Выбрать главу

— Czy już coś zjedli? — spytała Enge. Stallan zaprzeczyła gestem i wskazała na tykwę.

— To dobre mięso, strawione enzymami i gotowe do jedzenia. Używały ognia do pieczenia swego mięsa przed jedzeniem, wiedziałam więc, że nie zechcą jeść na surowo.

— Czy dałaś im jakieś owoce?

— Nie. Są mięsożerne.

— Mogą być wszystkożerne. Mało wiemy o ich zwyczajach. Przynieś trochę owoców.

— Nie mogę zostawić cię samej. Vaintè osobiście poleciła mi cię strzec. — W głosie łowczyni wyczuwało się niepewność spowodowaną sprzecznymi poleceniami.

— Jeśli będzie trzeba, obronię się przed tymi małymi stworzeniami. Czy już kogoś zaatakowały?

— Gdy tylko je tu wsadziłyśmy. Samiec jest napastliwy. Biłyśmy go, aż przestał. Od tej pory to się nie powtórzyło.

— Będę ostrożna. Wypełniłaś polecenia Vaintè. Teraz posłuchaj moich. Stallan nie miała wyboru. Wyszła z oporami. Enge czekała w milczeniu, myśląc, jak porozumieć się ze stworzeniami. Samica leżała twarzą do ściany, znów wydając piskliwe dźwięki. Mały samiec stał cicho, niewątpliwie tępy jak wszystkie samce. Pochyliła się i chwyciwszy samicę za ramię, starała się ją odwrócić. Skóra stworzenia była ciepła i nie budziła wstrętu w dotyku. Zawodzenie stało się głośniejsze — gdy nagły ból przeszył jej rękę.

Rycząc z gniewu, powaliła samca na ziemię. Zęby stworzenia przebiły jej skórę, pociekła krew. Wysunęła palce z pazurami i syknęła gniewnie. Samiec odsunął się. Enge ruszyła za nim i stanęła. Poczuła się winną.

— Jesteśmy grzeszne — gniew ją opuszczał. — Zabiłyśmy resztę waszego stada. Nie można cię winić za to, co zrobiłeś. — Potarła skaleczoną rękę i spojrzała na jasną plamę krwi na dłoni. Otworzyły się drzwi i weszła Stallan, niosąc pomarańcze w obciętej tykwie.

— Samiec mnie ugryzł — powiedziała spokojnie Enge. — Czy są jadowite?

Stallan rzuciła tykwę i skoczyła ku niej. Obejrzała ramię, a potem uniosła twardą pięść, by uderzyć zasłaniającego się samca. Enge powstrzymała ją lekkim dotknięciem.

— Nie, to przeze mnie. Co z tym ugryzieniem?

— Dobrze oczyszczone niczym nie grozi. Musisz pójść ze mną, bym je opatrzyła.

— Nie, zaczekam tutaj. Nie chcę okazać lęku wobec tych stworzeń. Nic mi nie będzie.

Stallan cofnęła się niechętnie. Wyszła szybko i wkrótce wróciła z drewnianą skrzynką. Wodą z pojemnika oczyściła skaleczenie, potem zerwała osłonę z nefmakela i przyłożyła go na ranę. Wilgotna skóra Enge obudziła śpiące stworzenie. Przylgnęło, zaczynając wydzielać płyn przeciw-bakteryjny. Stallan wyjęła ze skrzynki dwie czarne, węźlaste bryłki.

— Muszę związać ręce i nogi samca. Nie pierwszy raz atakuje. To stworzenie jest złośliwe.

Mały starał się uciec, lecz Stallan złapała go jedną ręką. Drugą chwyciła więź, okręciła nią kostki samca, potem wsadziła ogon więzi w jej pysk. Więź zaczęła odruchowo połykać swój ogon, zaciskając się wokół kończyn. Dopiero gdy samiec został dobrze skrępowany, Stallan rzuciła go na bok.

— Zostanę tu, by cię strzec — powiedziała. — Muszę. Vaintè kazała cię chronić. Raz wyszłam i zostałaś zraniona. Nie mogę dopuścić, by to się powtórzyło.

Enge niechętnie wyraziła zgodę, potem spojrzała na tykwę i rozsypane na podłodze owoce.

— Obróć ją, by mnie widziała — powiedziała do Stallan. Wskazała owoce leżącej na brzuchu samicy. — Wezmę okrągłe-słodkie-coś-do-jedzenia.

Ysel wrzeszczała ochryple, gdy zimne łapy dotknęły jej i uniosły brutalnie. Łkała gryząc palce, gdy drugi marag zbliżył się pokazując pomarańczę. Otworzył powoli pysk, odsłaniając rzędy ostrych, białych zębów. Trzymając pomarańczę, wydawał niezrozumiałe wrzaski, drapiąc pazurami podłogę. Ysel jęczała ze strachu, nieświadoma, że przegryzła palce i po brodzie cieknie jej krew.

