Выбрать главу

163 dolary znajdowały się na granicy możliwości i pozostawiały mu bardzo skromną resztę na zaopatrzenie się we własne artykuły pierwszej potrzeby. Było to bolesne, było to całkowicie okrutne, że zarabiał dobrze po raz pierwszy od lat i nadal nie miał żadnego poczucia bezpieczeństwa, żadnego dobrego samopoczucia, żadnej zabawy. Powiadomił o tym Boę niedwuznacznie (zakładając, że go podsłuchuje). Miarka się przebrała. Chciał się od niej uwolnić. Nie wydawało się uczciwe z jej strony oczekiwać, że będzie dalej tak żył. Piętnaście lat! Groził, że zadzwoni do jej ojca, i wyznaczał ostateczne terminy na zrobienie tego, ale ponieważ te groźby nie zostały spełnione, musiał zakładać, że ona albo nie słucha, albo nie wierzy w jego groźby, albo jej to nie obchodzi. Podnosząc stawkę, postraszył ją, że zostanie odłączona od pępka z rurkami, które podtrzymywały jej życie roślinki, ale nie było to nic więcej jak tylko puste pogróżki. Zabić Boę? Bóg wiedział, że była dla niego brzemieniem; była stałym memento mori (bardziej niż kiedykolwiek teraz, gdy płyta nagrobkowa Claude`a Durkina spoczywała przy nogach jej łóżka); ale była jego żoną, może też Muzą, i niedopełnienie jego obowiązków wobec niej oznaczałoby tylko narażenie się na kłopoty.

Poza tymi myślami o swojej Muzie Daniel nie był, ogólnie, osobą przesądną, ale szybko stawał się chrześcijaninem, przynajmniej we współczesnym znaczeniu tego słowa, przedstawionym w nauczaniu pastora Jacka Van Dyke`a. Według niego wszyscy chrześcijanie stawali się nimi poprzez zawieszenie swojej niewiary w niedorzeczną, ale wysoce ulepszającą bajkę. Nie sprawiało to żadnych trudności Danielowi, który miał wrodzone zdolności do udawania. Całe jego życie ostatnimi czasy było grą pozorów. Udawał nadal, że jest czarny. Udawał, przez jeden cały rok, że jest namiętnie zakochany w eunuchu. Czasami on i pani Schiff udawali całymi godzinami, że są miodokróliczkami. Czemu nie udawać, że jest się chrześcijaninem? (Zwłaszcza jeśli dawało to, teoretycznie, sto dolców tygodniowo i, co istotniejsze, możliwość występowania w wymiarze fizycznym i społecznym odpowiednim do kalibru jego głosu i jego sztuki, co Marble Collegiate zapewniała w sam raz). Czemu nie mówić, że jest zbawiony, jeśli mogło to ucieszyć kogoś innego, a jemu wcale nie szkodziło? Czy nie to tylko robi większość księży i pastorów? Nigdy nie należał do osób, które by mówiły, że czują się marnie, gdy ludzie pytali o ich samopoczucie. Mówił, że czuje się świetnie, i uśmiechał się i oczekiwał od innych tego samego. To było po prostu cywilizowane, i jego zdaniem chrześcijaństwo stanowiło tylko logiczny wynik takich zasad, najbardziej przebiegły i skuteczny wynaleziony dotąd sposób, by być grzecznym.

Pani Schiff, ateistka w starym stylu, nie pochwalała jego nawrócenia, jak to nazywał, i stało się ono tematem niektórych z ich najprzyjemniejszych dyskusji. Mówiła, że nie wskazuje na intelektualne poczucie własnej godności twierdzenie, iż wierzysz (na przykład), że ktoś może umrzeć, a potem powrócić do życia, do czego sprowadzało się chrześcijaństwo. Było w porządku, kiedy ludzie, którzy naprawdę mocno wierzyli w takie nonsensy, mówili o tym; nawet dobrze, że to robili, ponieważ dawało to człowiekowi uczciwe ostrzeżenie co do granic ich racjonalności. Ale u Daniela była to czysta szarlataneria. Odpowiedział, że nic nie jest czyste ani zwyczajne, a najmniej on sam.

Raz, kiedy pani Schiff miała stuprocentową pewność co do spornego szczegółu z historii muzyki (czy Schumann napisał koncert skrzypcowy?), założył się z nią, że jeśli przegra, będzie musiała udać się razem z nim do Marble Collegiate w wybraną przez niego niedzielę. Myliła się. Wybrał niedzielę, kiedy Van Dyke miał wygłosić kazanie na temat nieśmiertelności duszy, a Daniel śpiewać w Actus Tragicus Bacha. Nie był to, jak się okazało, jeden z najlepszych wyczynów Van Dyke`a, i chór także (w tym, niestety, Daniel) porwał się na rzeczy nieco ponad jego siły. Pani Schiff współczuła mu, ale poza tym nie doznała żadnych wzruszeń.

— Oczywiście — przyznała — kościołom należy się wdzięczność za zapewnianie bezpłatnych koncertów, ale jednak ma to trochę posmak darmowej garkuchni, nieprawda? Trzeba siedzieć na kazaniu i reszcie dla usłyszenia odrobiny muzyki.

