Выбрать главу

— Jedno z plugawiących ten ląd ustuzou. Wszystkie czaszki tu zgromadzone należą do zawszonych, noszących futra, śmierdząco-ciepłych ustuzou, które nas nękały i które zabiłyśmy. Ale najgorszy jest ten tu, bezimienny gatunek. Tymi ostrymi kamieniami popełniono czyn straszniejszy od wszystkich innych.

— Zamordowały samców i dzieci. — Malsas‹ wypowiedziała te słowa ze śmiertelną nienawiścią.

— Tak. Dopadłyśmy je i wszystkie zabiłyśmy.

— Słusznie. Już was nie niepokoją?

— Nie. Wybite do nogi. To nie miejscowy gatunek, nadciągnął z północy, wytropiłyśmy go i wybiłyśmy co do jednego.

— A więc plaże już bezpieczne?

— Z każdej strony z wyjątkiem rafy koralowej. Rośnie ona jednak szybko i gdy będzie dostatecznie wysoka, nastąpią pierwsze narodziny. Wtedy plaże narodzin będą zabezpieczone przed wszystkimi.

Vaintè wysunęła pazury jednej dłoni nad białą czaszką:

— Zwłaszcza przed tymi dzieciobójcami. Nigdy już nam nie zagrożą.

ROZDZIAŁ XII

Na oficjalne powitanie Malsas‹ i jej grupy przygotowano tego dnia szczególny posiłek. Podobne wizyty zdarzały się tak rzadko, że większość młodszych fargi przyglądała się temu po raz pierwszy. Cały dzień kręciły się podniecone, przekrzykując się wzajemnie, choć rzadko która słuchała tego, co mówi druga. Było to dla nich nowe i niezwykłe. Na co dzień Yilanè jadały dobrze, wyczekując niecierpliwie chwili, gdy zasną z pełnymi brzuchami w samotności. Każda podsuwała przyrządzającym posiłki szeroki liść i otrzymaną porcję wspaniale zenzymowanego mięsa zjadała w jakimś spokojnym miejscu. Takie były zwyczaje i nie mogły wyobrazić sobie, by mogło być inaczej.

Tego dnia pracowano mało. Mieszkanki miasta wypełniały ambesed, tłoczyły się pod jego ścianami, żeby lepiej widzieć, wspinały się na niżej rosnące gałęzie ogrodzenia.

Vaintè i Malsas‹ po przeprowadzeniu inspekcji miasta wróciły do ambesed. Tam Malsas‹ spotykała się kolejno z odpowiadającymi za rozwój Alpèasaku, najwięcej czasu poświęciwszy Vanalpè. Zadowolona z tego, co usłyszała, Malsas‹ zakończyła rozmowy i zwróciła się do Vaintè:

— Ciepło słońca i rozwój miasta pozwoliły mi przestać myśleć o zimie. Pod tym wrażeniem wrócę do Inegban*. Nadchodząca zima stanie się mniej groźna. Erafnaiś zameldowała, że uruketo załadowano i dobrze nakarmiono, tak że może odpłynąć w każdej chwili. Zjemy, a potem odjadę.

Vaintè wyraziła żal z powodu rozstania. Malsas‹ podziękowała, ale odrzuciła możliwość dłuższego pobytu.

— Rozumiem twe uczucia. Zobaczyłam jednak dosyć, by być pewna, że wszystko znajduje się w dobrych rękach. Uruketo jest jednak powolne; nie możemy zmarnować ani jednego dnia. Jedźmy. Znasz Alakensi, moją główną doradczynię i efenselè? Niech tym razem obsłuży ciebie przy posiłku.

— Jestem zaszczycona, bardzo zaszczycona, — powiedziała Vaintè, dumna z wyróżnienia, które ją spotkało. Nie zwracała zupełnie uwagi na osobę Alakensi, którą znała od dawna. Znała jej podstępny umysł i podłe intrygi.

— Dobrze. — Malsas‹ przywołała gestem Vanalpè. — Teraz zjemy. Alakensi, najbliższa mi ze wszystkich, będzie obsługiwała Vaintè. Ty, Vanalpè, za wszystko, co zrobiłaś dla rozwoju tego miasta, za dobry projekt i jego wykonanie, zostałaś wybrana, by mnie obsługiwać.

Usłyszawszy to, Vanalpè nie była w stanie nic powiedzieć. Milczała, jakby dopiero co wynurzyła się z oceanu. Duma biła z każdego ruchu jej ciała.

— Z tej uroczystej okazji będą dwie potrawy — powiedziała Vaintè. — Jedna ze starego świata, druga z nowego.

— Stare i nowe połączy się w naszych wnętrzach, jak Inegban* połączy się z Alpèasakiem — z powagą stwierdziła Malsas‹.

Odpowiedziały jej okrzyki uznania ze strony stojących najbliżej. Było to trafne, śmiałe porównanie, cieszyły się, że długo jeszcze będą mogły o tym rozmawiać. Vaintè nie odezwała się, dopóki słowa Malsas‹ nie zostały wszystkim powtórzone.

