Выбрать главу

— Przywiozłaś smutne słowa — powiedziała Vaintè. Także Alakensi wyraziła swój smutek. — Tym pilniejsze jest wyniszczenie ustuzou. Musisz powrócić z wieściami o naszym rozkwicie, by zatrzeć wrażenie nieszczęść, które się zdarzyły. Musisz zobaczyć makietę naszego miasta. Alakensi, wyślij fargi, by natychmiast przyprowadziła do nas Stallan.

Alakensi nie spodobało się, że została posłana z poleceniem jak byle fargi, ukryła jednak niezadowolenie i odwróciła się, by przekazać rozkaz. Gdy doszły do modelu, Stallan już tam była.

Alpèasak nie powiększył się od śmierci Sókain, lecz wzmocniono jego obronę. Stallan wskazała na nowe cierniowe żywopłoty i posterunki, na których uzbrojone Yilanè czuwały teraz dzień i noc.

— Jaki może być pożytek z warty w nocy? — podchwytliwie spytała Alakensi. Odpowiedź Stallan była zdecydowana.

— Bardzo mały. Strażniczki są jednak chronione, mają grzejniki i płaszcze, tak iż nie cierpią chłodu. Nie muszą też codziennie wędrować z miasta i do miasta. Czuwają od świtu od zachodu.

— Uważam, że należy mądrzej wykorzystywać siły — Alakensi nie była przekonana. Vaintè załagodziła spór, co było niezwykłe, bo zazwyczaj ignorowała słowa Alakensi.

— Może Alakensi ma rację. Musimy się upewnić. Sprawdzimy to same razem z tobą, Erafnaiś, abyś mogła po powrocie opowiedzić Malsas‹ o naszej obronie.

Przemierzały miasto całą grupą; na czele Stallan i Vaintè, a pozostałe w tyle, zgodnie ze swymi pozycjami. Kerrick — a z nim zawsze obecna Inlènu* — szedł tuż za dowódczynią uruketo. Z tyłu ciągnęły pomocnice i fargi. Z powodu deszczu Vaintè, podobnie jak inne, opatulona była płaszczem. Deszcz był jednak tak ciepły, że Kerrick nie włożył płaszcza, chciał czuć na skórze jego krople.

Uważnie przyglądał się drodze, którą szli, mijając pola i żywe wrota. Któregoś dnia pokona tę drogę samotnie. Nie wiedział, jak tego dokona, ale był pewien, że tak się stanie.

W pobliżu puszczy, na skraju ostatniego pola, rosła kępa drzew. Gdy zbliżyli się do niej, dostrzegli pnącza i cierniste krzewy, które pozostawiały tylko jedno wejście do warowni. Stallan wskazała Yilanè z hèsotsanem stojącą na platformie u góry.

— Gdy czuwają, nikt nie przejdzie — powiedziała.

— Wydaje się to wystarczające — potwierdziła Vaintè, zwracając się do Alakensi, jakby czekając na akceptację. Potem ruszyła za lasek. Stallan poprosiła ją, by się zatrzymała.

— Są tam różnego rodzaju zwierzęta. Przed tobą muszą iść strażniczki.

— Zgoda. Jestem jednak eistaą i w Alpèasaku chodzę, gdzie chcę. Z moimi doradczyniami. Możesz zatrzymać tu resztę grupy.

Ale gdy ruszyły, poprzedzał je szereg czujnych strażniczek z przygotowaną bronią. Stallan wskazała potrzaski i inne środki obrony po drugiej stronie lasku.

— Dobrze zrobione — powiedziała Vaintè. Alakensi zaczęła protestować, lecz eistaą nie zwróciła na to uwagi, zwracając się do Erafnaiś.

— Po powrocie powiadom o tyra wszystkim Malsas‹. Alpèasak jest strzeżony i nic mu nie grozi. Obróciła się, dając jednocześnie Kerrickowi umówiony znak. Powtórzyła go, gdy się zagapił. Wtedy zrozumiał.

— Tam! — krzyknął głośno. — Tam, wśród drzew. Widziałem ustuzou.

Wrzeszczał tak przerażająco, że wszystkie odwróciły się i rozejrzały. W chwili, gdy uwaga wszystkich zwrócona była na drzewa, Vaintè opuściła na ziemię swój płaszcz. Pod nim miała drewnianą strzałę o kamiennym grocie.

Trzymając ją oburącz, odwróciła się cicho i zatopiła grot w piersi Alakensi.

Widział to tylko Kerrick, który jako jedyny nie wpatrywał się w drzewa. Alakensi chwyciła kciukami za drzewce, rozwarła szeroko przerażone oczy, otworzyła usta do krzyku, a potem zachwiała się i upadła.

