— Wkrótce przybędzie uruketo. Gdy wyruszy, odpłyniesz na nim. Chcę, byś wróciła do Inegban* i odnalazła Malsas‹. Masz jej powiedzieć to, co teraz usłyszysz. Powtórzysz dokładnie moje słowa. Rozumiesz?
— Tak, Eistao. Zrobię, jak rozkażesz.
— Oto przesłanie: Pozdrowienia dla Malsas‹, przekazuję ci wiadomość od Vaintè z Alpèasaku. To ważna, pełna gniewu i smutku wiadomość. Mamy straty. Zginęła Sòkain. Ją i inne Yilanè zabiły ustuzou tego samego gatunku, który dokonał masakry na plaży narodzin. Nie widziałyśmy ich, ale wiemy to na pewno. Znalazłyśmy broń z drewna i kamienia, której użyły. Owe ustuzou muszą zostać odnalezione i zabite. Czają się skrycie w dżunglach wokół Alpèasaku. Muszą zostać odnalezione, muszą zostać wybite. Do nogi. Gdy popłynie uruketo do Alpèasaku, proszę cię, byś wysłała nim wiele fargi umiejących celnie strzelać, z hèsotsanami i zapasowymi strzałkami. Uważani to za konieczne. Los Alpèasaku wymaga śmierci ustuzou.
Vaintè zamilkła, przytłoczona powagą i zdecydowaniem swych słów. Fargi słaniała się przerażona, iż musi przekazać tak straszliwą wiadomość. Vaintè była jednak dość silna, by się opanować. Kazała fargi powtarzać wiadomość, aż ta zapamiętała ją dokładnie.
Następnego dnia po odpłynięciu uruketo Vaintè posłała po Kerricka. Od wielu dni nie spotykał się z nią i szedł z niepokojem. Niepotrzebnie. Vaintè miała teraz na głowie wiele ważnych spraw, co dostrzegł natychmiast Wyglądała na zadowoloną z jego przyjścia.
— Inlènu* — zawołała i wielka postać posłusznie się zbliżyła. — Staniesz przy wejściu, zasłonisz je ciałem i nikogo nie będziesz wpuszczać. Zrozumiałaś?
— Odejdą.
— Tak, ale mów to bardziej stanowczo: Odejdź, rozkaz Vaintè. Powtórz!
— Odejdź, rozkaz Vaintè.
— Teraz dobrze. Wykonaj!
Inlènu* była dobrą odźwierną; słychać było tupot zmykających przed jej złowieszczą postacią. Vaintè zwróciła się do Kerricka tonem wydającej rozkazy eistai.
— Powiesz mi teraz wszystko o ustuzou, twoim gatunku ustuzou. Mów.
— Nie pojmuję znaczenia słów, Eistao.
Vaintè dostrzegła jego strach i uświadomiła sobie, że zadała zbyt ogólne pytanie. Musi być bardziej konkretne.
— Jak się nazywa miasto ustuzou?
— Ustuzou nie mają miast. To jest pierwsze miasto, które zobaczyłem. Ustuzou mieszkają w… — Na próżno szukał w pamięci. Od dawna nie słyszał marbaku, ani nim nie mówił, więc teraz nie znajdował słów. Poprzestał na opisie miękkiej budowli wykonanej ze skór, zawieszonej na tyczkach. — Są one rozkładane, a tyczki ciągną… wielkie zwierzęta z włosami.
— Dlaczego są rozkładane? Dokąd ciągną?
Kerrick wzruszył ramionami, potem wiercąc się, z trudem składał szczątki wyblakłej pamięci.
— Tak po prostu się robi. Poluje się w jednym miejscu, ryby łowi w innym. Tak po prostu się robi.
Wciąż pytając, Vaintè uzyskała kilka dalszych odpowiedzi. Jak się okazało, ustuzou żyją w grupach podobnych do stada, które wymordowały, są też inne grupy, ale nie wiadomo ile. Zatarte przez czas wspomnienia chłopca były mgliste i niepewne. W końcu Vaintè miała dość wypytywania i przerwała je jednym gestem. Pora na ważniejszą sprawę. Wykorzystując strach i stosując nagrody, wytrenuje to ustuzou, by zrobiło co trzeba. Zmieniła swe zachowanie i zaczęła przemawiać jak eistaa, kierująca życiem miasta i jego mieszkanek.
— Mogę cię w każdej chwili zabić lub kazać zabić — wiesz o tym.
— Wiem — drżał, zaskoczony nagłą zmianą tonu.
— Mogę też cię nagrodzić i sprawić, by cię szanowano, a nie uważano za ustuzou, najniższego z niskich. Chciałbyś tego, prawda? Siedzieć przy mnie, kazać innym pracować dla siebie. Mogę to zrobić, ale ty z kolei musisz coś zrobić dla mnie. Coś, co tylko ty możesz zrobić. Musisz zrobić dla mnie coś, co tylko ty możesz uczynić.
