Выбрать главу

Od dwóch miesięcy pozwalał, by jego skóra blakła, stopniowo wracając do swojej pierwotnej barwy, kiedy pewne zdarzenie w Muzeum Historii Naturalnej sprawiło, że przemyślał to ponownie. Wędrował samotny jak palec pośród gablot z niezwykłymi kamieniami i okazami minerałów, pozwalając swojemu umysłowi zabłądzić w skrętach i zagięciach, oślepiającym blasku i połysku chińszczyzny Natury, kiedy z mglistej przeszłości wyszedł Larry, sprzedawca ze zlikwidowanego już sklepu z pączkami Dodge`Em. Larry, z większą bezpośredniością niż wdziękiem, upuścił metaforyczną zapraszającą chustkę u stóp Daniela, poczekał, by zobaczyć, czy zostanie podniesiona, a kiedy nie została, poszedł dalej do jakichś rudonośnych głazów narzutowych, mrucząc smutno, twardo: „W porządku, Sambo, co tylko powiesz”. I ani przez moment choćby przebłysku rozpoznania. Był okres, i to dość długi, gdy Daniel widział Larry`ego przeciętnie dwa razy dziennie, żeby poznać swoje wiadomości telefoniczne i ogólnie pogadać. Larry, trzeba przyznać, miał słabość do fałszywców, ale mimo to! Czy miłość jest aż tak ślepa?

Daniel wiedział, że za każdym razem, kiedy śpiewa w Marble Collegiate, ponosi ryzyko, iż zostanie rozpoznany przez kogoś z jeszcze bardziej mglistej przeszłości. Z powodu związków Van Dyke`a z PLO coraz to nowe grupy kościelne i delegacje konwentowe wpadały na niedzielne nabożeństwa, i mógł być pewien, że wśród tych gości kiedyś trafi się ktoś z Amesville albo okolic, kto znał dawnego, nieprzeobrażonego Daniela Weinreba. Obawy ostatecznie nie przeszkodziły mu przyjąć tej pracy, ale mogło być równie dobre dalsze noszenie maski, która okazała się tak skuteczna. Wszyscy sądziliby, że pozostał fałszywcem z wyboru, ale na to nic nie mógł poradzić. Poza tym, trzeba przyznać, przydawało się to czasem.

Postanowił przynajmniej zmienić swoje oznakowanie. Podczas następnej wizyty u swojej stałej kosmetyczki kazał sobie wybielić małą plamę w kształcie mandorli wysoko na czole, co okazało się procedurą równie bolesną, jak drogą. Następnie, ku jego wielkiej i natychmiastowej uldze, kręgi na jego policzkach zostały zapełnione, a skędzierzawione włosy wyprostowane i obcięte, by utworzyć grzywkę natłuszczonych loczków zasłaniającą pionowy migdał bieli na czole. Ta nowa maska, ponieważ mniej ostentacyjna, była jeszcze bardziej skuteczna jako kamuflaż. Własna matka, jak się to mówi, nie poznałaby go teraz.

Minął rok: rok obfitujący w wydarzenia, cuda historii i jego własnego odmienionego serca (jeśli to rzeczywiście serce rejestruje poczucie powołania, że człowiek jest wezwany do wykonania pisanego mu zadania, a nie oczy, albo ręce, albo kręgosłup); rok błogosławionego zgiełku; szczęśliwy rok, który zbyt szybko upłynął. O tym, co robił można było opowiedzieć prędko. Ukończył z panią Schiff szkic pełnowymiarowej wersji w dwóch aktach Czasu Miodokróliczków, który Tauber natychmiast zaczął pokazywać producentom (wszyscy oni myśleli, że jest to kawał), i napisał, albo przerobił, z siedem lub osiem własnych piosenek. Ale to, czego się nauczył, wymagałoby wręcz epickiego katalogu. Intuicyjne odczucia rozkwitały jako przelotne wizje, rozgałęziały się w realistyczne założenia, splatały w systemy, a same systemy wydawały się rozbrzmiewać tajemniczo wszelkiego rodzaju rzeczami, wielkimi i małymi, zarówno jego najpotężniejszymi, najbardziej niejasnymi przeczuciami, jak wygięciami i kolorami mieczyka w plastikowej doniczce. Było to tak, jakby zaproponowano mu interlinearne przeniesienie na całej długości jego życia. Stare kawałki nieposortowanej świadomości scaliły się w schematach tak klarownych jak melodia Mozarta. Raz, gdy został sam w domu i wspinał się na wyżyny Don Giovanniego, postać epifanii z tego dnia była właśnie taka: zaledwie siedem nut, które wydawały się, z wysokości, na której je słyszał, mówić więcej o sprawiedliwości, sądzie i tragicznym losie niż wszystkie dzieła Ajschylosa i Szekspira razem wzięte. To, co go pobudzało, nie musiało być muzyką, choć zwykle było to dzieło sztuki, a nie surowce Natury. Nowy Jork nie miał do zaoferowania zbyt wiele niezmienionej Natury, poza swoim niebem i tym, co udało się skłonić do wyrośnięcia w parku, ale był pełny po brzegi wytworów ludzkich rąk i dniem i nocą huczał muzyką. Danielowi nie brakowało bodźców.

