Vaintè bezwiednie przebierała nogami, grube ostre paznokcie darty drewno podłogi. Nie! Nie dopuści do tego! Chciała przecież zdobyć pozycję dzięki swej pracy, zasłużyć na kierowanie miastem. Nic więcej. Malsas‹ nigdy tu nie zapanuje! Alakensi umrze; pozostawienie jej tutaj równało się wyrokowi śmierci. Szczegóły nie mają znaczenia. Decyzja została podjęta.
Gdy zima zapanuje w Inegban*, słońce wzejdzie nad Alpèasakiem. Tam rządzić będzie słabość, tu siła. Alpèasak jest jej — nikt nigdy go jej nie zabierze.
Wściekła Vaintè unikała innych, wybrała najbardziej okrężną drogę, tak iż dostrzegło ją tylko kilka fargi, które uciekały przed gniewem emanującym z każdego jej kroku. W każdym ruchu jej ciała czaiła się śmierć.
Wysoko nad portem znajdowała się pusta strażnica. Vaintè weszła tam i skryta w wydłużającym się cieniu czekała na zakończenie ładowania uruketo. Ostatnim ładunkiem były nieruchome ciała licznych saren. Vanalpè ulepszyła truciznę używaną zwykle do oszałamiania dużych zwierząt, by można je było przenosić. Nowy jad nie oszałamiał — ani nie zabijał — lecz doprowadzał stworzenia na sam skraj śmierci. Bicie ich serc było ledwo wyczuwalne, oddech spowolniony. W takim stanie przebędą ocean do Ingeban*, nie potrzebując ani jedzenia, ani wody. Stanowić będą pożywienie dla głodujących obywatelek tego miasta. Vaintè pragnęła, by los taki spotkał Malsas‹, i powiedziała to głośno, choć nikt jej nie słuchał.
— Niech leży martwa, choć nieumarła, aż do kresu jej czasu.
Gdy uruketo zniknęło w półmroku, Vaintè wróciła cicho i samotnie przez gęstniejącą ciemność. Mimo ogarniającego ją nadal gniewu zasnęła natychmiast.
Sen nie oczyścił jej umysłu z nienawiści, lecz ukrył ją głęboko na skraju myśli. Spotkanym w ambesed wydała się taka sama jak zawsze. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie na Alakensi, by zesztywniała z nienawiści. Tego dnia wiele miało się przekonać o jej złym humorze. Na swe nieszczęście podeszła do niej Enge.
— Mam drobną prośbę, Eistao — powiedziała.
— Odmawiam. Dla ciebie i twoich chodzących martwych stworzeń mam tylko pracę.
— Nigdy dotąd nie byłaś okrutna bez powodu — odparła spokojnie Enge. — Wydaje mi się, że dla eistai wszystkie obywatelki powinny być równe.
— Dokładnie tak. Ale postanawiam od tej chwili, że Córy Śmierci nie są już obywatelkami. Będziecie pracować aż zdechniecie. Oto wasz los.
Widok stojącej przed nią Enge przypomniał jej sprawę, zagrzebaną głęboko w pamięci.
— Co z ustuzou, które uczysz mówić? Minęło wiele czasu.
— Potrzeba jeszcze więcej czasu, taką miałam prośbę. Więcej czasu — lub wcale.
— Wyjaśnij!
— Każdego ranka zaczynam pracę z ustuzou z nadzieją, że będzie to dzień porozumienia. Każdego wieczora opuszczam je z przeświadczeniem, że był to dzień stracony. Samica jest rozumna, ale może to tylko rozum elinou, buszującego w mieście, szukającego i zabijającego myszy? Wydaje się, że działa rozumnie, a okazuje się, że to instynkt.
— Co z samcem?
— Głupi, jak wszystkie samce. Nie odpowiada, nawet bity. Siedzi tylko i gapi się w milczeniu. Samica jak elinou reaguje na łagodność i miło z nią przebywać. Ale choć upłynęło tyle czasu, potrafi wypowiedzieć tylko kilka zdań, zwykle błędnie, zawsze bez związku. Musiała nauczyć się ich tak jak łódź, więc na pewno nic dla niej nie znaczą.
