— Przyprowadź je bliżej — nakazała Zhekak cienkim głosem, tłuszcz utrudniał ruchy jej kończyn. — Nie wygląda na zbyt groźne.
— Jest jeszcze młode. Dorosłe są gigantyczne.
— To ciekawe. Pokażcie mi jego uzębienie.
Gdy Kerrick zastanawiał się nad znaczeniem nowego wyrażenia, Stallan złapała go z tyłu za głowę i rozwarła mu usta. Przyciągnęła go bliżej, by Zhekak mogła zajrzeć mu w zęby. Była zdziwiona tym, co ujrzała.
— Bardzo podobne do zachowanych okazów, Vanalpè. Jest tu wiele do zbadania, bardzo interesujące. Widzę już dzień, gdy Alpèasak górować będzie nad innymi miastami wiedzą o ustuzou i ich wykorzystywaniu.
Vaintè cała promieniała zadowoleniem.
— Jest jeszcze coś, co powinnaś wiedzieć. Ono mówi.
Zhekak cofnęła się, wyrażając niewiarę, zdziwienie, nieprawdopodobieństwo i szacunek, a jej potężne ciało wiło się, gdy próbowała powiedzieć to wszystko naraz.
— Zademonstruj — nakazała Vaintè.
Stallan przyciągnęła Kerricka do siebie, a Enge stanęła z bolcu, by mógł ją widzieć.
— Powiedz swe imię stojącym przed tobą i mającym wysokie pozycje.
— Jestem Kerrick, najniższy z niskich. Zhekak była szczodra w pochwałach.
— Wspaniała tresura. Nigdy dotąd nie widziałam zwierzęcia, które umiałoby powiedzieć swe imię.
— Ono umie więcej — słowa Enge były pełne szacunku dla Zhekak. — Potrafi mówić tak, jakby było Yilanè. Możesz z nim porozmawiać, jeśli zechcesz.
Zhekak spojrzała z ogromnym niedowierzaniem. Pochyliła się i powiedziała bardzo wolno i bardzo wyraźnie:
— Trudno mi w to uwierzyć. Chyba nie umiesz mówić.
— Umiem. Potrafię mówić bardzo szybko i bardzo wyraźnie.
— Wytresowano cię, byś to powiedziało.
— Nie. Uczyłem się tak jak fargi.
— W oceanie?
— Nie, nie umiem pływać. Uczyłem się mówić, słuchając Enge.
— To bardzo dobrze. — Zhekak powiedziała to z pogardliwą obojętnością, zrozumiałą dla Enge. Słowa uznania dla tej, która sprawiła tyle kłopotów w dalekim, ukochanym Inegban*? Tylko takie tępe zwierzę jak to może mówić dobrze o Córze Śmierci. Odwróciła się ku Vaintè.
— Tobie należą się gratulacje, zrobiłaś coś z niczego, miasto z dżungli, mówiące ustuzou, nauczycielkę ze skazanej. Przyszłość Alpèasaku na pewno zawsze będzie pełna sukcesów.
Vaintè odesłała gestem Enge i Kerricka, po czym powiedziała do Zhekak:
— Na zawsze zapamiętam te słowa. Nowy świat to nowe sprawy. Staramy się robić, co tylko możemy. A teraz — czy posilisz się? Mamy tu nowe potrawy, jakich nigdy nie próbowałaś.
Zhekak kłapnęła ustami, wyrażając ochotę.
— Opowiadano mi o nich, chciałabym się sama o tym przekonać.
„Gruby maragu, jedz i pęknij” — pomyślał Kerrick, lecz nie zdradził się nawet najmniejszym gestem.
Stallan szarpnęła za smycz i pociągnęła Kerricka. Kerrick zachwiał się, o mało nie upadł, lecz nie zaprotestował. Opuścili wielką, otwartą przestrzeń i wrócili do zielonych tuneli miasta. Enge skręciła w inny tunel i Kerrick rozejrzał się uważnie. W pobliżu nie było nikogo, mało kto w oddali przechodził. Kerrick krzyknł głosem pełnym bólu:
— Pomóż mi. Jak boli! To na szyi… Duszę się.
Stallan odwróciła się i uderzyła Kerricka w bok głowy za to, że jej przeszkadza. Wiedziała jednak, że trzeba to zwierzę utrzymać przy życiu. Smycz należy poluzować. Wypuściła ją z ręki i sięgnęła ku głowie zwierzęcia.
Kerrick skręcił i pobiegł, słysząc za sobą wściekły ryk.
Biegnij, chłopcze, biegnij, najszybciej jak umiesz, szybciej niż murgu. Przed nim stary dwie nic nie rozumiejące fargi.
— Na bok! — rozkazał — i usłuchały.
