Co tu się stało? Martwi, wszyscy martwi, cały sammad. Szkielety dorosłych i dzieci leżały tam, gdzie zginęli, ale kto dokonał tej zbrodni? Jakiż wróg napadł, zabijając wszystkich? Inny sammad? To niemożliwe, bo zabrano by broń i namioty, uprowadzono mastodonty. A te zabito wraz z właścicielami. Namioty pozostały, przeważnie zwinięte i złożone na włókach obok mastodontów. Ten sammad likwidował obóz letni, odchodził, gdy spadła na niego śmierć.
Herilak szukał dalej: pomiędzy szczątkami największego szkieletu błysnął metal. Delikatnie odsunął kości i podniósł czerwony od rdzy nóż z gwiezdnego metalu. Starł rdzę i przyjrzał się dobrze mu znanym wzorom. Włócznia upadła na zamrożoną ziemię, gdy pochwyciwszy nóż w obie ręce, rzucił go w górę i zawył z żalu. Ze łzami w oczach wykrzykiwał głośno swój ból i gniew.
Amahast nie żyje! Mąż jego siostry nie żyje. Zginęły dzieci, kobiety, zginęli doskonali myśliwi. Nie żyją, wszyscy nie żyją! Nie ma już sammadu Amahasta.
Herilak otarł łzy. Z gardła dobył się pomruk wściekłości. Gwałtowny gniew wziął górę nad smutkiem. Musi teraz odnaleźć zabójców. Nisko pochylony chodził tam i z powrotem, jakby jeszcze czegoś szukał. Robił to starannie i dokładnie, jak tylko łowcy potrafią, póki nie przeszkodziła mu noc. Położył się obok szczątków Amahasta i szukał na niebie jego tharmu. Jest tam na pewno jedną z najjaśniejszych gwiazd.
Następnego ranka znalazł, czego szukał. Wyglądało to na jeszcze jeden kawałek oddartej skóry, jeden spośród wielu. Gdy jednak szarpnął zmrożone, czarne skrawki, dostrzegł, że wewnątrz tkwi szkielet. Uważnie, aby nie pomieszać ich jeszcze bardziej, wydobył kości ze skórzanej osłony. Zrozumiał, co znalazł, lecz mimo to pracował dalej, aż odsłoniły się wszystkie kości.
Długa, szczupła istota, o cienkich, nie używanych nogach. Dużo żeber, o wiele za dużo i więcej kości kręgosłupa, niż wydawało się to możliwe. To marag, bez wątpienia. Widział już takie. Ale żadne murgu nie mogłyby żyć tak daleko od gorącego południa.
Południa? Czy miało to znaczenie? Herilak wstał i spojrzał na zachód, skąd przybył. Tam nie ma murgu, to oczywiste.
Powoli odwrócił się ku północy i wyobraził sobie rozciągające się tam bez końca lody i śniegi. Żyli tam Paramutanie, podobni do Tanu, choć mówiący inaczej. Ale było ich bardzo mało, rzadko wypuszczali się na południe, walczyli tylko z zimą, nigdy z Tanu czy między sobą. Na wschodzie był tylko ocean — i nic więcej.
Ale z południa, gorącego południa, mogły przybyć murgu. Mogły przynieść śmierć i powrócić na południe.
Herilak ukląkł na zmarzłym piasku. Przyglądając się szkieletowi maraga, chciał zapamiętać wszystkie szczegóły, by móc narysować na piasku jego podobiznę i nie zapomnieć nigdy ani jednej kości.
Potem wstał i rozdeptał kruche szczątki. Odwrócił się i nie oglądając się ruszył w drogę powrotną.
ROZDZIAŁ XIV
Kerrick me domyślił się, iż uratowanie życia zawdzięczał jedynie swemu wiekowi. Nie znaczyło to, że Vaintè oszczędziła go, bo był taki mały; czuła ogromną odrazę do ustuzou w każdym wieku ci chętnie widziałaby je wszystkie martwe. Ysel była za duża, by w sposób naturalny nauczyć się nowego języka, zwłaszcza tak złożonego jak mowa Yilanè. Marbak był dla niej jedynym znanym językiem i z innymi kobietami zawsze kpiła z łowców z Gór Lodowych odwiedzających ich namioty: mówili tak źle, że ledwo dawało się ich zrozumieć. Było to dla niej oznaką głupoty, bo każdy rozumny Tanu mówił oczywiście marbakiem. Dlatego też nigdy nie pociągało jej uczenie się yilanè, wystarczało, że wkuła na pamięć kilka śmiesznych dźwięków, by ucieszyć nimi maraga i dostać od niego coś do jedzenia. Czasem pamiętała nawet, aby mówiąc poruszać ciałem. Wszystko to było dla niej jedynie głupią zabawą — i nie przypuszczała nigdy, że może stać się przyczyną śmierci.
