Выбрать главу

Enge spotkał przez czysty przypadek. Vaintè pozwoliła mu odejść w pobliżu ambesed. Zauważył poruszenie wśród fargi. Pytały się nawzajem o coś i wszystkie spieszyły w jednym kierunku. Zaciekawiony, poszedł za nimi i zdążył akurat zobaczyć, jak cztery Yilanè niosą piątą. Nie mógł w ścisku podejść bliżej, a postanowił nie zwracać na siebie uwagi i nie kazał im się rozstąpić. Już miał odejść, gdy te same cztery Yilanè powróciły. Szły teraz wolno z rozdziawionymi gębami. Skóry miały ubrudzone, nogi oblepione czerwonym mułem. Kerrick poznał, że jedną nich jest Enge. Zawołał ją, spojrzała na niego. Słuchała, ale się nie odzywała.

— Gdzie byłaś? — spytał. — Nie widywałem cię.

— Moje umiejętności językowe nie są już potrzebne, ustały więc nasze spotkania. Pracuję teraz na nowych polach.

— Ty? — W pytaniu było zdumienie, zaskoczenie.

— Ja. — Trzy towarzyszki stanęły wraz z nią. Skinęła im, by poszły dalej, prosząc Kerricka o to samo.- Muszę wracać do pracy.

Szedł szybko obok niej. Była w tym tajemnica, którą chętnie by poznał. Nie wiedział jednak, od czego zacząć.

— Ta, którą tu przyniosłyście. Co się z nią stało?

— Ukąszenie węża. Tam, gdzie pracujemy, jest ich wiele.

— Dlaczego ty? — Gdy rozmawiali idąc, nikt ich nie słyszał. Człapiąca ciężko Inlènu* nie liczyła się. — Rozmawiasz z eistaą jak równa z równą, a mimo to wykonujesz teraz pracę gorszą niż najniższa fargi. Dlaczego?

— Niełatwo podać przyczynę. Ponadto eistaa zakazała mi mówić o tym wszystkim z Yilanè.

Enge dostrzegła kryjącą się w tych słowach dwuznaczność. Kerrick nie był Yilanè. Wskazała Inlènu*.

— Każ jej iść przed nami, tuż za tymi trzema. Gdy tylko zostali sami, Enge odezwała się z napięciem, jakiego nigdy przedtem nie zauważył.

— Robię to, co i tamte, bo mamy własne niezachwiane przekonania, z którymi nie zgadzają się rządzące. Kazano nam je porzucić, ale nie mogłyśmy. Bo gdy raz odkryje się prawdę, nie można się od niej odwrócić.

— O jakiej prawdzie mówisz? — spytał zdumiony Kerrick.

— O niepokojącej prawdzie, że świat i to, co wokół się dzieje, wygląda inaczej, niż można w pierwszej chwili dojrzeć. Czy myślałeś o tym kiedyś?

— Nie — zapewnił szczerze.

— Powinieneś. Choć jesteś młody i nie należysz do Yilanè. Zastanawiałam się nad tobą, odkąd zacząłeś mówić; twoje istnienie jest ciągle dla mnie zagadką. Nie jesteś Yilanè, ale też nie potwornym ustuzou, bo nauczyłeś się mówić. Nie wiem, czym jesteś, ani jakie miejsce zajmujesz w układzie rzeczy wyższych.

Kerrick zaczął żałować, że spotkał Enge. Nie mógł zrozumieć sensu jej słów. Mówiła dalej bardziej do siebie niż do niego.

— Nasza wiara musi być prawdziwa, bo jest w niej siła przekraczająca zdolność pojmowania niewierzących. Ugunenapsa zrozumiała to jako pierwsza, całe życie spędziła na porządkowaniu myśli, zmuszaniu się do zrozumienia nowego. Na wprowadzaniu w życie pojęć, których przedtem nie było. Mówiła innym o swej wierze, a one śmiały się z niej. Wieści o tym doszły do eistai jej miasta. Ta kazała jej wszystko opowiedzieć. Posłuchała. Mówiła o tym, co jest w nas, czego nie można zobaczyć, co odróżnia nas od nierozumnych zwierząt Zwierzęta nie mówią. Mowa jest przeto głosem tej wewnętrznej rzeczy, jest ona życiem i wiedzą o śmierci. Zwierzęta nic nie wiedzą o życiu i śmierci. Są, potem ich nie ma. Ale Yilanè wiedzą — a teraz wiesz i ty. Muszę rozwiązać wielką zagadkę, którą muszę ogarnąć. Kim jesteś? Czym jesteś? Gdzie jest twe miejsce we wzorze?

Enge obróciła się do Kerricka, zajrzała mu w oczy, jakby mogła tam znaleźć odpowiedź na swe pytanie. Nie miał jej jednak nic do powiedzenia i zrozumiała to.

