Выбрать главу

Ysel zrozumiała, pojęła groźbę i poczuła, jak wraca strach, tak długo powstrzymywany.

— Ciężko mi mówić, proszę. — Ale słowa Tanu nie wywołały żadnej reakcji u górującego nad nią wielkiego, brzydkiego stworzenia. Musi sobie przypomnieć, czego się nauczyła. Próbowała, próbowała z wszystkich sił. Mówiąc i jednocześnie wykonując niektóre ruchy.

— Has leibe ènè uu…

Vaintè była zaskoczona. Mówi? Co powiedziało? Nie może to przecież znaczyć: „Stare samice rosną zwinnie”. Enge była zmieszana.

— To może również oznaczać, że rosnąca giętkość przydaje wieku samicom.

Vaintè ogarniał gniew. Może innego dnia podjęłaby próbę dalszego porozumienia się z ustuzou. Ale nie dzisiaj. Po wczorajszej zniewadze i pozostawieniu Alakensi.

— To wystarczy — zwłaszcza że próbowała być grzeczna dla tych wstrętnych, futrzastych bestii. Nachyliwszy się, złapała samicę ustuzou za ręce i uniosła ją przed sobą, rycząc wściekle, rozkazała jej przemówić.

Ta nawet nie próbowała. Zamknęła oczy i wypuściła z nich wodę. potem odrzuciła głowę do tyłu, otworzyła szeroko pysk i wydała zwierzęcy krzyk, aż Vaintè przeszedł dreszcz. Ogarnęła ją nienawiść i przestała myśleć. Zatopiła w gardle ustuzou długie, ostre, spiczaste zęby, ugryzła mocno i pozbawiła je życia. Gorąca krew trysnęła jej w usta, dławiąc i napełniając obrzydzeniem. Odrzuciła ciało, wypluwając krew. Stallan drgnęła, okazując aprobatę.

Vaintè wzięła podsuniętą jej przez Enge tykwę z wodą, wypłukała usta, resztkę wylała na twarz. Minął zaślepiający ją gniew, odczuła zadowolenie z tego, co zrobiła. Ale pozostało przy życiu jeszcze drugie ustuzou, wraz z jego śmiercią wyginą wszystkie. Spojrzała groźnie na Kerricka.

— Teraz ty, ostatni — powiedziała, sięgając po niego. Nie miał gdzie uciec. Poruszył ciałem i przemówił:

— … esekakurud… — esekvilshan… elel leibelebe…

Podeszła bliżej, choć początkowo wydawało jej się to pozbawione sensu. Spojrzała uważniej na stworzenie. W jego głosie słychać było błaganie, a przynajmniej niezdarną tego próbę. Dlaczego jednak tak chodzi na boki? To bezsensowne. Zrozumiała nagle — to stworzenie nie ma przecież ogona i nie może go unieść odpowiednio. Ale jeśli kiwanie ciałem ma zastąpić uniesienie ogona, to być może stworzenie starało się przekazać uczucie najwyższego wstrętu i okazać nieprzepartą chęć przemówienia. Oderwane pojęcia zaczęły układać się w jedną całość, aż Vaintè krzyknęła głośno.

— Rozumiesz, Enge? Widzisz — robi to znowu.

Niezdarnie, ale wyraźnie, na tyle, by być zrozumiane, ustuzou mówiło.

— Bardzo nie chcę umrzeć. Bardzo chcę mówić. Bardzo długo, bardzo mocno.

— Nie zabiłaś go — powiedziała Enge, gdy wyszły z komory i Stallan zaryglowała drzwi. — Choć nie miałaś litości dla samicy…

— Drugie było bezwartościowe. Nauczysz mówić samca. Może się to przydać gdyby dotarły tu watahy tych stworzeń. Ale mówiłaś, że to nigdy się nie odezwało?

— Nigdy. Musi być rozumniejsze od tamtego. Cały czas jedynie mnie obserwowało.

— Jesteś lepszą nauczycielką niż sądziłaś, Enge. — Po odniesionym sukcesie Vaintè była skłonna do pochwał. — Jedynym twym błędem było to, że uczyłaś niewłaściwe ustuzou.

ROZDZIAŁ XIII

Mimo czystego nieba drobny śnieg zacinał ostro na górskiej przełęczy. Przenikliwy północny wiatr, przedzierając się przez góry, porywał go z niżej leżących zboczy i gnał niepowstrzymanie przez przełęcz potężnymi lodowatymi falami.