— Ale nie o to chodzi — twierdził Daniel, nieco rozdrażniony, bo nadal boleśnie odczuwał spartaczenie przez siebie Bestellet dein Haus. — Ludzie nie chodzą do kościoła dla muzyki. Chodzą tam po to, by być z innymi wiernymi. Fizyczna obecność to kluczowa sprawa.

— Czy według ciebie jest to rodzaj dowodu, że istnieje wspólnota i że należą do niej? Sądzę, że koncert zrobiłby to równie dobrze, albo lepiej, ponieważ można rozmawiać w antraktach. A muzyka, jeśli wybaczysz mi, że tak powiem, prawdopodobnie byłaby odrobinę bardziej profesjonalna.

— Dałem plamę, wiem o tym, ale mój śpiew, dobry czy zły, jest nieistotny.

— Och, nie byłeś najgorszym winowajcą. Bynajmniej. Uczysz się podrabiać nuty, których nie możesz dosięgnąć, bardzo zręcznie. Ale o co chodzi, Danielu? Jednym słowem.

— Jednym słowem, o nadzieję.

— No więc w paru słowach.

— O czym była ta kantata? O śmierci. O tym, że czeka nas wszystkich i nie ma sposobu, by ją obejść, i że wszyscy o tym wiemy.

— Twój pan Van Dyke twierdzi inaczej.

— I ty też to robiłaś, po prostu tam będąc. O to chodzi. Każdy ma wątpliwości. Każdy rozpacza. Ale kiedy jesteś w kościele, i otaczają cię wszyscy ci inni ludzie, trudno jest nie wierzyć, że niektórzy z nich wierzą w coś. I poprzez to, że tam jesteśmy, pomagamy im w to wierzyć.

— Ale co, jeśli wszyscy oni myślą tak samo jak my? Co, jeśli nikt spośród nich nie daje się nabrać i jedynie wspierają moralnie innych, którzy również nie dają się nabrać?

— To kwestia stopnia. Nawet ja daję się nabrać, jak mówisz. Trochę. Nawet ty — jeśli nie w kościele, to kiedy słuchasz muzyki, a jeszcze bardziej kiedy piszesz własną. Jaka jest w gruncie rzeczy różnica między piosenką Króliczka Miodokróliczka a powiedzeniem przez Bacha: „Przyjdź, słodka godzino śmierci, gdyż moja dusza jest nakarmiona miodem z paszczy lwa”?

— Główna różnica jest taka, że muzyka Bacha jest bezmiernie większa. Ale, jak sądzę, inna różnica jest taka, że jeśli chodzi o filozoficzne zapatrywania miodokróliczków, mówię o nich z mocnym przymrużeniem oka.

— A jednak nie do końca żartujesz, i może Bach nie do końca mówi poważnie. Ma swoje dwuznaczne momenty.

— Ale twierdzi, że wie, iż jego Zbawiciel żyje. A ja wiem, że mój nie żyje.

— Twoim zdaniem.

— A jakie jest twoje zdanie, Danielu Weinrebie?

— Chyba mniej więcej takie samo jak twoje. Ale śpiewam coś innego.

Był to ostatni wieczór przed Bożym Narodzeniem i przedostatni przed wieczorem, kiedy Daniel miał wystąpić w off-broadwayowskiej premierze Czasu Miodokróliczków. Marzenia, jak się okazuje, naprawdę się spełniają. Ale nie czuł się szczęśliwy, i trudno było wyjaśnić Boi, podstawowej przyczynie tego niezadowolenia, dlaczego tak jest. Oto siedziała tam, podparta w swoim małym kojcu, bożonarodzeniowy aniołek wyposażony, a jakże, w aureolę i parę skrzydeł z zapasu kostiumów pani Galamian do baletu snów w pierwszym akcie, baletu, który został skasowany podczas ostatniego tygodnia prób. A jednak ten problem łatwo można było przedstawić. Był spłukany i chociaż nigdy nie miał jaśniejszych widoków na przyszłość, jego dochody rzadko bywały mniejsze. Musiał odejść z Metastasia dwa miesiące wcześniej, a tyle czasu wystarczyło, by wyczerpał niewielką ilość pieniędzy, którą odłożył, by przebrnąć przez kryzysową sytuację. Ale to była ta jedyna kryzysowa sytuacja, z jakiej możliwością się nie liczył — sukces. Rey i Tauber obaj pozostali nieugięci co do otrzymywania swojej pełnej doli. Daniel wykonał obliczenia — nawet jeśli Czas Miodokróliczków nie spaliłby od razu na panewce, i tak nie zarobiłby na nim netto dość, by uzyskać całość potrzebnych mu środków w zawrotnej wysokości około trzystu dolarów miesięcznie. A gdyby przedstawienie okazało się hitem, nie wiodłoby mu się ani trochę lepiej, ponieważ musiał zrzec się swojego udziału we wpływach w zamian za możliwość zagrania Króliczka. To, jak wyjaśnił Irwin Tauber, był show-biznes. Ale spróbuj wyjaśnić to zwłokom.