Выбрать главу

— Mów — rozkazała Vaintè, gdy Stallan podeszła.

— Zespół mierniczy, Sòkain i jej pomocnice, nie wrócił jeszcze, a już prawie zmierzch.

— Czy kiedyś już się tak spóźniły?

— Nie. Wydałam dokładne rozkazy. Jest z nimi oddział uzbrojonych strażniczek, które sprowadzały je codziennie o tej porze.

— Czyli po raz pierwszy nie wróciły o oznaczonej porze?

— Tak.

— Co można zrobić?

— Do rana nic.

Vaintè opanowało przeczucie nieszczęścia, które udzieliło się wszystkim obecnym.

— Chcę, by bardzo duży uzbrojony oddział był gotów do wyruszenia jutro o świcie. Poprowadzę go.

Obudziła się, gdy pierwsze światło dnia przebiło się przez drzewa. Posłała fargi, by wezwały Kerricka. Ziewnął, przeciągnął się i poszedł za eistaa, jeszcze nie do końca przebudzony. Vaintè nie wzywała Alakensi, ale ta i tak przyszła. Jak zawsze starała się gorliwie dojrzeć coś, o czym będzie mogła donieść Malsas‹. Gdy przybyły nad rzekę, Stallan i uzbrojone strażniczki już wsiadały na łodzie. Kerrick płynął kiedyś nimi, ale wciąż ciekawiły go te stworzenia. Jedno było właśnie karmione; z pyska zwisały mu jeszcze nogi i ogon małego aligatora. Ukryte pod muszlą drobne oczka łodzi wyszły lekko z orbit, wilgotna skóra z trudem się rozciągnęła i reszta aligatora zniknęła w paszczy. Chłopiec wsiadł wraz z innymi. Pilotka pochyliła się i krzyknęła komendę wprost do ucha łodzi. Tkwiące pod nimi ciało zaczęło rytmicznie pulsować i wyrzucać strugi wody. Mała flotylla ruszyła w górę rzeki pod krwistoczerwonym o świcie niebem.

Stallan płynęła w pierwszej łodzi, pokazując drogę. Po obu brzegach powoli przesuwały się pola, pasące się na nich zwierzęta uciekały lub przyglądały się tępo. Obok osuszonych pól znajdowały się starannie zachowane i ogrodzone kawałki moczarów. Wielkie drzewa, dobrze ukorzenione w błocie, pozostawiono na miejscu i włączono w żywopłot Rósł już wysoko, jego gałęzie były sprężyste i mocne. Musiały być takie, bo znajdujące się w zamkniętej przestrzeni uruktuby były największymi stworzeniami na ziemi. Gdy się poruszały, olbrzymie cielska powodowały fale zalewające płoty. Drobne głowy wydawały się groteskowo małe na końcach długich szyi. Skubały drzewa i brodziły głęboko w bagnie, szukając roślin podwodnych. Jedno z młodych, większe już od mastodonta, wrzasnęło ostro i wpadło z pluskiem do wody, gdy łodzie przepływały w pobliżu. Kerrick nie był nigdy w tej części miasta. Dokładnie zapamiętywał szlak, którym płynęli.

Gdy minęli ostatnie pole, zaczęły się nie oczyszczone mokradła. Stallan skierowała małą flotyllę w wąski kanał. Po obu jego stronach rosły wysokie drzewa, ich powietrzne korzenie sterczały wysoko ponad łodziami. Kwiaty rosły tu w wielkiej obfitości, z konarów zwisały białe naroślą. W powietrzu unosiły się też roje gryzących owadów. Kerrick zabił jednego, który na nim usiadł. Zaczął żałować, że wzięły go na tę wycieczkę. Nie miał jednak wyboru.

Płynęli teraz wolniej, pokonując coraz węższe kanały, aż w końcu Stallan dała znak zatrzymania się.

— To tu pracowały — zawołała.

Zapanowało milczenie. Słychać było tylko skrzekliwy głos ptaka, zataczającego koła nad ich głowami. Nie dostrzegły ani śladu pracujących. Strażniczki ściskały broń, rozglądając się na wszystkie strony. Nic. Wreszcie Vaintè przerwała martwą ciszę.

— Musimy je znaleźć. Rozproszcie się po tych kanałach. Uważajcie! Kerrick miał dobry wzrok i pierwszy zauważył jakiś ruch.