Walczący z wściekłością zawiei, niemal zgięty wpół, Herilak stawiał niepewne kroki w tumanach śniegu. Odłamany kawałek rakiety śnieżnej opóźniał marsz. Gdyby jednak stanął, by ją naprawić, zamarzłby bez wątpienia. Dlatego wielki mężczyzna, niezdarny w opatulających go warstwach futer, zataczając się, parł dalej. Poczuł zmianę nachylenia stoku, gdy wszedł na przełęcz, upadł, lecz wstał, otrząsnął się ze śniegu i chwiejnie szedł dalej. Gdy minął skalistą grań z oczyszczonych przez wiatr szarych głazów, wyczuł, że wichura słabnie. Jeszcze tylko kilka kroków i ucieknie przed wiatrem, osłoni go przed nim skała.

Opadł z westchnieniem ulgi, opierając plecy o nierówną powierzchnię. Wspinaczka wyczerpała jego, zdawałoby się, niespożyte siły.

Zewnętrzne rękawice miał pokryte lodem i śniegiem, musiał nimi walić o siebie, zanim na tyle zmiękły, by je zdjąć. Ciepłymi rękawiczkami wewnętrznymi starł zmrożony śnieg z brwi i rzęs. Spojrzał na leżącą niżej dolinę.

W tym zacisznym miejscu zimowały nadal nieliczne jelenie, daleko dostrzegał ciemne plamki ich stad. Bliżej grupa wysokich drzew osłaniała łąkę nad potokiem nigdy nie zamarzającym przy źródle, z którego wytryskał. Było to dobre miejsce do zimowania, znano je jako levrelag Amahast, obozowisko sammadu Amahasta. Jego żona Aleth była siostrą Herilaka.

Dolina była jednak pusta.

Herilak słyszał o tym od łowcy ze swego sammadu, który spotkał łowcę z sammadu Ulfadana, przysięgającego, że tu był i że mówi prawdę. Mimo to Herilak chciał się o tym sam przekonać. Wziął włócznię, łuk i strzały, natarł się grubo gęsim smalcem, nałożył miękkie futra bobra włosem do środka, a na to strój z grubej skóry jelenia. Z rakietami przywiązanymi do wielkich futrzanych butów nie bał się zimy. Zabrał niewiele jedzenia, bo musiał się szybko poruszać, w torbie na ramieniu miał zapas suszonego mięsa, zgniecionych orzechów i jagód ekkotaz.

Teraz zobaczył to, czego się obawiał. Ssąc grudkę śniegu, pochylony naprawiał rakietę śnieżną. Co chwila odrywał się od pracy, by zerknąć na leżącą pod nim pustą dolinę, jakby nie wierząc w to, co zobaczył. Dolina jednak pozostawała pusta.

Gdy skończył, było już południe. Żując kawałek suszonego mięsa, zastanawiał się, co dalej. Nie miał wyboru. Zjadł, wyprostował się. Był potężny, przewyższał o głowę najwyższych w swym sammadzie. Starł tłuszcz z brody i spojrzał w dolinę wypatrując, którędy musi iść. Na południe. Ruszył wzdłuż stoku, nie oglądając się ani razu na opustoszałe obozowisko.

Szedł cały dzień i stanął dopiero wtedy, gdy o zmroku zalśniły pierwsze gwiazdy. Zawinął się w futra i przed snem, zanim zamknął oczy, popatrzył w niebo. Coś mu się przypomniało, znów rozwarł powieki i odszukał znajome konstelacje. Mastodont pędzący na Łowcę trzymającego w pogotowiu włócznię. Wygięty rząd gwiazd w pasie Łowcy. Czy nie pojawiła się na nim nowa iskra, w pobliżu środkowej gwiazdy? Nie była tak jasna jak pozostałe, lecz widział ją wyraźnie w mroźnym, przejrzystym zimowym powietrzu. Nie miał pewności. Na tak honorowym miejscu mógł znaleźć się tylko tharm wielkiego wojownika, dodającego łowcy mocy. Nie był pewien, czy nie było jej tam przedtem. Myśląc o tym, zamknął oczy i zasnął.

Po trzech dniach marszu od brzasku do mroku Herilak doszedł przed wieczorem do drzew rosnących nad szybko płynącą rzeką. Nurt jej był tak gwałtowny, że nie zamarzła na środku. Szedł cicho, jak każdy łowca, raz tylko spłoszył stadko saren, które uciekły między drzewa, skacząc wysoko i wzbijając za sobą śnieżny pył. Przynajmniej jedna byłaby łatwym łupem — ale nie polował teraz na sarny. Przedzierając się przez zarośla, stanął nagle i pochylił się. Zobaczył sidła z zajęczych jelit rozciągnięte między dwiema gałązkami.

Od tej chwili szedł śpiewając i celowo zaczepiał włócznią o rosnące nisko gałęzie. Nie krył się, chciał być zauważony. W żadnej opowieści starych łowców nie wspomina się o takim zachowaniu. Stało się to konieczne dopiero teraz. Tanu zabijali Tanu. Świat nie był już tak bezpiecznym miejscem jak niegdyś, kiedy to łowcy nie obawiali się łowców.