— Owoce — powiedziała Enge. — Okrągła, słodka rzecz, dobra do jedzenia. Napełnij żołądek, ucisz go. Jedzenie wzmacnia. Zrób, co ci każę. Najpierw namawiała, potem rozkazała:

— Weźmiesz ten owoc. Zjesz go teraz!

Zobaczyła krew z rany zadanej przez stworzenie i odwróciła się ze wstrętem. Położyła na podłodze tykwę z owocami i skinęła do Stallan, by podeszła z nią do drzwi.

— Mają prymitywne narzędzia — powiedziała. — Mówiłaś, że mieli jakieś schronienie i że służyły im wielkie zwierzęta? — Stallan potaknęła.

— Muszą więc mieć pewien stopień inteligencji.

— Nie znaczy to, że umieją mówić.

— Trafna uwaga, łowczyni. Przypuśćmy jednak, iż mają język, którym mogą się porozumiewać. Nie pozwolę, by jedna porażka mnie powstrzymała — patrz, samiec się rusza! Musiał poczuć owoce. Męskie reakcje są prymitywniejsze, głód jest dotkliwszy niż nasze groźby. Patrz! — krzyknęła z triumfem. — Je owoc. Pierwszy sukces. Możemy je teraz karmić. Widzisz, niesie owoc samicy. Altruizm — to musi oznaczać inteligencję.

Stallan to nie przekonało.

— Dzikie zwierzęta też karmią swe młode. Widziałam, jak współpracowały podczas polowania. Widziałam. To nie dowód, że są inteligentne.

— Może i nie, ale nie poddam się tak szybko. Skoro łodzie mogą rozumieć proste polecenia, to dlaczego te zwierzęta nie mogłyby być podobnie zdolne?

— Będziesz więc je uczyła tak samo, jak uczone są łodzie?

— Nie. Pierwotnie tak zamierzałam, ale chcę osiągnąć wyższy stopień porozumienia. Uczenie łodzi wymaga pozytywnych i negatywnych wzmocnień. Uderzenie prądem elektrycznym karze za błąd, a jedzenie jest nagrodą za posłuszeństwo. To dobre przy tresowaniu zwierząt, tych jednak nie chcę tresować. Chcę rozmawiać, porozumiewać się z nimi.

— Mowa jest bardzo trudna. Wiele stworzeń wynurzających się z morza nie potrafi jej nigdy opanować.

— Masz rację, ale to kwestia wieku i doświadczenia. Młode mogą mieć trudności z opanowaniem dorosłego języka. Pamiętaj jednak, że przebywając w dzieciństwie w morzu, porozumiewają się na swój sposób.

— To naucz te bestie języka dziecięcego. Może zdołają go opanować. Enge uśmiechnęła się.

— Już wiele lat nie mówisz jak dziecko. Czy pamiętasz, co to znaczy?

— Uniosła rękę i zmieniła barwę dłoni z zielonej na czerwoną, potem znów na zieloną, wykonując jednocześnie gest palcami.

— Kałamarnice — dużo — uśmiechnęła się Stallan.

— Pamiętasz. Ale zauważyłaś, jak ważna jest barwa dłoni? Bez tego nic nie zrozumiałabyś. Czy te futrzaste zwierzęta zmieniają kolor dłoni?

— Chyba nie. Nigdy nie widziałam, by to robiły. Choć ich ciała bywają czerwone i białe.

— Może to stanowić ważną część ich mowy.

— Jeśli ją mają.

— Zgoda, jeśli ją mają. Muszę zwrócić uwagę, gdy znowu będą się odzywały. Ważniejsze jednak to nauczyć je, by mówiły jak Yilanè. Począwszy od najprostszych wyrażeń. Muszą nauczyć się kompletności porozumiewania.

Stallan pokręciła głową.

— Nie wiem, co to znaczy.

— Pokażę ci, byś lepiej pojęła. Słuchaj uważnie, co powiem. Gotowa?

— Jest mi ciepło. Zrozumiałaś?

— Tak.

— Dobrze. „Jest mi ciepło” — to stwierdzenie. Kompletność wynika z połączenia wyrażeń stwierdzenia. Powiem to teraz jeszcze wolniej: Jest… mi… ciepło… Poruszam w ten sposób kciukiem, jednocześnie lekko spoglądam w górę, mówiąc „ciepło” unoszę trochę ogon. Wszystko to, wypowiadane głośno dźwięki i właściwe ruchy, połączone razem tworzy kompletne wyrażenie.