— Potrawą z Entoban* jest uruktub, wyhodowany z jaja ostrożnie dowiezionego na ten brzeg, wysiedzianego w słońcu Gendasi*, wyrosłego na ziołach Gendasi*. Mamy i inne, ale ten był największy, widziałyście wszystkie, przechodząc obok pastwiska na bagnach. Podziwiałyście gładkość jego skóry, długość łuku szyi, grubość boków. Widziałyście to.

Odpowiedzią był pomruk uznania, choć dostrzegły jedynie drobną głowę na końcu długiej szyi, która wynurzyła się wysoko z wody, trzymając w pysku ociekające, zielone rośliny.

— Pierwszy zabity uruktub jest tak wielki, że wszystkie najedzą się nim do syta. Potem Malsas‹ i jej towarzyszki, które przybyły z Inegban*, otrzymają zwierzę, jakiego nigdy dotąd nie jadły — szybkonogą sarnę z gatunku spotykanego tylko tutaj. Za chwilę zacznie się uczta.

Obie usługujące szybko wyszły. Wróciły z tykwami pełnymi mięsa i każda uklękła przed eistaą, którą obsługiwała. Malsas‹ sięgnęła po długą kość z małym czarnym kopytkiem, z której luźno zwisało chłodne, słodkie mięso. Oderwała duży kawałek i uniosła tak, by wszystkie mogły zobaczyć.

— Uruktub — zawołała, a wszystkie, które to usłyszały, roześmiały się z dowcipu, najmniejsza bowiem kość uruktuba była większa od tego całego zwierzęcia.

Vaintè była zadowolona. Posiłek przebiegał gładko. Gdy skończyły jeść i umyły ręce w przytrzymywanych przez usługujące tykwach, uroczystość dobiegła końca. Teraz do jedzenia zabrały się pozostałe mieszkanki, by skończyć przed zapadnięciem mroku.

Byty tym tak zajęte, że wreszcie Malsas‹ mogła swobodnie porozmawiać z Vaintè. Mówiła cicho, a ruchy ciała ledwo zarysowywały gesty.

— Wszystko, co tu usłyszałam, jest zgodne z prawdą. Pracujecie tu ciężko, a ty najciężej. Sądzę przeto, że zdołasz wykorzystać do pracy Córy Śmierci, które z sobą przywiozłam.

— Widziałam je. Zostaną wykorzystane.

— Wykorzystaj je, aż umrą! — Malsas‹ kłapnęła złowrogo zębami. — Mamy ich coraz więcej, jak termity podgryzają korzenie naszego miasta. Uważaj, żeby nie próbowały robić tego i tutaj.

— Nie będą miały możliwości, choćby najmniejszej. Mamy dla nich ciężką i niebezpieczną pracę. Taki ich los.

— Myślimy więc podobnie, to dobrze. Teraz o tobie, ciężko pracująca, niezłomna Vaintè. W czym można ci pomóc?

— W niczym, mamy wszystko, co potrzeba.

— Nie wspomniałaś o potrzebach osobistych, ale wiem, że przyda ci się ktoś do pomocy. Dlatego życzę sobie, by pierwsza u mnie we wszystkim, moja prawa ręka, efenselè Alakensi powiększyła krąg twoich zastępczyń. By stała się pierwszą twą pomocnicą i dzieliła z tobą trudy.

Vaintè nie mogła sobie pozwolić na najdrobniejszy ruch, najcichsze słowo, bo zdradziłaby nagły przypływ gniewu, jaki ją opanował. Nie musiała jednak nic mówić. Malsas‹ patrzyła jej prosto w oczy i rozumiały się doskonale. Pozwoliła sobie tylko na nieznaczny, kpiący gest zwycięstwa, potem odwróciła się i poprowadziła orszak do uruketo.

Gdyby Vaintè miała broń, to w tej chwili wpakowałaby śmiercionośną strzałkę w oddalające się plecy. Malsas‹ musiała zaplanować intrygę jeszcze przed przybyciem tutaj. Miała w Alpèasaku swoich szpiegów, donoszących jej o wszystkim, co się tu działo. Wiedziała, że Vaintè, jako miejscowa eistaą, niechętnie przekaże władzę. Dlatego zostawiła tu ohydną Alakensi. Tkwiąc u boku Vaintè, będzie ją obserwowała i szpiegowała — donosząc o wszystkim. Swą obecnością przypominać będzie stale o nieuchronnym losie Vaintè. To ona pracować będzie nad wzniesieniem tego miasta, by na końcu zostać strącona. Tego dnia wszystko przypadnie Malsas‹. Zrozumiała teraz, co się stało; jej przeszłość określiła jasno przyszłość. Niech Vaintè pracuje, trudzi się, buduje to miasto — wraz z nim swoje przeznaczenie.