Wkrótce poczuł pod nogami wydeptaną w śniegu ścieżkę. Gdy doszedł do następnej polany, stanął, wbił włócznię w zaspę jak sztandar i przykucnął za nią. Nie musiał długo czekać.
Cicho, jak smuga dymu, po drugiej strome polany pojawił się łowca. Miał nastawioną do ciosu włócznię, lecz opuścił ją, ujrzawszy siedzącego Herilaka. Po chwili wbił ją również w śnieg. Spotkali się na środku polany.
— Jestem na waszych terenach łowieckich, ale nie poluję — powiedział Herilak. — Tu poluje sammad Ulfadana. Jesteś sammadarem?
Ulfadan kiwnął potakująco głową. Zgodnie ze swym imieniem miał długą, sięgającą do pasa, jasną brodę.
— Jesteś Herilak — powiedział. — Moja siostrzenica wyszła za Alkosa z twego sammadu.
Pomyślał chwilę i wskazał ręką za siebie.
— Weźmiemy włócznie i pójdziemy do mojego namiotu. Jest cieplejszy niż śnieg.
Szli obok siebie w milczeniu, bo łowcy na szlaku nie szczebiocą jak ptaki. Rzeka płynęła szybko, gdy podążali ścieżką wzdłuż zamarzniętych brzegów. Doszli do miejsca, gdzie zwijała się w zakole. W jego środku mieścił się zimowy obóz sammadu, dwanaście wielkich, mocnych namiotów. Na łące mastodonty ryły w śniegu, poszukując przysypanej trawy. Ich oddechy tworzyły kłęby pary. Z każdego namiotu wzbijał się w bezchmurne niebo wąski pas dymu. Dobiegały krzyki bawiących się między namiotami dzieci. Ten spokojny obraz był dobrze znany Herilakowi, tak samo wyglądał jego sammad. Ulfadan uchylił szeroką płachtę i wszedł do mrocznego wnętrza namiotu.
Siedzieli w milczeniu. Starsze kobiety zaczerpnęły stopionego śniegu z cebra wydłubanego w pniu i stojącego obok ognia, rozlały go do drewnianych kubków i dodały suszonych ziół, zaparzając aromatyczny napój. Łowcy ogrzewali dłonie o kubki i popijali napar. Trajkoczące kobiety poowijały się w skóry i po kolei wyszły z namiotu.
— Zjesz? — zapytał Ulfadan, gdy zostali sami.
— O gościnności Ulfadana rozprawiają w namiotach Tanu od morza do gór.
Uprzejme słowa o obfitości posiłku niezbyt pasowały do kilku płatów suszonej ryby, starej i strasznie śmierdzącej. Zima ciągnęła się długo, a do wiosny było jeszcze daleko. Nim nadejdzie, w namiotach zapanuje głód.
Herilak z głośnym, pochwalnym siorbnieciem wypił ostatnie krople napoju, udało mu się nawet czknąć, by pokazać, jak obfity posiłek otrzymał. Wiedział, że powinni teraz pomówić o łowach, pogodzie, wędrujących stadach, a dopiero później przejść do celu odwiedzin. Ale i ten zwyczaj, pochłaniający wiele czasu, uległ zmianie.
— Matka żony mego pierwszego syna jest żoną Amahasta — powiedział Herilak. Ulfadan skinął potwierdzająco głową, bo o tym wiedział. Wszystkie sammady z dolin w tych górach połączone były różnymi małżeństwami.
— Byłem na miejscu zimowania sammadu Amahasta i było tam pusto.
Ulfadan ponownie przytaknął.
— Poprzedniej wiosny powędrowali na południe, kierując się w dół tej doliny. Zdechła im połowa mastodontów. To była ciężka zima.
— Wiadomo, że wszystkie zimy są teraz ciężkie. Ulfadan chrząknął niechętnie potwierdzając.
— Dotąd nie wrócili.
Herilak zbierał myśli, przypominając sobie szlak wiodący doliną do równin, potem na wschód w stronę morza.
— Ruszyli więc nad morze?
— Obecnie co roku rozbijają obóz nad rzeką przy jej ujściu do morza.
— Ale w tym roku nie wrócili.
Nie było żadnej odpowiedzi poza milczącym potwierdzeniem. Stało się coś, o czym nie wiedzieli. Może sammad znalazł inne zimowisko. Niejeden sammad zniszczyły mrozy i obozowiska stały się puste. Było to możliwe, lecz obaj obawiali się, że stało się coś znacznie gorszego, o czym nie mieli pojęcia.
