Выбрать главу

Dopiero po wielu latach Kerrick dowie się, że sakwę wykonano z zachowanej i dobrze wyprawionej skóry Ysel, dziewczyny, którą zamordowano na jego oczach.

ROZDZIAŁ XV

— Długo myślałam o twojej pozycji — powiedziała Enge. — Doszłam do wniosku, że jesteś najniższy z niskich.

— Jestem najniższy z niskich — przytaknął Kerrick, starając się skupić na jej słowach, by nie myśleć o pełznącym mu po głowie wilgotnym unutakhu. Oczyszczał mu skórę z włosów dopiero trzeci dzień i chłopca nadal to denerwowało. Niecierpliwie czekał końca, gdy będzie już mógł zmyć lepkie ślady. Nabierał coraz większego szacunku do stworzonka. Gdy zdejmował je poprzedniego ranka, przyczepiło mu się do palca i zjadło przeszło połowę paznokcia. Teraz odpełzło na tył głowy i Kerrick mógł wierzchem dłoni wytrzeć pozbawione brwi i rzęs oczy.

— Czy słuchasz mnie uważnie? — spytała Enge.

— Tak. Jestem najniższy z niskich.

— Nie mów w ten sposób. Nie nauczyłeś się jeszcze mówić prawidłowo. A przecież musisz. Powiedz to tak: Najniższy z niskich.

Kerrick zapamiętał jej pochyloną postać, podkulony ogon i spróbował to powtórzyć najlepiej jak umiał.

— Teraz lepiej. Musisz ćwiczyć. Bo niedługo staniesz przed najwyższymi tutaj, a one nie zniosą obrażania mowy.

— Skąd wiesz, że jestem najniższy z niskich? — spytał Kerrick, jak gdyby nie wiedział, o co chodzi. W istocie rozmowa zaczęła go nudzić, choć była niepokojąca.

— Vaintè jest eistaą i rządzi w Alpèasaku. Jest najwyższa. Pod nią, ale bardzo wysoko nad tobą i nade mną, są Stallan, Vanalpè i inne kierujące miastem. Choć teraz mówisz lepiej od wielu fargi, to i tak stoisz od nich niżej, bo one są Yilanè, a ty jesteś ustuzou, zwierzęciem umiejącym mówić, lecz mimo to zwierzęciem.

Kerricka nic nie obchodziła struktura społeczna Yilanè i powiązania miedzy ich pozycją a przywilejami. Zaciekawiło go tylko słowo, którego dotąd nie słyszał.

— Kim są fargi?

— To, no, po prostu fargi. — Enge uświadomiła sobie, że niczego nie wyjaśniła. Długo siedziała nieruchomo, szukając definicji. Trudno ją było sformułować, jak w każdym oczywistym przypadku, nad którym nikt się nie zastanawia. — To tak, jakby spytać: Czym jest słońce? Jest słońcem. Definiowane pojęcie jest sobą samym. — Wiedziała, że fizyczki mogłyby jej podać wiele faktów dotyczących słońca, znacznie więcej, niż jest to potrzebne. Skoro jednak ma tak wykształcić ustuzou, by pokazało się publicznie, to musi ono poznać wszystkie znane innym pojęcia. Oczywiście między innymi i to, czym są fargi. By to wyjaśnić, musiała zacząć od początku.

— Po opuszczeniu plaż narodzin młode zanurzają się w oceanie. Żyją w nim wiele lat, rosnąc i dojrzewając. To szczęśliwy okres, bo ryby łapie się łatwo i prawie nic nie zagraża. Wszyscy wchodzący do oceanu tworzą jedno efenburu. Są dla siebie efenselè, wiąże to ich do końca życia. Gdy osiągną dojrzałość, wychodzą z oceanu, by żyć na lądzie. Samce są odłączane i odprowadzane do miasta. Są za głupie, by samodzielnie zdobywać pożywienie. To trudny okres, bo każda fargi musi sama zacząć sobie radzić. Żywności jest mnóstwo, ale czyhają niebezpieczeństwa. Miasto zapewnia przeżycie i młode udają się tam, zdobywają doświadczenie i uczą się mówić, tworząc najniższy poziom miasta. To są fargi. Ty jesteś od nich niższy.

— To rozumiem, tylko nie zrozumiałem słów o samcach. Czy fargi to samice?

— Oczywiście.

— Ale ty jesteś samcem.

— Nie obrażaj mnie. Nigdy nie widziałeś samca, bo przebywają zamknięte w hanalè.