— Tam! — krzyknął. — W nurcie. Coś się tam rusza. Broń natychmiast została skierowana w tę stronę, aż Stallan krzyknęła:

— Zaczniecie strzelać i pozabijacie się nawzajem. Albo mnie. Płynę tam. Kierujcie hèsotsany w inną stronę!

Jej łódź wolno ruszyła do przodu. Stojąc jedną nogą na muszli zwierzęcia, Stallan wpatrywała się w mrok wodnego tunelu.

— W porządku — zawołała. — To jedna z naszych łodzi. — Potem, po długim milczeniu, dodała: — Jest pusta.

Odnaleziona łódź zadrżała, gdy uderzyła w nią łódź Stallan. Drgnęła mocnej, gdy łowczyni na nią wskoczyła. Musiała głośno krzyczeć komendy i mocno kopać, nim łódź oderwała się od brzegu. Zbliżając się do innych łodzi, Stallan milczała, lecz jej wskazujący palec był dostatecznie wymowny.

Coś tkwiło w grubej skórze łodzi. Stallan wychyliła się i wyciągnęła to, aż łódź zadrżała z bólu. Kerrick poczuł, jak głośno bije mu serce w piersi, gdy Stallan pokazała wyciągnięty przedmiot.

Strzała Tanu!

Stallan zanurzyła strzałę w rzece, by ją umyć, po czym wychyliła się i podała ją Vaintè. Ta obracała drzewce na wszystkie strony, jakby odczytując zatrważającą wiadomość. Jej grube ciało skręcało się w gniewie i odrazie. Gdy spojrzała na Kerricka, cofnął się jak uderzony.

— Poznajesz, prawda? Ja też wiem, co to jest Wyrób ustuzou z ostrym kamiennym czubkiem. A więc jest więcej tych wstrętnych ustuzou. Nie zabiłyśmy ich wszystkich. Ale zabijemy teraz. Zabijemy wszystkie, co do jednego. Znajdziemy je i wyrżniemy. Ląd Gendasi* jest wielki, ale za mały by ukryć ustuzou. Zostaną Yilanè lub ustuzou. — To Yilanè zwyciężą!

Wszystkie, które to słyszały, syczały potwierdzająco. Kerrick poczuł nagły lęk, że najpierw zabiją jego. Vaintè uniosła strzałę, by rzucić ją daleko, potem opuściła rękę i zamilkła. Spojrzała na Kerricka z nowym, nagłym zainteresowaniem.

Śmierć Sòkain i pozostałych zostanie wykorzystana — pomyślała. Siedziała w milczeniu i bezruchu dłuższy czas, nie widząc ani Alakensi, ani żadnej innej. Wpatrywała się w dal, w coś, co było tylko dla niej widoczne. Czekały cierpliwie, aż znów się poruszyła i odezwała.

— Stallan, będziesz szukać dalej, póki się nie upewnisz, że wszystkie pracujące tu zginęły. Wróć przed zmrokiem. Ja płynę do miasta. Tam mam obowiązki.

Nieruchomo i cicho siedziała przez całą drogę powrotną do Alpèasaku. Myślała. W myślach rozważała i dopełniała swój plan i gdyby odważyła się ruszyć, wszystkie by go dokładnie poznały. Przezwyciężyła bezruch dopiero, gdy znalazły się w basenie. Przesunęła oczyma po szerokich plecach Alakensi, zawahała się chwilę i ruszyła dalej.

Miała w głowie gotowy plan.

ROZDZIAŁ XIX

Nigdy nie odnaleziono nawet śladu po zespole mierniczym. Jedynym smutnym świadectwem ich losu była strzała. Vaintè zaniosła ją sama do komory, gdzie powiększyła zbiór zdobytych przedmiotów ustuzou, spoczywających w wystającej ze ścianie kasetce. Potem zasiadła na swym siedzisku mocy i posłała po Vanalpè i Stallan. Wraz z nimi przybyła zawsze kręcąca się w pobliżu Alakensi. Zajrzał także Kerrick, ale eistaa odesłała go gestem. Nie mogła teraz znieść obecności ustuzou. W trójkę długo omawiały sprawę bezpieczeństwa miasta. Będzie więcej pułapek, więcej straży, lecz na razie żadnych zespołów mierniczych. Potem Vaintè odesłała rozmówczynie i zawołała jedną z fargi, ostatnio awansowaną na jej pomocnicę, tę, która najlepiej mówiła.