— Kiedyś może się dowiesz — powiedziała. — Jesteś jeszcze za młody. Wątpię mocno, czy zdołasz pojąć cud wizji, jakiej doznała Ugunenapsa, wizji prawdy, którą usiłowała wyjaśnić innym. A także udowodnić! Rozgniewała eistaę, która kazała jej porzucić te fałszywe przekonania i żyć jak wszystkie Yilanè od jaja czasu. Ugunenapsa odmówiła, przedkładając swe przekonania ponad miasto i rozkazy jego eistai. Eistaa spostrzegła nieposłuszeństwo, zdarła z niej imię, wygnała z miasta. Czy wiesz, co to znaczy? Nie, nie możesz wiedzieć. Yilanè nie może żyć poza miastem i bez swego imienia, odkąd je otrzyma. Wygnanie oznacza śmierć. Od jaja czasu odesłane z miasta Yilanè skazane były na śmierć. Odrzucenie jest tak silne, że Yilanè natychmiast pada, szybko traci przytomność i wkrótce umiera. Zawsze tak było.

Enge wpadła teraz w dziwny nastrój, przypominało to uniesienie i zachwyt Stanęła, ujęła lekko Kerricka obiema rękoma i patrząc mu w oczy, próbowała przekazać to, w co wierzyła.

— Ale Ugunenapsa nie umarła. W świecie zaszło coś nowego, coś się zmieniło. Nowa prawda była ciągle potwierdzana. Zostałam wygnana z Inegban*, skazana na śmierć — a nie umarłam. Żadna z nas nie umarła, dlatego jesteśmy tu. Nazywają nas Córami Śmierci, bo według nich zawarłyśmy przymierze ze śmiercią. To nieprawda. Nazywamy siebie Córami Życia i tak jest naprawdę. Bo żyjemy tam, gdzie inne giną.

Kerrick uwolnił się z jej zimnych, łagodnych objęć, odwrócił i skłamał:

— Za daleko odszedłem. Nie wolno mi przebywać tu, na polach. — Szarpnął smyczą, unikając wzroku Enge. — Inlènu*, wracamy.

Enge patrzyła w milczeniu, jak odchodził, potem odwróciła się ku polom. Wtedy Kerrick obejrzał się i ujrzał, jak powoli człapie pylistą drogą. Pokręcił bezradnie głową, zastanawiając się nad tym, co mówiła. Zauważył rosnące w pobliżu pomarańcze i pociągnął ku nim Inlènu*. Wyschło mu w gardle, słońce mocno piekło, rozumiał tylko co dziesiąte słowo Enge. Nie mógł wiedzieć, że jej wiara stanowiła pierwsze pęknięcie w trwającej od milionów lat jednorodności Yilanè. Być Yilanè to żyć jak Yilanè. Nie można było sobie wyobrazić nic innego. Aż do tego czasu.

Spotkali tu uzbrojone straże, tak jak wokół całego miasta. Przyglądały mu się ciekawie, gdy zrywał z drzewa dojrzałe owoce. Strażniczki zapewniały bezpieczeństwo w dzień, natomiast potrzaski chroniły miasto w nocy. Ale w ostatnich dniach strażniczki niczego nie spostrzegły — w potrzaski wpadały tylko wielkie ilości różnych zwierząt Ustuzou-zabójcy nigdy nie powrócili.

Przez cały czas niezbędny dla pokonania oceanu przez uruketo w drodze do Inegban* i z powrotem nie było dalszych napaści na miasto. Gdy uruketo przybyło, Vaintè czekała ze swą świtą, aż wielka bestia zostanie przywiązana do nabrzeża. Erafnaiś, która jako pierwsza wyszła na ląd, stanęła przed Vaintè i oficjalnie oddała jej cześć.

— Eistao, przywożę wiadomość od Malsas‹, bardzo przejętej okrucieństwem ustuzou. Mam dla ciebie prywatne przesłanie, ale kazała mi też głośno wezwać was do czujności i umacniania się oraz do zniszczenia ustuzou. W tym celu przysłała swe najlepsze łowczynie z hèsotsanami i strzałkami. Pomogą ci całkowicie usunąć zagrożenie.

— Wszystkie myślimy tak samo — powiedziała Vaintè. — Pójdziemy razem, bo chcę usłyszeć co nowego w Inegban*.

Było wiele nowości i w odosobnieniu, mając za świadka jedynie Alakensi, Vaintè słuchała opowiadania Erafnaiś.

— Zima była łagodna. Straciłyśmy część zwierząt, ale pogoda była lepsza niż w poprzednich latach. Tyle zdarzyło się dobrego.Teraz o złych wydarzeniach. Nieszczęście dotknęło uruketo. Padła ich ponad połowa. Rosły zbyt szybko i osłabły. Tuczone są inne uruketo, lecz mieszkańcy Inegban* nie przybędą tego lata do Alpèasaku ani następnego i następnego.