Jak długo można było ciągle podsumowywać wszystko w ten sposób? Pani Schiff mówiła, że w nieskończoność, dopóki pozostawało się w przyjaznych stosunkach ze swoją Muzą. Ale kto był tą Muzą i czego ona żądała? Tu pani Schiff nie umiała podać żadnych wyroczni.

To pytanie było ważne dla Daniela, bo zaczął w dość przesądny sposób wierzyć, że może to Boa jest jego Muzą. Czyż jego przebudzenie nie zbiegło się z czasem, kiedy przywiózł ją tutaj, by z nim mieszkała? Ale jakie to absurdalne, mówić w ogóle o „mieszkaniu” z nią, kiedy Boa była jedynie pustą skorupą. To z panią Schiff, z Reyem, naprawdę mieszkał przez te trzy lata. A jednak nawet przez chwilę nie uważał ich za Muzy. Byli w tym czasie jego nauczycielami; albo, jeśli to nie oddawało im dostatecznej czci albo nie wyrażało wielkości tego długu, jego Mistrzami. Muza była czymś, albo kimś, innym.

Muza, przede wszystkim, była kobietą; kobietą, której pozostawało się wiernym, a Daniel, na swój sposób, pozostał wierny Boi. To mogło być albo nie być istotne, mogło łączyć się albo nie z jakimś zasadniczym podłożem prawdy pod niezbadanym mrokiem podświadomości. Seks potrafił być nieskończenie tajemniczy, kiedy nie świecił w jasnym słonecznym blasku radości. Ale koncepcja Boi jako Muzy Daniela była bardziej dosłowna. Myślał o niej jako o kimś aktywnie obecnym, życzliwym błędnym ogniku, dotykającym jego ducha i oświetlającym mu drogę niewidzialnymi, podprogowymi błyskami. W bardzo podobny sposób wyobrażał sobie w dzieciństwie, że jego matka leci do niego z daleka, unosi się nad nim, szepcze do niego, przygląda mu się ze smutną, tajemną miłością, która jednak była siłą podtrzymującą go na duchu podczas strapień pierwszych, najbardziej samotnych lat w Amesville. Wtedy się mylił; jego matki z nim nie było, nigdy nie umiała latać. Ale czy to znaczyło, że mylił się teraz? Boa była wróżką; może była z nim; wierzył, że jest, i wierząc w to, mówił do niej, modlił się do niej, błagał ją, by uwolniła go od ciężaru.

Darmowa jazda bowiem się skończyła. Rey, chociaż uważał to za całkowite marnotrawstwo pieniędzy, spełnił warunki ich umowy. Teraz, po spłaceniu tego długu, odpowiedzialność przeszła z powrotem na Daniela. Zaspokojenie minimalnych tygodniowych potrzeb Boi kosztowało aż 163 dolary i nie zbliżała się żadna ulga, jako że nie była to cena czarnorynkowa. Racjonowanie się skończyło i Daniel mógł kupować zapasy dla niej bezpośrednio z apteki Pierwszych Narodowych Torów Lotu. 163 dolary stanowiły podstawowy koszt jednotygodniowych wakacji poza własnym ciałem, ustalony przez nowe wytyczne federalne. Tym sposobem rząd miał nadzieję zniechęcić wróżki do porzucania na stałe ich pojazdów przy drodze. Co do logiki, Daniel musiał zaaprobować nowy jednolity kodeks, który stworzył Kongres — nawet w tym szczególe. Niestety, kto by przypuszczał, że wydarzenie się takiego cudu będzie jedynie nowym źródłem smutku dla Daniela, który maszerował w tylu paradach i śpiewał na tylu wiecach w tej właśnie sprawie? Ale tak wyglądała sytuacja, i chociaż w prasie pojawiło się kilka rozpaczliwych krzyków protestu ze strony rodziców i małżonków (a nawet wnuczki), którzy byli w tym samym kosztownym kłopocie co Daniel, tak naprawdę nie było wiele nadziei, że to prawo zostanie zmienione, gdyż stanowiło ono prawdziwy consensus.