— Nie jestem zadowolona z tych wiadomości — powiedziała Vaintè. I pomyślała, że Enge mogłaby przez cały ten czas pracować na polach, a tak traciła tylko czas. Powody, dla których podjęła próby porozumienia się z ustuzou, przestały być ważne. Te stworzenia niczym już nie grożą, a dosyć jest innych problemów. Jednak, mimo że niebezpieczeństwo minęło, pozostało jeszcze zainteresowanie intelektualne. Zapytała głośno:
— Skoro te istoty nie potrafią się nauczyć mówić jak Yilanè, to czy ty możesz nauczyć się ich języka?
Reakcja Enge wyrażała wątpliwość.
— Na to pytanie też nie potrafię odpowiedzieć. Najpierw sądziłam, że należą do rodzaju ambenin, niemówiących stworzeń, z którymi nie można się porozumieć. Teraz jednak uważani je za ugunin…
— Niemożliwe! — Vaintè odrzuciła taką myśl. — Jakże jakiekolwiek stworzenia mogą porozumiewać się, nie przekazując ani nie przyjmując informacji? Tworzysz kolejne zagadki, a ja czekam na jasną odpowiedź.
— Wiem i przepraszam, ale wciąż nie mogę dojść do sedna. Ich głosy i gesty nie tworzą logicznego ciągu, zapamiętałam tysiące ich ruchów i dźwięków, a wszystkie są pozbawione znaczenia. Są takie bezbarwne i nieruchawe. Wreszcie doszłam do wniosku, i to niełatwo było osiągnąć — że porozumiewają się na innym poziomie, który na zawsze pozostanie dla nas nieznany. Nie mam pojęcia, co może nim być. Słyszałam o teorii wysyłania myśli, bezpośredniej rozmowy jednego mózgu z innym. Albo o porozumiewaniu się za pomocą fal radiowych. Można by to zbadać, gdybyśmy miały w mieście fizyczkę.
Zamilkła, gdy Vaintè raz jeszcze wyraziła wątpliwość.
— Nie przestajesz mnie zadziwiać, Enge. Miasto straciło wybitny umysł, gdy poświęciłaś się swej ohydnej filozofii. Teraz jednak myślę, że twoje badania trzeba przerwać. Zobaczę ustuzou i postanowię, co dalej. Skinęła na przechodzącą w pobliżu Stallan.
Szła przodem, za nią Enge i Stallan. Gdy zbliżyły się do celi więziennej, Stallan skoczyła, by otworzyć zaryglowane wejście. Vaintè weszła i przyglądała się młodym ustuzou, podczas gdy Stallan stała w pogotowiu na wypadek nagłego ataku. Samica siedziała skulona, jej uniesione wargi osłaniały zęby i Vaintè rozzłościła się na tę wyraźną groźbę. Mały samiec stał nieruchomo pod tylną ścianą.
— Niech pokażą swe sztuczki — Vaintè rozkazała Enge.
Słysząc zgrzyt rygli przy otwieraniu drzwi, Kerrick skoczył by oprzeć się o ścianę pewny, że nadszedł dzień śmierci. Ysel zaczęła się z niego śmiać.
— Głupi chłopak — mówiła, drapiąc gojące się skaleczenia na nagiej głowie. — Tchórzliwe dziecko. Marag przyniesie nam jedzenie, będzie się bawił…
— Murgu przynoszą śmierć i któregoś dnia nas zabiją.
— Głupi. — Rzuciła w niego skórką i odwróciła się ze śmiechem do wchodzących.
Pierwszy wszedł stąpając ciężko obcy marag. Przestała się uśmiechać. Obok zobaczyła jednak znajomą postać i uśmiech powrócił. Pomyślała, że ten dzień zaczyna się jak poprzednie.
Była leniwą, niezbyt bystrą dziewczynką.
— Powiedz mi coś — poleciła Vaintè stanąwszy przed ustuzou. Potem powtórzyła to wyraźniej, wolno i dobitnie, jakby zwracała się do młodej fargi:
— Powiedz… mi… coś!
— Błagam, może spróbuję pierwsza — poprosiła Enge. — Mnie odpowie łatwiej.
— Nie. Spróbuję jeszcze raz. Ale jeśli te istoty nie umieją mówić, to koniec z nimi. Zbyt wiele czasu straciłyśmy.
Odwróciwszy się do samicy ustuzou Vaintè powiedziała tonem nie znoszącym sprzeciwu:
— To moje osobiste polecenie — bardzo pilne. Przemówisz teraz, i to tak dobrze jak każda Yilanè. Jeśli to uczynisz, będziesz żyła i rosła. Mowa oznacza rozwój, mowa oznacza życie — zrozumiałaś?