ROZDZIAŁ XVI
Zatopiona w myślach Vaintè siedziała odprężona i nieruchoma, oparta wygodnie o swe drzewo wypoczynkowe. Otaczające ją pomocnice rozmawiały cicho. Za nimi cisnęły się zawsze obecne fargi. Vaintè tkwiła w oazie spokoju, nikt nie odważyłby się zakłócić bezruchu eistai. Jej myśli były siłą napędową miasta.
Tym razem jej umysł zaprzątała jedynie zapiekła nienawiść. Ukrywała ją w całkowitym bezruchu. W odrętwieniu, kątem prawego oka wolno śledziła oddalające się postaci. Vanalpè, jej niezastąpiona pomocnica w rozbudowie miasta, uczona Zhekak, która może wkrótce okazać się równie ważna, a z nimi Alakensi, groźna, ciążąca niczym kamień zwisający u szyi. Malsas‹ zaplanowała to dobrze, z subtelną złośliwością. Teraz, gdy wykonano już najważniejsze prace wstępne, Alakensi ma dopilnować, by Malsas‹ wyciągnęła z nich korzyści, obserwować i zapamiętywać, a potem, po przybyciu Malsas‹, przekazać jej przywództwo. Dlatego poszła z obiema uczonymi, nadskakując Zhekak i słuchając uważnie, o czym rozmawiają obie Yilanè.
Gdy zniknęły z pola widzenia, Vaintè zobaczyła Enge, która nadeszła cicho i stała schylona w geście pełnym pokory.
— Zostaw mnie — powiedziała oschle Vaintè. — Z nikim nie rozmawiam.
— To bardzo ważna sprawa. Błagam o wysłuchanie.
— Idź.
— Musisz to usłyszeć. Stallan bije ustuzou. Obawiam się, że je zabije. Vaintè zażądała natychmiastowych wyjaśnień.
— Stworzenie próbowało uciec, lecz zostało schwytane. Stallan strasznie je bije.
— Nie pozwalam! Każ jej przestać. Czekaj — zrobię to sama. Chcę usłyszeć coś więcej o ucieczce. Jak to się stało?
— Wie tylko Stallan. Nikomu nic nie powiedziała.
— Mnie powie — oświadczyła Vaintè gestem podkreślającym swą władzę.
Gdy doszły do celi, zobaczyły otwarte drzwi, a odgłos ciosów i jęki słychać było już na korytarzu.
— Przestań! — rozkazała Vaintè, gdy tylko stanęła w drzwiach. Powiedziała to takim głosem, że Stallan zamarła z uniesioną ręka, w której tkwiła spryskana krwią smycz.
U jej stóp leżał nieprzytomny Kerrick, którego plecy rozorane były do krwi.
— Zajmij się stworzeniem! — nakazała Vaintè i Enge skoczyła ku niemu.
— A ty odłóż smycz i mów, co się stało!
W jej słowach czaiła się niechybna śmierć. Nawet nieustraszoną Stallan przeszedł dreszcz. Smycz wypadła jej z ręki; zmusiła się do odpowiedzi. Wiedziała, że wystarczy jeszcze kilka słów rozwścieczonej Vaintè i będzie zgubiona.
— Stworzenie uciekło mi, pobiegło. Bardzo szybko. Nikt nie mógł go dogonić. Biegłyśmy tuż za nim na pola, wciąż jednak nie dość blisko. Uciekłoby, gdyby nie jeden z potrzasków umieszczonych wokół pól dla powstrzymania nocnych napaści ustuzou.
— Tak niewiele brakowało. — Vaintè przyglądała się drobnej postaci chłopca. — Te dzikie zwierzęta są zdolne do rzeczy, o których nic nie wiemy. — Gniew jej już przechodził i Stallan poczuła ulgę. — Ale w jaki sposób uciekło?
— Nie wiem, Eistao. Czy też raczej wiem, co się zdarzyło, lecz nie potrafię tego wytłumaczyć.
— Spróbuj.
— Szło obok mnie, słuchając poleceń. W pewnym momencie zatrzymało się i uniosło ręce do pętli tej smyczy, charcząc i mówiąc, że się dusi. Mogło tak być. Sięgnęłam do pętli, lecz zanim jej dotknęłam, ustuzou uciekło. I nie charczało.
— Ale powiedziało ci, że się dusi?
— Powiedziało.
Vaintè zastanowiła się głęboko nad słowami łowczyni.
— Nie trzymałaś smyczy?
— Puściłam ją, gdy sięgałam do pętli. Zwierzę charczało, nie mogło uciec.
— Oczywiście. Zrobiłaś jak należy. Ale ono nie charczało. Jesteś tego pewna?
— Całkowicie. Biegło długo i oddychało swobodnie. Po schwytaniu go najpierw sprawdziłam pętlę. Była dokładnie tak samo zaciśnięta, jak wtedy gdy ją zakładałam.
