Выбрать главу

Gdy odkryto nowe ustuzou na zachodzie, grasujące bezkarnie z dala od śnieżnej północy, Vaintè zrozumiała natychmiast, że muszą być zniszczone. Odległość była znaczna, lecz nie dorównywała jej pragnieniu zemsty. Trzeba było wiele uruketo, aby przywieźć ogromne masy fargi i wierzchowców do miejsca lądowania na wybrzeżu. Pod koniec zimy Vaintè poprowadziła taką armię, jakiej świat jeszcze nie widział. Maszerowała ona w głąb lądu, dobrze zaopatrzona i wyposażona w silne środki obronne. Znano położenie każdego ustuzou, wszystkie ich hordy zostaną po kolei zgniecione i zniszczone. Miał to być początek końca ustuzou. Wielka armia wróciła jednak pokonana.

Wieści o tym dotarły do miasta na długo przed wylądowaniem pierwszej fargi. Gdy Vaintè składała meldunek przed radą, nie było przy tym Malsas‹. Nieobecność eistai była dostatecznie wymowna. Rada wysłuchała chłodno jej wyjaśnień, podsumowała straty i odprawiła Vaintè. Odesłała jak zwykłą fargi.

Po tym upadku Vaintè nie zbliżała się do ambesed, tego centrum miasta, w którym codziennie zbierały się Yilanè, w którym zasiadała eistaa. Trzymała się z dala, samotna i zapomniana, oczekując na wezwanie, które nie nadchodziło. Była teraz w niełasce: nikt do niej nie przychodził, by nie podzielić jej upadku.

Po wielu dniach odwiedził ją ktoś, kogo najmniej pragnęła zobaczyć. Nie da się jednak uniknąć spotkania z efenselè.

— To musiałaś być ty — powiedziała ponuro Vaintè. — Jako jedyna nie boisz się, że cię zobaczą ze mną, Córo Śmierci.

— Chcę z tobą pomówić, efenselè — odparła Enge. — Słyszałam wiele o ostatniej awanturze i bardzo mnie to martwi.

— Mnie też nie cieszy, efenselè. Wyruszyłam stąd jako sarn'enoto. Teraz siedzę sama, czekam na wezwanie, które nie nadchodzi — nie wiem nawet, czy jestem nadal rozkazującą sarn'enoto, czy też mniej znaczę od fargi.

— Nie jestem tu, by pogłębiać twą niedolę. Choć pływające na szczycie najwyższej fali…

— Mogą jedynie runąć w największą głębię. Zachowaj swą prymitywną filozofię dla swoich towarzyszek. Znam wszystkie bzdury wymyślone przez waszą założycielkę Farnaksei i odrzucam je w całości.

— Zostanę tylko chwilę. Chcę cię jedynie poprosić, byś powiedziała, ile jest prawdy w plotkach…

Vaintè przerwała jej nagłym, uciszającym szarpnięciem kciuków.

— Nic mnie nie obchodzi, co szepcą między sobą głupie fargi, nie będę rozmawiać o ich bezsensownej gadaninie.

— To porozmawiajmy jedynie o faktach — ruchy Enge były ponure, nieugięte, nie pozwalające na wycofanie się. — O jednym wiemy obie.

Peleinè wprowadziła swymi wątpliwościami i argumentami podział wśród Cór. Przekonała wiele, że twa sprawa jest słuszna i owe odszczepieńcze istoty zasiliły szeregi twej armii. Poszły z tobą na tę morderczą wyprawę. Nie powróciły.

— Oczywiście — Vaintè starała się nie poruszać, by przekazać jedynie niezbędne minimum informacji. Co chwila zastygała w bezruchu. — Nie żyją.

— Zabiłaś je.

— Ustuzou je zabiły.

— Wysłałaś je na ustuzou bez broni, musiały zginąć.

— Wysłałam je przeciw ustuzou tak jak i inne. To one wybrały pójście bez broni.

— Dlaczego to wybrały? Musisz mi powiedzieć — Enge nachyliła się z oczekiwaniem i niepokojem. Vaintè odsunęła się od niej.

— Postanowiłam ci nie odpowiedzieć — odparła, znów zapadając w bezruch. — Zostaw mnie.

— Wpierw odpowiesz na moje pytanie. Rozmyślałam o tym długo i doszłam do wniosku, że poznanie przyczyny ich postępku ma dla nas życiowe znaczenie. Peleinè i ja różnie tłumaczyłyśmy nauki Ugunenapsy. Peleinè i jej zwolenniczki stwierdziły, że twoja sprawa jest słuszna, dlatego z tobą poszły. Teraz nie żyją. Dlaczego?