— Zrobię, o co poprosisz, Eistao, ale nie zrozumiałem, co powiedziałaś. Nie wiem, o czym mówisz.
— O tym, co robisz, gdy mówisz jedno, a myślisz drugie. O tym co zrobiłeś Stallan. Powiedziałeś jej, że się dusisz, a się nie dusiłeś.
— Nie wiem, o co ci chodzi — powiedział Kerrick, udając niewinność, głupotę i niewiedzę.
Vaintè poruszyła się radośnie.
— Wspaniale! Właśnie teraz to robisz. Mówisz co innego i myślisz co innego. Przyznaj się albo zabiję cię na miejscu.
Kerrick zląkł się nagłej zmiany nastroju Vaintè, groźnych ruchów jej otwartego pyska. Przybliżyła się do niego, odsłaniając tuż przed nim straszliwe kły.
— Zrobiłem to, tale, przyznaję. Zrobiłem to, by uciec.
— No widzisz. — Cofnęła się i niebezpieczeństwo minęło. — To, co zrobiłeś, to to czego nie potrafi żadna Yilanè, niech się nazywa kłamstwem. Wiem, że skłamałeś, wiem też, że niewątpliwie będziesz mnie okłamywał w przyszłości. Nie mogę temu zapobiec, ale choćbyś skłamał Inlènu*, nie pomoże ci to w ucieczce. Teraz, gdy wiemy, że kłamiesz, wykorzystamy to dobrze. Skłamiesz dla mnie. Zrobisz to dla mnie.
— Zrobię, co rozkaże Eistaa — powiedział Kerrick, choć niewiele z tego rozumiał.
— Słusznie. Zrobisz, co każę. Nigdy nikomu nie powiesz o tym rozkazie, bo wtedy zginiesz. Oto kłamstwo, które wypowiesz, a musisz je wypowiedzieć z wielkim przejęciem. Musisz powiedzieć: „Tam, wśród drzew, jest ustuzou, widziałem je!” Oto te słowa. Teraz je powtórz.
— Tam, w drzewach widziałem ustuzou.
— Nieźle. Nie zapomnij! A powiesz to dopiero wtedy, gdy ci rozkażę. Uczynię wtedy taki gest.
Kerrick zgodził się chętnie. Było to łatwe, choć nie widział w tym sensu. Groźby były dlań dostatecznie jasne, by nie zapomnieć słów ani znaku. Wędrując przez miasto, mruczał je pod nosem.
Minęło wiele dni, odkąd Kerrick widział Enge po raz ostatni. Rzadko teraz myślał o niej, bo każdą chwilę wypełniało mu używanie dopiero co odzyskanej wolności. Początkowo niechętnie wędrował sam, lecz obecność tępej Inlènu* dodawała mu trochę otuchy, jako pewien środek bezpieczeństwa. Po opuszczeniu swego pokoju odkrył szybko, jak naprawdę przebiegają podziały w społeczności Yilanè. Prędko zrozumiał, że znajdował się w pobliżu wierzchołka, bo często go widywano w towarzystwie eistai, siedzącego u jej boku. Dla bezimiennych fargi był to dowód na to, jak wysoko stał nad nimi. Niezdarnie okazywały mu szacunek.
Chodząc zielonymi korytarzami, widział, jak fargi, które potrafiły opanować język, szybko włączały się w życie miasta. Zostawały strażniczkami, przygotowującymi jedzenie, rzeźniczkami, nadzorczyniami grup robotnic, rolniczkami, zajmowały się rozlicznymi sprawami, o których niewiele wiedział. Z tymi Yilanè rozmawiał jak z równymi sobie lub stojącymi odrobinę wyżej i było to chętnie akceptowane.
Szacunek w sposobie zwracania się rezerwował dla przywódczyń. Ich pozycja była oczywista, choć nie zawsze pojmował, co robiły. Otaczał je tłum pomocnic i asystentek, a te z kolei, gotowe na każde wezwanie, starały się zdobyć ustaloną pozycję w strukturze miasta.
Kerrickowi, który to wszystko obserwował, niewiele pozostawało czasu na tęsknotę za codziennymi odwiedzinami Enge. Miasto było mrowiskiem, w którym aż roiło się od różnorakich działań. Brakowało mu kogoś, kto wyjaśniłby jakąś niezrozumiałą stronę życia w Alpèasaku. Kilka razy pytał o swą nauczycielkę, lecz z szorstkich odpowiedzi wnioskował, że nie należy poruszać tego tematu. Zaciekawiło go to jednak. Enge i Vaintè rozmawiały, jakby były równe sobie. Skąd więc ta niechęć nawet do imienia Enge? Odrzucił jednak myśl, by zapytać Vaintè, gdzie może znaleźć Enge. Eistaa dała mu jasno do zrozumienia, że to ona zaczyna i kończy rozmowę.