— To niewytłumaczalne — powiedziała Vaintè, przyglądając się nieprzytomnemu ustuzou. Klęczała nad nim Enge, ścierając krew z pleców i piersi. Miało bezbarwne, podrapane powieki i zakrwawioną twarz. Aż dziw, że przeżyło „troskę” Stallan. Pętla nie dławiła go, to pewne. Powiedziało jednak, że się dławi. Wydawało się to nieprawdopodobne, ale tak było.
Vaintè zesztywniała. Znieruchomiała na myśl, niewiarygodną myśl, która nigdy by nie przyszła do głowy prostej łowczyni. Powstrzymała tę myśl, ukryła ją, polecając Stallan brutalnie i sucho:
— Wyjdź natychmiast!
Stallan poczuła ulgę, zrozumiawszy, że chwilowo uratowała życie. Udało jej się zapomnieć o tym, co się zdarzyło.
Inaczej Vaintè. Enge była nadal odwrócona plecami, tak iż nie mogła zrozumieć, co dzieje się w głowie eistai. Ta mogła dzięki temu dokładnie rozważyć całą sytuację.
Wydawało się to po prostu niemożliwe. A jednak się zdarzyło. Jedną z pierwszych rzeczy, jakiej się nauczyła z wiedzy o myśli, była pewność, że każde wyjaśnienie musi być prawdziwe.
Ustuzou powiedziało, że pętla je dłwi, lecz pętla go nie dławiła.
Fakt nie był faktem.
Ustuzou powiedziało o fakcie, który się nie zdarzył.
W języku Yilanè brakowało na to słowa czy wyrażenia, tak iż musiała je stworzyć. Ustuzou skłamało.
Żadna Yilanè nie potrafi kłaniać. Nie ujawniać myśli mogły tylko w bezruchu lub zatrzymując pracę mózgu. Oznajmienie było myślą, a myśl była oznajmieniem. Mówienie było równoznaczne z myśleniem.
Ale nie u ustuzou.
Mogło myśleć jedno, a mówić drugie. Mogło wydawać się spokojne i pokorne, potem powiedzieć, że się dławi — podczas gdy cały czas myślało tylko o ucieczce. Mogło kłamać.
To stworzenie musi być utrzymane przy życiu, hołubione, strzeżone i pilnowane, by nie uciekło. Co do przyszłości — Vaintè nie była pewna szczegółów. Wiedziała jednak na pewno, że jej przyszłość zależy od ustuzou. Wykorzysta je i jego zdolność do kłamania. Użyje do zdobycia pozycji, do zaspokojenia ambicji.
Teraz jednak musi przestać myśleć o tym nieprawdopodobnym talencie. Musi to zachować dla siebie. Musi zakazać wszelkich rozważań o przyczynie ucieczki.
Czy Stallan ma umrzeć? Zastanawiała się nad tym przez chwilę, po czym zrezygnowała. Łowczyni była zbyt cenna. Stallan usłucha nakazu milczenia, usłucha go chętnie, gdyż wie jak blisko śmierci się znalazła, budząc gniew Vaintè. Uspokoiwszy się, Vaintè zwróciła się do Enge.
— Czy stworzenie jest ciężko ranne?
— Trudno powiedzieć. Jest podrapane i pocięte, ale może to wszystko.
— Patrz, poruszyło się, otwiera oczy.
Kerrick widział jak przez mgłę dwa stojące murgu. Nie udało mu się uciec, był pokaleczony i pokonany. Spróbuje następnym razem.
— Powiedz, co czujesz — rozkazała Vaintè. Ze zdziwieniem spostrzegł w jej słowach troskę.
— Boli mnie. Wszędzie. — Poruszył rękoma i nogami. — To wszystko. Boli mnie wszędzie.
— Bo próbowałeś uciec — powiedziała Vaintè. — Spróbowałeś, gdy Stallan puściła smycz. W przyszłości będzie to niemożliwe.
Kerrick był zbyt zmęczony i zmartwiony, by zastanowić się nad przemilczeniem w słowach Vaintè. Musiała wiedzieć, co powiedział Stallan, by skłonić ją do puszczenia smyczy. Enge tego nie zauważyła, ale on zrozumiał. Dostrzegł to, choć po chwili zapomniał. Był zbyt obolały.
Jedna z uczennic Vanalpè opatrzyła mu rany, a potem przez wiele dni leczenia pozostawał zupełnie sam. Uczennica przynosiła mu rano jedzenie i sprawdzała, jak postępuje gojenie. Skończyły się lekcje mówienia — nie musiał też znosić obecności straszliwej Stallan. Zdjęto mu więzy, lecz drzwi były zawsze mocno zaryglowane.