Kerricka zaskoczyły te słowa. Samice — wszystkie murgu to samice! Nawet ta paskudna Stallan. Rzeczywiście, u tych murgu nic nie trzyma się kupy. Wszyscy Tanu umieją mówić, nawet dzieci. Te murgu muszą być głupie.

— Cóż dzieje się z tymi, które nie nauczą się mówić? — spytał.

— To nie twoja sprawa. Zapamiętaj tylko, że stoisz niżej od najniższej fargi, nawet od yileibe, czyli mówiącej z najwyższym trudem.

— Jestem najniższym z niskich — zgodził się Kerrick tłumiąc ziewanie.

Chwilę późzniej lekcję przerwało odryglowanie drzwi. Kerrick przybrał kamienną twarz, by ukryć wstręt, jaki odczuwał, gdy wchodziła Stallan. Teraz przyniosła zamknięte naczynie.

— Nadeszła pora — powiedziała Stallan. — Vaintè chce, by przyprowadzić ustuzou. Przyniosłam to, by je spętać.

Kerrick nie protestował, gdy Stallan zdjęła unutakha. Potem wyszorowała chłopca od stóp do głów wodą. Nie spodobała jej się więź ściskająca mu nadgarstki i zastąpiła ją nową. Następnie wyjęła z naczynia coś długiego i ciemnego, co trzymane za jeden koniec skręcało się powoli.

— Nie chcemy żadnych kłopotów z tym ustuzou — powiedziała Stallan, przewracając Kerricka i owijając mu szyję wyjętym stworzeniem, które zacisnęło pysk na własnym ciele, tworząc ciasną pętlę. Łowczyni trzymała je mocno za ogon.

— Każ mu iść za tobą — powiedziała do Enge, nadal uznając, że Kerrick to nic innego jak tylko wytresowane zwierzę. Odczuwali do siebie jednakową nienawiść.

Kerrick nie przejął się rym: po raz pierwszy od schwytania zobaczy, co znajduje się za drzwiami. Mgliste wspomnienia bólu, zatarty obraz lasu i drzew były wszystkim, co pozostało mu w pamięci z drogi do komory. Teraz był czujny. Starał się udawać pokornego i posłusznego. Enge szeroko otworzyła drzwi. Ruszył za nią, z rękoma związanymi na plecach. Stallan szła z tyłu, mocno trzymając smycz.

Widział przed sobą słabo oświetlony, zielony tunel. Podłoga była drewniana jak w komorze, lecz ściany miały inną konstrukcję. Składały się na nie różne rośliny, cienkie i grube pnie drzew, pnącza, kwitnące krzewy oraz wiele dziwnych, nieznanych mu organizmów. Zachodzące na siebie liście tworzyły pułap. W bocznych korytarzach dostrzegał poruszające się postacie, potem wyszli na oświetloną słońcem przestrzeń. Po długim uwięzieniu mrużył oczy od nagłego blasku. Światło sprawiało ból, lecz mimo to uważnie rozglądał się załzawionymi oczyma.

Czy to wszystko wkoło to Alpèasak? Gdy Enge opowiadała mu o mieście, wyobrażał je sobie jako olbrzymie obozowisko z niezliczonymi namiotami rozciągającymi się jak okiem sięgnąć. Powinien był się domyśleć, że murgu nie mają pojęcia o prawdziwym obozie. Chociaż ta gmatwanina korytarzy i drzew była imponująca. A wszędzie, gdzie spojrzał, dostrzegał murgu. Miał wrażenie, że go osaczają. Przechodziły go ciarki, gdy tłoczyły się wokół niego, przepychały, by zobaczyć ustuzou, dotknąć je. Były głupie, wiele potrafiło ledwo mówić. To muszą być te fargi, o których słyszał.

Korytarz zakończył się nagle otwartą przestrzenią, znacznie większą od mijanych uprzednio. Oczy Kerricka przywykły już do światła, dostrzegał wokół grupki Yilanè. Stallan krzyknęła ostro i fargi rozsunęły się, umożliwiając im przejście. Szli po twardo ubitej ziemi ku ścianie, pod którą czekała mała grupka. Dwie spośród stojących miały bardzo wysoką pozycję, bo nawet z daleka widać było, z jakim szacunkiem zachowują się ich towarzyszki.

Kerrick rozpoznał Vaintè, tej nigdy nie zapomni. Obok eistai przycupnęła bardzo gruba Yilanè o mocno naprężonej skórze, która robiła wrażenie, jakby miała pęknąć. Vaintè zatrzymała ich gestem i zwróciła się do stojącej obok grubaski.

— Widzisz tu, Zhekak, jedno z ustuzou, które popełniły znaną ci zbrodnię.