— Dni są krótkie — powiedział Herilak wstając — a droga długa. Ulfadan wstał również i w geście pożegnania objął ramiona potężnego łowcy.
— Zimą droga do morza jest długa i pusta. Niech strzeże cię na niej Ermanpadar.
Nie było nic do dodania. Herilak owinął się futrami i ponownie skierował włócznię na południe. Dopiero gdy osiągnął równinę, mógł ruszyć szybciej, bo śnieg był tu zmrożony i twardy. Jedynym jego wrogiem była teraz zima, gdyż skuty lodem kraj pozbawiony był życia. Tylko raz w czasie wielu dni wędrówki dojrzał wychudłą, żałosną sylwetkę jelenia, ściganego przez małe stadko głodnych długozębów. Widział, jak ruszyły równiną w jego stronę. Obok był niski pagórek z kępą bezlistnych drzew na szczycie. Herilak stanął przy nich obserwując.
Wynędzniały jeleń słabł, jego poranione boki ociekały krwią. Zachwiał się i zatrzymał po osiągnięciu stoku, zbyt wyczerpany, by biec dalej. Głodne długozęby zbliżały się ze wszystkich stron. Zapach ciepłej krwi powodował, że nie zwracały uwagi na niebezpieczeństwo. Jeden z napastników nadział się na ostre jak noże rogi. Ale przywódca stada skoczył ku zadnim nogom jelenia i przegryzł mu ścięgna. Zwierzę upadło z rykiem i było po wszystkim. Przywódca napastników, wielka, czarna bestia z grubą grzywą włosów na szyi i piersi, cofnął się, jakby zapraszając innych do jedzenia. Mięsa wystarczy dla wszystkich.
Cofający się długoząb poczuł, że jest obserwowany. Podpowiedział mu to niezawodny instynkt dzikiego zwierzęcia. Warcząc spojrzał na wzgórze, gdzie stał Herilak. Ich wzrok spotkał się. Skulone zwierzę ruszyło do góry. Zatrzymało się w połowie stoku, tak blisko, że Herilak widział żółte, wściekłe oczy.
Herilak patrzył nieruchomym wzrokiem. Nie ruszył się, nie wysunął włóczni, w milczeniu nawiązał kontakt z przywódcą napastników. Jeśli pójdą swoją drogą, to i on ruszy swoją. Zaatakowany, będzie zabijał. Długoząb wiedział, co znaczy włócznia. Żółte oczy patrzyły uważnie, zwierzę zrozumiało, bo nagle się odwróciło i zeszło ze wzgórza. Zabrało się do jedzenia, inne zrobiły mu miejsce. Nim jednak zanurzył pysk w świeżym mięsie, obejrzał się raz jeszcze. Pod drzewami nie było już nikogo. Zwierzę-włócznia odeszło. Wilk opuścił łeb i spokojnie zaczął żreć.
Zawieja zatrzymała zawiniętego w futra Herilaka przez całe dwa dni. Przespał większość czasu, starając się nie naruszać topniejącego zapasu żywności. Miał jednak do wyboru: jeść albo zamarznąć. Gdy burza wreszcie minęła, ruszył dalej. Tego samego dnia poszczęściło mu się, natrafił na świeże ślady królika. Wsunął włócznię pod rzemień na plecach i nałożył strzałę na cięciwę łuku. Wieczorem upiekł świeże mięso. Najadł się do syta, a może jeszcze bardziej. Siedział długo. Kiwając się w półśnie przypiekał resztki.
Tu, na południu, leżało mniej śniegu, lecz nocny szron był obfity. Zlodowaciałe trawy nad rzeką trzaskały mu pod nogami. A jednak posłyszał coś nowego. Zwinął dłoń przy uchu i wsłuchiwał się uważnie. Tak, coś szumiało w oddali. Odgłos przyboju, bijących o plażę fal. Morze.
Trawa już nie skrzypiała pod nogami, gdy bezszelestnie poruszał się z wyciągniętą włócznią, rozglądając się dokoła. Był przygotowany na każde niebezpieczeństwu.
To jednak minęło już dawno. Łąka rozciągająca się pod szarym, zimowym niebem pokryta była kośćmi mastodontów. Wiatr, mroźny jak śmierć, przelatywał pod wysokimi sklepieniami ich żeber. Padlinożerne kruki, a po nich wrony dokładnie oczyściły kości. Tuż obok mastodontów znalazł pierwsze szkielety Tanu. Zacisnął mocno zęby, oczy mu się zwężały, gdy odkrywał coraz więcej szkieletów zaścielających brzeg rzeki. To było miejsce masakry, pole śmierci.