, kiedy będzie — i nie uległ.
Tego wieczoru, jak gdyby dla rekompensaty, miał swój pierwszy (tak naprawdę drugi) prawdziwy sen o lataniu. Śnił, że leci nad wymyślonym Iowa, Iowa z marmurowymi górami i wesołymi dolinami, ze złocistymi, nierealnymi miastami i bajecznymi farmami oślepiającymi oczy polami pszenicy, która mieniła się jak jajka Faberge. Obudził się, nie chcąc wierzyć, że był to tylko sen. Ale niemniej był wdzięczny za to, że otrzymał tak niewątpliwy znak.
18
Wczesnym wieczorem, nim przyśnił mu się ten sen, w taksówce wracającej z rezydencji kardynała Rockefellera Rey napomknął o możliwości, a potem ogłosił fakt wyzwolenia Daniela. Daniel wyraził szczere zdziwienie i nie całkiem nieszczery żal; rozważnie, nie wyraził swojej radości choćby jednym „hura”.
Nie chodziło o całkowite rozstanie. Daniel miał nadal uczyć się u wielkiego Ernesta, ale na bardziej zwyczajnej zasadzie zaproponowania mu, zamiast natychmiastowej zapłaty, jednej trzeciej swoich dochodów z pracy w ciągu najbliższych siedmiu lat. Daniel podpisał umowę tej treści, poświadczoną przez panią Schiff i Irwina Taubera, który jako jego agent miał otrzymywać dalszych piętnaście procent. Jeśli był to wyzysk, Daniela cieszyło to, że uznano go za nadającego się do wyzyskiwania w perspektywie czasu. Czy mogło istnieć jakiekolwiek szczersze świadectwo ich wiary w jego przyszłość niż to, że chcieli zapewnić sobie jej część?
Jego radość miała prędko zostać przyćmiona przez rzeczywistość pierwszego czeku z wypłatą. Tygodniówka z Marble Collegiate wynosiła równo sto dolarów; po potrąceniach podatków federalnego, stanowego i miejskiego oraz ubezpieczenia społecznego, i po wypłaceniu prowizji Reyowi i Tauberowi, Danielowi zostało 19,14 dolara. Tak więc, kiedy nastała jesień, wrócił do Metastasia. Pan Ormund życzliwie pozwolił mu wychodzić wcześniej w środy, by brał udział w próbach chóru. Ponadto został awansowany na stanowisko krupiera przy kole ruletki w kasynie (piastując tę funkcję na przemian z Lee Rappacinim), które nawet po obcięciu doli Metastasia i pana Ormunda było niezaprzeczalnie żyłą złota.
Nie, żeby Daniel miał skłonność do martwienia się o pieniądze. Nadal w przeważającej mierze przypominał pasikonika i nie potrafił niepokoić się ewentualnymi nieprzewidzianymi wydatkami w dalekiej przyszłości. Zgodnie z warunkami jego porozumienia z Reyem Boa miała zapewnioną opiekę jeszcze przez rok. Kongres tymczasem przygotowywał jednolity kodeks prawny dotyczący latania, kodeks, który na pewno zadba o to, żeby nikogo nie stawiano w tej nieznośnej sytuacji, w której był Daniel, mogąc utrzymać Boę przy życiu tylko uciekając się do czarnego rynku. Za rok, kiedy Daniel będzie musiał wziąć na siebie ponownie ciężar jej utrzymywania, nie powinien to zatem być aż tak miażdżący i niesprawiedliwy ciężar. Gdyby oszczędzał, może nawet wystarczyłoby mu na umieszczenie jej z powrotem na Pierwszych Narodowych Torach Lotu. Takie są optymistyczne, letnie myśli pasikonika.
Jako że żyło mu się, ogólnie, raczej beztrosko podczas tego roku konkubinatu, nie stwierdził, by wolność uderzyła mu do głowy. W każdym razie te określenia są względne. W praktycznym sensie jego życie niewiele się zmieniło, tyle że teraz mógł, kiedy ogarniało go pragnienie, wyjść i pobzykać się. Przeważnie jednak, oprócz trzydniowego tanga zaraz po tym, jak zdjęto mu pas, to pragnienie nie nachodziło go; nie w dawny nieprzezwyciężony i czasochłonny sposób. To zmniejszenie się jego niegdyś bezustannego ruchu mogło mieć coś wspólnego z sublimacją, ale wątpił w to. Renata Semple zawsze twierdziła, że sublimacja to masa freudowskich bredni; że najlepsi partnerzy przekazują także największe ładunki twórczej energii. Może po prostu starzał się i robił do niczego. Może jego obecne życie seksualne stanowiło optymalny poziom dla jego metabolizmu, a przedtem przesadzał. W każdym razie był przecież szczęśliwy, więc po co się martwić?