Coś w głosie Herilaka zmusiło ich do milczenia. Uspokoił się nawet Ortnar. Ostatnie blaski zachodzącego słońca pokrywały twarz Herilaka krwistą czerwienią, krwistą maską, podkreślając jeszcze wyraźniej gniew, który kurczył mu wargi, odsłaniając zęby. Zaciskał tak mocno szczęki, że słowa ulegały zniekształceniu.
— Znalazłem zabójców. Tamte ścieżki zrobiły murgu z gatunku, którego nigdy dotąd nie widziałem. Mają tam swe gniazdo, w którym roją się jak mrówki w mrowisku. Nie są to jednak mrówki ani Tanu, choć chodzą wyprostowane jak Tanu. Nie należą do żadnych znanych nam zwierząt, ale są nowym rodzajem murgu. Pływają po wodzie na grzbietach zwierząt jak na łodziach, a ich gniazdo chronione jest ścianą cierni. I wszystkie mają broń.
— Co też mówisz? — w głosie Ortnara brzmiało przerażenie, bo Herilak ożywił jego koszmary. — Że są murgu chodzące jak Tanu? Mające włócznie, łuki i zabijające jak Tanu? Musimy odpłynąć zaraz, szybko, nim nas znajdą.
— Cicho! — nakazał ponuro Herilak. — Jesteś łowcą, a nie babą. Jeśli okażesz strach zwierzętom, na które polujesz, to dowiedzą się o tym, będą się z ciebie wyśmiewały i żadna twoja strzała w nie nie trafi.
Nawet Ortnar wiedział, że to prawda, i zagryzł mocno usta, by nic się z nich nie wymknęło. Jeśli rozmawia się o sarnach, choćby będących bardzo daleko, to usłyszą i uciekną. Jeszcze gorzej, gdy łowca się boi. Dowiedzą się o tym wszystkie zwierzęta i jego kamienne groty nigdy nie uderzą celnie. Ortnar poczuł, że pozostali odsuwają się od niego. Wiedział, że odezwał się tchórzliwie, bez namysłu. Schronił się w milczenie.
— Te murgu przypominają Tanu, lecz nimi nie są. Obserwowałem je z ukrycia przez cały dzień i widziałem, jak robiły wiele rzeczy, których celu nie rozumiem. Dostrzegłem jednak jakąś broń, choć nie jest to ani włócznia, ani łuk. Wygląda jak kij. Marag podniósł go, rozległ się huk i sarna padła trupem. — Mówił to jakby czekał na zaproszenie, lecz nikt się nie odezwał. — Oto co widziałem, choć nie umiem tego wyjaśnić. Ten kij nie kij jest bronią i jest tam wiele murgu, wiele kijów. To one wybiły sammad Amahasta.
Tellges przerwał długotrwałe milczenie. Wierzył słowom Herilaka, ale też nie wszystko rozumiał.
— Te murgu zabijają głośnymi kijami. Skąd możesz mieć pewność, że to one wymordowały sammad?
— Jestem pewien — głos Herilaka znowu sposępniał. — Mogę mieć pewność, bo znają Tanu. Mogę mieć pewność, bo widziałem, jak złapały chłopca Tanu. Wiedzą o nas. Ale teraz i my wiemy o nich.
— Co zrobimy, Herilaku? — spytał Serdak.
— Wrócimy do sammadu, bo jest nas tylko pięciu przeciwko tylu murgu, że nie można ich policzyć. Nie wrócimy jednak z pustymi rękoma. Musimy ostrzec Tanu przed tym niebezpieczeństwem, pokazać im je.
— A jak tego dokonamy? — spytał Ortnar głosem ciągle drżącym ze strachu.
— Zastanowię się przed zaśnięciem i powiem wam rano. Teraz śpijmy wszyscy, bo jutro czeka nas wiele trudu.
Herilak nie powiedział całej prawdy. Już postanowił, co trzeba zrobić, chciał jednak, by spali spokojnie, nie martwiąc się przedwcześnie. Zwłaszcza Ortnar. Należał do najlepszych łowców, lecz zbyt często myślami wybiegał naprzód. Czasem lepiej nie myśleć, lecz po prostu działać.
Obudzili się o świcie i Herilak kazał im zapakować wszystko do łodzi, by była gotowa do odpłynięcia.
— Gdy wrócimy — powiedział — będziemy musieli natychmiast wyruszyć. Może będziemy ścigani. — Uśmiechnął się na widok nagłego lęku na ich twarzach. — Ale może do tego nie dojdzie, jeśli zachowamy się jak łowcy. Oto co trzeba zrobić. Musimy odnaleźć małą grupkę murgu oddaloną od innych. Wczoraj widziałem takie stadko. Coś tam robiły. Znajdziemy je, a potem, niewidoczni, upolujemy. Wszystkie bezszelestnie. Gdy zostanie ranny mój brat, wówczas przeleję krew. Gdy mój brat zostanie zabity, odpłacę śmiercią. Teraz ruszamy.