Głupie, jakie głupie stworzenia. Smycz waliła go po ramieniu, uniósł więc ręce, i przytrzymał ją, by mu nie przeszkadzała. Dobiegł do otwartego miejsca, obejrzał się przez ramię i zobaczył, że Stallan została daleko z tyłu. Miał rację, te stworzenia nie umiały szybko biegać.
Zwolnił trochę, biegł swobodniej i spokojniej. Mógł tak biec cały dzień. Oddychał głęboko, walił stopami o podłogę w ucieczce przed śmiercią.
Nie można go było zatrzymać. Gdy widział przed sobą grupę murgu, skręcał. Fargi usuwały się na każde polecenie. Jakiś marag nie cofnął się, spróbował go schwycić, ale wywinął mu się przed jego niezdarnymi ruchami i pobiegł dalej. Gdy został wreszcie sam w ocienionym listowiem korytarzu, stanął, by zaczerpnąć tchu — i zastanowić się.
Ciągle był w mieście. Słońce przedzierało się przez liście. Późne popołudnie, morze jest za nim, ląd przed nim, tam gdzie zachodzi słońce. Tam musi iść.
Miasto przechodziło niepostrzeżenie w pole. Zwolnił, by odpocząć, zrywał się do biegu tylko wtedy, gdy go zauważono. Pierwszą przeszkodą, którą musiał pokonać, był gruby płot najeżony długimi cierniami. Zabiło mu serce. Gdyby go tu dogoniono, znalazłby się w potrzasku. Biegł szybko wzdłuż żywopłotu, szukając w nim przejścia. Spostrzegły go dwa murgu i coś wołały. Tak, to tam, gdzie grube pnącza przeplatały się w otworze. Musiały się jakoś rozsuwać, nie zastanawiał się jednak nad tym, upadł na płask i prześliznął się pod najniższą łodygą. Spojrzało nań stadko małych saren, które panicznie uciekły w wysoką trawę. Pobiegł za nimi, aż skręciły nagle przed następnym płotem. Teraz, gdy wiedział czego szukać, łatwo dojrzał zasłonięty pnączami otwór. Gdy padał, by się pod nimi przeczołgać, obejrzał się i zobaczył grupę murgu na drugim końcu pola. Dopiero zaczynały otwierać bramę, pod którą się przecisnął. Nigdy go nie złapią! Wreszcie znalazł się na ostatnim polu. Musiało być ostatnie, bo tuż za nim widział wysoką, zieloną ścianę dżungli. Mijał już jej małe skrawki, ale otoczone przez płoty i pola. Dżungla za tym płotem ciągnęła się bez końca, ciemna i przerażająca. Ale każde z niebezpieczeństw, jakie mogła kryć, wydawało się niegroźne w porównaniu z tymi, które pozostawiał za sobą w mieście. Prześliznął się pod pnączami na pole i wstając zobaczył przyglądające mu się ogromne zwierzęta.
Ogarnął go lęk. Trząsł się tak bardzo, że nie mógł zrobić kroku. Były wielkie, większe od mamutów. Murgu jak z najczarniejszego koszmaru. Szare, pomarszczone, o wielkich jak pnie łapach, wznoszących się niebotycznie, olbrzymich kościstych tarczach, skierowanych prosto w niego rogach na nosach. Serce Kerricka biło tak mocno, iż bał się, że wyskoczy mu z piersi.
Dopiero po chwili spostrzegł, że nie zbliżają się do niego. Małe oczka wśród pomarszczonej skóry patrzyły w dół i ledwo go widziały. Ciężkie łby opuściły się i ostre szczęki zaczęły szarpać trawę. Krok po kroku obszedł je dookoła, w kierunku częściowo wyrosłego płotu, mającego wielkie przerwy, za którymi widniała mroczna dżungla.
Wolność! Uciekł! Odgarnął kilka zwisających pnączy i stanął na bagnistym podłożu dżungli. Znów odgarnął na bok uparte pnącza, potem jeszcze raz.
Odkrył, że czepiają się jego rąk, powoli zaciskają się wokół niego. To nie były pnącza, lecz żywe potrzaski. Darł je, próbował gryźć, lecz bez skutku. Był blisko, tak blisko. Gdy odwrócił się w chłodnym uścisku, zobaczył zbliżające się polem ku niemu murgu. Tak blisko.
Spojrzał znów na dżunglę, wisząc bezwładnie. Już nie walczył, szarpnął się tylko słabo. Usłyszał cichy ruch, gdy ręce o dwóch kciukiach złapały go brutalnie. Patrzył na drzewa i wolność.
Liście nad nim rozchyliły się na chwilę i dostrzegł brodatą twarz. Zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Potem zawleczono go znów w niewolę.