Kerrick zrozumiał, do czego potrzebne było jego kłamstwo. I natychmiast brnął dalej:

— Strzała ustuzou wyleciała z drzew. Trafiła Alakensi! Vaintè odeszła na bok, a wokół niej trwał gorączkowy ruch.

— Strzała z drzew — zawołała Inlènu*; zwykle powtarzała to, co usłyszała. Inne robiły to samo i fakt został uznany. Słowo jest czynem, czyn jest słowem. Odciągnięto ciało Alakensi, Stallan i Erafnaiś podskoczyły, by osłonić Vaintè.

Kerrick szedł na końcu. Zerknął jeszcze raz na ścianę dżungli, tak bliską, lecz nieskończenie odległą, potem szarpnął za smycz łączącą obręcze na szyi i Inlènu* posłusznie ruszyła za nim.

ROZDZIAŁ XX

Vaintè przebywała samotnie w swojej komorze, by unaocznić rozpacz po śmierci lojalnej Alakensi. Kerrick powiedział oczekującym Yilanè, gdy tylko wyszedł z pomieszczenia: — Nie chce nikogo widzieć.

Wszystkie odeszły ze smutkiem. Taki z niego wspaniały kłamca! Vaintè podziwiała jego talent, podglądając i podsłuchując przez małą szparkę w listowiu. Zawsze marzyła o takiej umiejętności. Schowała się teraz przed wzrokiem pozostałych, gdyż każdy jej ruch wyrażał zwycięstwo i radość. Nikt jednak tego nie widział, bo publicznie pojawiła się dopiero w kilka dni po odpłynięciu uruketo. Wtedy już nie musiała lamentować po śmierci Alakensi, nie było to w zwyczaju Yilanè. Bez względu na to, kim była Alakensi, opuściła grono żyjących. Po śmierci ciało nie należało już do niej, zajęły się nim najniższe fargi, na których spoczywał taki obowiązek. Vaintè wydawała rozkazy, wszystkie mieszkanki przychodziły po polecenia. Kerrick trzymał się z dala i tylko obserwował. Czuł, że w powietrzu wisi coś niezwykłego, widać to było po postawie ciała Vaintè. Każdą przybywającą witała po imieniu, czego nigdy przedtem nie czyniła.

— Vanalpè — ty, która wyhodowałaś to miasto od ziarna, jesteś tu. Stallan, strzegąca nas przed niebezpieczeństwami tego świata, jesteś tu. Zhekak, której wiedza służy nam wszystkim, Akasest, która dostarczasz nam pożywienia, jesteście tutaj.

Wymieniła je tak wszystkie, aż się zebrał mały, lecz ważny zespół przywódczyń Alpèasaku. Słuchały w skupionym milczeniu, co Vaintè ma im wszystkim do przekazania.

— Niektóre z was są tu od samego lądowania, od pierwszego dnia, nim jeszcze powstało miasto. Inne zaś przybyły później, tak jak ja. Ale teraz wszystkie pracujecie ciężko dla chwały i rozwoju Alpèasaku. Słyszałyście o hańbie, jaka spadła na nas w dniu mego przybycia do miasta, o morderstwie samców i młodych. Wymazałyśmy z pamięci tę zbrodnię, ustuzou, które jej dokonały, dawno nie żyją. Nigdy się ona nie powtórzy. Nasze plaże narodzin są bezpieczne — strzeżone, ciepłe, ale puste.

Słuchały tych słów z przejęciem; gdy skończyła, przeszedł je dreszcz, jakby powiało niewidzialnym wiatrem. Nieporuszenie stał tylko Kerrick, który słuchał równie pilnie jak wszystkie i czekał niecierpliwie na dalsze słowa Vaintè.

— Tak, macie rację. Nadeszła pora. Tłuste, nieruchawe samce muszą zapełnić złote piaski. Już czas. Zaczynamy.

Przez cały swój pobyt w Alpèasaku Kerrick nie widział takiego podniecenia. Yilanè poruszały się szybciej niż zwykle. Śmiały się i rozmawiały głośno. Bardzo zaciekawiony, szedł za nimi przez miasto aż do wejścia do hanalè, ogrodzonego terenu, na którym mieszkały samce. Strażniczka Ikemend odeszła na bok, wyraźnie zadowolona z ich przybycia. Kerrick ruszył za nimi, lecz zatrzymało go szarpnięcie żelaznej obręczy na szyi. Inlènu* stała milcząca i nieporuszona jak skała, gdy ciągnął za łączącą ich smycz. Rozległ się huk zamykanych drzwi.

— Co to znaczy, co się stało? Mów, rozkazuję ci — powiedział zdenerwowany. Inlènu* zwróciła na niego okrągłe, puste oczy.