Herilak przyglądał się posępnym, milczącym twarzom, widział, jak ważą jego słowa. Proponował im coś nowego i niebezpiecznego. Upolują i zabiją murgu, które napadły i wymordowały cały sammad Amahasta. Wyrżnęły kobiety i dzieci, mastodonty, wszystko. Gdy o tym myśleli, rósł w nich gniew. Byli gotowi. Herilak kiwnął głową, wziął broń, podobnie jak pozostali, i ruszyli do dżungli.
Panował tam mrok, bo gęste liście zasłaniały słońce, ścieżka była jednak dobrze wydeptana i łatwa do odszukania. Szli w milczeniu, słychać było tylko nawołujące się nad nimi, w sklepieniu dżungli, jaskrawe ptaki. Kilka razy przystawali z wyciągniętymi włóczniami, gdy coś ciężkiego i niewidocznego tratowało w pobliżu poszycie.
Ścieżka wiła się między piaszczystymi pagórkami, porośniętymi ogromnymi sosnami. Poranna bryza przynosiła świeży zapach. Herilak nagle podniósł rękę, zastygli w milczeniu. Sammadar podniósł głowę, wąchając powietrze, potem nasłuchiwał, kręcąc głową. Wszystkich doszedł już odgłos potrzaskiwania jakby palących się gałązek lub uderzających o kamienisty brzeg fal. Przekradali się ku niemu, aż do miejsca, gdzie drzewa rozstępowały się, otaczając porosłe trawą polany tętniące życiem.
W oddali widniało wielkie stado murgu. Czworonożne, krągłe, każde było dwa razy większe od człowieka. Tocząc małymi oczkami, skubały trawę i zjadały szyszki. Jeden stanął dęba, by dosięgnąć gałęzi pyskiem przypominającym dziób kaczki. Przednie łapy miał małe, z ostrymi pazurami, tylne nogi długie, o pazurach jeszcze ostrzejszych. Herilak nakazał gestem odwrót; będą musieli okrążyć stado. Nim ruszyli, w dżungli rozległ się ryk i spomiędzy drzew wynurzył się wielki marag. Rzucił się na jedną z pasących się bestii. Pokryty był kostnymi płytkami i łuskami, białe sztylety zębów ociekały mu teraz krwią. Jego przednie łapy były drobne i bezużyteczne, lecz pazurami ogromnych nóg tylnych pobawił swą ofiarę życia. Reszta stada uciekła skrzecząc; łowcy ruszyli ich śladem, nim marag w ogóle ich zauważył.
Ścieżka wiodła spod drzew na niski, porośnięty krzakami teren. Ziemia stała się rozmiękła, spod stóp tryskała im woda. Po wynurzeniu się spod osłony puszczy słońce paliło im plecy, wilgotny żar zatykał dech. Ociekali potem i dyszeli ciężko, gdy Herilak kazał im się zatrzymać.
— Widzicie tam, z przodu? — Mówił tak cicho, że ledwo rozumieli jego słowa. — Tę otwartą wodę? To tam je widziałem. Idziemy cicho, nie pokazujemy się.
Poruszali się jak cienie. Nie zachrzęściło ani jedno źdźbło trawy, nie poruszył się ani jeden liść. Po kolei docierali na skraj wody, tam zalegli obserwując, sami niewidoczni. Jeden z łowców cicho wciągnął powietrze. Herilak spojrzał na niego groźnie.
Sammadar uprzedził ich, co zobaczą. Czym innym było jednak bezpośrednie zetknięcie się z rzeczywistością. Patrzyli z przerażeniem, jak cicho płynęły ku nim dwie ciemne postaci. Pierwsza zbliżyła się i minęła ukrytych łowców.
Łódź nie łódź — bo poruszała się bez wioseł. Na przedzie ozdabiała ją wielka muszla. Nie, nie ozdabiała, muszla tam rosła, była częścią żywego stworzenia będącego łodzią. Na swym grzbiecie niosła murgu. Mogły to być tylko te, o których mówił Herilak. Ale rzeczywistość przerosła opowiadanie. Stały wyprostowane jak zniekształceni Tanu. Opierały się na grubych ogonach. Niektóre trzymały dziwne przedmioty, inne zaś długie, ciemne kije, musiała to być broń, o której mówił Herilak. Łowcy w milczeniu obserwowali przepływające stworzenia, odległe zaledwie o krótki lot strzały. Jedno z nich wydawało zgrzytliwe, warczące dźwięki. Wszystko w tej scenie było obce i odpychające.