— Nie otrzymasz ode mnie odpowiedzi, ani słowa, które mogłoby wesprzeć waszą zdradziecką filozofię. Idź.

W swym ponurym bezruchu Vaintè była nieugięta, lecz Enge była równie uparta w atakach.

— Wyruszając stąd niosły broń. Ginęły z pustymi rękoma. Powiedziałaś, że tak wybrały. Twój wybór posłania ich na śmierć był decyzją morderczyni, rzeźniczki w jatkach.

Vaintè poddała się tej rozmyślnej obrazie, przeszedł ją dreszcz, ale nadal się nie odezwała. Enge bezlitośnie mówiła dalej.

— Pytam cię teraz: dlaczego tak wybrały? Co takiego zmieniło ich pogląd na noszenie broni? Co się stało? Wiesz, co to było. Powiesz mi?

— Nigdy.

— Powiesz!

Enge skoczyła naprzód i potężnymi kciukami ścisnęła mocno ramiona, rozwarła w gniewie usta. Jednak gdy dostrzegła lekkie ruchy radości u Vaintè, puściła ją natychmiast, odepchnęła i odeszła w tył.

— Chciałabyś, bym użyła przemocy, prawda? — spytała, z trudem usiłując opanować swe wzburzenie. — Chciałabyś ujrzeć, jak zapominam o prawdzie mych wierzeń i zniżam się do twojego poziomu, szaleńczego gwałtu. Nie upodlę się tak bardzo, choćbyś najmocniej mnie prowokowała. Nie dołączę do ciebie w pożałowania godnym zezwierzęceniu.

Wściekłość przerosła opanowanie Vaintè, wyzwoliła cały jej gniew tłumiony od niesławnego powrotu i wypadnięcia z łask.

— Nie dołączysz do mnie — już dołączyłaś. Mam na sobie ślady wbitych głęboko twych kciuków, krew spod twych paznokci. Twa wyższość jest równie pusta jak ty sama. Rozgniewałaś się jak ja — zabijesz jak ja.

— Nie — odparła Enge, znów spokojna. — Tego nie uczynię nigdy, tak nisko, nigdy nie upadnę.

— Nigdy! Upadniesz, wszystkie upadniecie. Tak jak zwolenniczki Peleinè. Chętnie wznosiły hèsotsany i zabijały zbrodnicze ustuzou. Przez chwilę były prawdziwymi Yilanè, a nie skamlącymi pogardzanymi wyrzutkami.

— Zabiły — i umarły — powiedziała miękko Enge.

— Tak, umarły. Jak ty, nie potrafiły stawić czoła temu, że nie są inne, nie są lepsze niż my wszystkie.

Vaintè urwała zrozumiawszy, że w gniewie odpowiedziała na pytanie Enge.

Wraz ze zrozumieniem prawdy Enge opuścił cały gniew.

— Dziękuję, efenselè, dziękuję. Dzisiaj wyświadczyłaś mnie i Córom Życia wielką przysługę. Pokazałaś, że nasze stopy tkwią na ścieżce i że musimy nią podążać bez błądzenia. Tylko w ten sposób możemy osiągnąć prawdę, o której mówiła Ugunenapsa. Te, które zabiły, umarły, gdy pojęły swój czyn. Inne zobaczyły i zdecydowały, że tak nie umrą. Oto co się zdarzyło, tak?

Vaintè mówiła teraz z zimnym gniewem.

— To się zdarzyło, ale nie z powodu, który podałaś. Umarły nie dlatego, że były lepsze, że pod jakimś względem przewyższają pozostałe Yilanè — umarły, bo są dokładnie takie same. Myślały, że unikną śmierci przez wygnanie z miasta, że unikną utraty imienia. Myliły się. Umarły tak samo. Nie jesteś lepsza od nas wszystkich — w istocie jesteś dużo gorsza.

Pogrążona w myślach, milcząca Enge odwróciła się i wyszła. W drzwiach zatrzymała się i spojrzała do tyłu.

— Dziękuję ci, efenselè — powiedziała. — Dziękuję za odsłonięcie tej przerażającej prawdy. Żałuję, że tyle musiało umrzeć, by ją odsłonić, lecz być może tylko w ten sposób mogłyśmy ją poznać. Może nawet ty, poszukująca śmierci, pomożesz nam ocalić życie. Dziękuję.