Kerrick nie myślał o języku jako o oddzielnym zjawisku, chciał tylko zrozumieć i odpowiadać. Był na tyle mały, żeby nauczyć się języka nieświadomie, słuchając i podpatrując. Gdyby nawet przypuszczał, że w języku Yilanè występuje tysiące jednostek pojęciowych, które można łączyć na ponad 125 miliardów sposobów, wzruszyłby tylko ramionami. Liczby te nie miały dla niego znaczenia, zwłaszcza że nie potrafił wyobrazić sobie większej od dwudziestu. Jeśli czegoś się nauczył, to nieświadomie. Teraz jednak, podczas lekcji, Enge zwracała mu uwagę na pojęcia, kazała powtarzać niezdarne ruchy, aż wykonywał je prawidłowo.
Nie mógł zmieniać miejscowo barwy skóry, dlatego uczono go tak zwanej szarej mowy. W gęstej dżungli o świcie czy o zmierzchu, kiedy światło jest bardzo słabe, Yilanè porozumiewały się bez używania barw, tak zmieniając wyrażenia, by były jednoznaczne.
Kerrick każdego ranka wraz z otwarciem drzwi spodziewał się śmierci. Zbyt dobrze pamiętał rzeź sammadu, wszystkiego co żywe — mężczyzn, kobiet, dzieci, nawet mastodontów. On i Ysel zostaną także zbici, wydawało mu się to nieuniknione. Gdy wstrętny marag przynosił rano jedzenie, a nie śmierć, sądził, że została ona odroczona o jeden dzień. Potem przyglądał się w milczeniu, jak głupia Ysel ciągle się myli. Nie pomagał jej ani maragowi, miał w sobie dumę łowcy. Nie odpowiadał na pytania i starał się w milczeniu, jak na łowcę przystało, znosić spadające za to.
Po wielu dniach odkrył, że rozumie, co Enge mówiła do innego maraga, którego najmocniej nienawidził, bo bił go i wiązał. Zachowywanie milczenia stało się odtąd jeszcze ważniejsze, bo skrywało w tajemnicy tę wiedzę; maleńka wygrana po druzgocącej klęsce.
Potem Vaintè zabiła dziewczynę. Nie żałował jej, bo była głupia i należało jej się połączenie z resztą sammadu. Dopiero gdy Vaintè chwyciła jego, mając na pysku świeżą krew zamordowanej, odwaga łowcy opuściła go. Był już tylko zwierzyną. Tak później usprawiedliwiał siebie, usiłując sobie wytłumaczyć, dlaczego uniknął śmierci w tych ostrych, okropnych zębach. Tak naprawdę, był wówczas równie przerażony, niezbyt świadom, co robi i przemówił na tyle dobrze, by ocalić życie.
Kerrick był nadal przeświadczony, że zginie któregoś dnia, gdy murgu będą miały go dosyć. Chciał, by nie nastąpiło to jednak jutro, i po raz pierwszy pozwolił sobie na drobny przebłysk nadziei. Każdego dnia pojmował coraz więcej i coraz więcej i lepiej mówił. Mimo to ani razu nie wypuszczono go z komory. Gdy mu na to pozwolą, ucieknie, chyba że chcą go trzymać w zamknięciu do końca życia. Murgu człapały, a nie chodziły, i na pewno potrafi szybciej od nich biegać. W rym tkwiła jego tajemna nadzieja i ze względu na nią robił wszystko, o co go proszono, licząc na to, że zostanie mu zapomniana krnąbrność.
Każdy dzień zaczynał się tak samo. Stallan otwierała drzwi i wchodziła. Kerrick starannie ukrywał swą nienawiść do tej gwałtownej natury. Choć się już nie wyrywał, łowczyni nadal przewracała go na podłogę, boleśnie przyciskała plecy kolanem, nakładając na nadgarstki i kostki żywe więzi. Potem Stallan przeciągała mu po głowie struno-nożem, usuwając odrastające włosy, a przy rym zwykle zacinając. Enge przychodziła później, z owocami i galaretowatym mięsem, do jedzenia którego w końcu się zmusił. Mięso daje siłę. Kerrick nigdy nie odzywał się do Stallan, chyba że biła go żądając odpowiedzi, które padały bardzo rzadko. Dobrze wiedział, że nie ma co liczyć na współczucie tego wstrętnego, chrapliwego stworzenia.
Ale Enge to coś zupełnie innego. Bystrymi oczyma chłopca zauważył, że Enge zachowywała się nie tak jak inne murgu. Choćby to, że wyraziła żal i ból po zabójstwie dziewczyny w przeciwieństwie do Stallan, która je pochwalała. Enge bardzo rzadko przychodziła ze Stallan. Kerrick mówił coraz lepiej i gdy upewnił się, że potrafi powiedzieć to, co chce, zaczął codziennie niecierpliwie oczekiwać na otwarcie drzwi. Gdy wchodziła Stallan, zapominał o wszystkim aż do następnego ranka.