— My nie — powiedziała, potem powtórzyła. — Nie my.
Nie zdołał jej zmusić, by powiedziała coś więcej. Jakiś czas jeszcze o tym myślał, ale potem zapomniał o wszystkim, jak o wielu innych niewytłumaczalnych zjawiskach, w tym pełnym tajemnic mieście.
Poznawał Alpèasak po kawałku, wszystko go ciekawiło. Yilanè wiedziały, że cały czas jest blisko eistai, przeto żadna nie stawała mu na drodze. Nie próbował opuścić miasta — strażniczki i Inlènu* zapobiegały temu — lecz wewnątrz chodził, gdzie chciał. Było to dla niego naturalne, gdyż dzieci sammadu postępowały tak samo. Ale coraz mniej pamiętał swoje wcześniejsze życie. Nic mu nie przypominało poprzednich przeżyć. Wkrótce przystosował się do zwolnionego tempa życia Yilanè.
Każdy dzień zaczynał się tak samo. Z pierwszym światłem miasto budziło się do życia. Kerrick jak inni mył się sam, lecz w przeciwieństwie do nich czuł rano pragnienie i głód. Yilanè jadły tylko raz dziennie, i to nie zawsze, jednocześnie pijąc. Z nim było inaczej. Codziennie rano pił do syta z wodo-owoców. Potem zjadał owoc odłożony poprzedniego wieczora. Jeśli miał jakieś ważne zajęcie, kazał fargi przygotować owoce, lecz przeważnie starał się to robić sam. Fargi, choćby tłumaczył im nie wiadomo jak długo, wracały zawsze z owocami uszkodzonymi i zgniłymi. Nie robiło im to różnicy. Przyzwyczajane do zwierzęcej karmy, zjadały to, co dostawały. Jeśli jadł w obecności fargi, zbierały się wokół i tępo gapiły w napięciu, usiłując zrozumieć, co robi. Co odważniejsze próbowały owoców, zaraz je wypluwając. Nieodmiennie bawiło to pozostałe. Początkowo Kerrick próbował odsyłać fargi, zdenerwowany ich stałą obecnością, lecz zawsze wracały. W końcu, jak inne Yilanè, przywykł do ich obecności, ledwo zwracając na nie uwagę. Odsyłał je tylko wtedy, gdy chciał mówić o czymś, co było ważne lub dotyczyło jego samego.
Powoli zaczynał dostrzegać w pozornym nieuporządkowaniu Alpèasaku rządzący i kierujący wszystkim naturalny ład. Gdyby miał analityczny umysł, porównałby może krzątaninę Yilanè do rozgardiaszu mrówek w ich podziemnych siedzibach. Na pozór bezsensowna bieganina kryła w istocie podział ról. Robotnice zbierały pożywienie, niańki pielęgnowały młode, opancerzone, uzbrojone w kleszcze wartowniczki broniły przed napaścią — a w samym sercu tego wszystkiego królowa podejmowała decyzje zapewniające istnienie mrowiska. Nie była to może bliska analogia, choć nieco do niej zbliżona. Nigdy mu jednak nie przyszła do głowy, był tylko chłopcem, przystosowującym się do niezwykłych okoliczności. Tak jak wszyscy tu nie dokonywał żadnych porównań, gdy bezmyślnie deptał nogami mrówki.
Często wybierał się rano z fargi wysłaną przez którąś z pasterek po owoce rosnące w gajach wokół miasta. Była to przyjemna wycieczka, dopóki nie nastało upalne południe. Jego rosnące wciąż ciało domagało się ćwiczeń. Chodził szybko, nawet biegał, słysząc z tyłu ciężki galop ciągnącej za nim Inlènu*. Często musiał przystawać, bo zbyt się rozgrzewała i nie mogła iść dalej. Choć ociekał potem, czuł wyraźnie swą wyższość, wiedząc, że może biec dalej, w przeciwieństwie do Yilanè, nawet tak silnej jak Inlènu*.
Sady owocowe i zielone pola wokół miasta tworzyły rozerzające się i ciągle zmieniające kręgi. Asystentki Vanalpè i ich pomocnice tworzyły nowe odmiany roślin. Niektóre z nowych owoców i warzyw były pyszne, inne brzydko pachniały lub miały gorszy smak. Próbował wszystkich, gdyż wiedział, że przed posadzeniem sprawdzano, czy nie są trujące.
Różnorodne rośliny przeznaczone były dla coraz liczniejszych rodzajów zwierząt Kerrick nie miał pojęcia o głęboko zakorzenionym konserwatyzmie Yilanè, o ich liczącej miliony lat kulturze, która ulegała zmianom jedynie w krótkich okresach, kiedy nie zagrażało to stałości i ciągłości ich życia. Przyszłość będzie taka jak przeszłość, niezmienna i stała. Ostrożnie manipulując genami, tworzono nowe gatunki; nigdy żadnego nie usuwano. Puszcze i dżungle Gendasi* zawierały ekscytująco nowe rośliny i zwierzęta, zadziwiające nawet Vanalpè i jej pomocnice. Kerrick znał większość z nich, dlatego go nie interesowały. Natomiast ciekawiły go ogromne, powolne zimnokrwiste zwierzęta, które kiedyś nazywał murgu. Zapomniał już tego określenia, podobnie jak i innych słów marbaku.
Tak jak Alpèasak wyrósł z Inegban*, tak życie starego świata kwitło w nowym. Kerrick potrafił spędzić pół dnia na przyglądaniu się, jak trójrożny nenitesk zrywa listowie nieświadom głodu. Opancerzona skóra i wielkie płyty ochronne przed czaszkami rozwinęły się jako obrona przed drapieżnikami, które wymarły miliony lat temu. Być może jedynie małe ich grupki przetrwały w jakichś starych miastach Entoban*. Ślady genetyczne tego zagrożenia tkwiły nadal w mózgach gigantycznych stworzeń; czasem, gdy coś je spłoszyło, kręciły się w kółko i podrywały rogami wielkie kawały ziemi, jakby walcząc z dawnymi wrogami. Zdarzało się to jednak wyjątkowo, zwykle przedzierały się przez gąszcz, pochłaniając wszystko dookoła. Kerrick odkrył wkrótce, że jeśli poruszał się powoli, mógł podejść całkiem blisko do olbrzymich bestii, bo nie widziały nic groźnego w jego maleńkiej sylwetce. Ich skóry były mocno pomarszczone, małe, kolorowe jaszczurki chodziły im po grzbietach, właziły w fałdy, szukając pasożytów. Pewnego dnia, nie zważając na niespokojnie szarpiącą smycz Inlènu*, podszedł tak blisko, że mógł dotknąć wyciągniętą ręką zimnej, szorstkiej skóry jednego z gigantów. Wywołało to niespodziewany skutek. Przez chwilę ujrzał w pamięci inne wielkie, szare stworzenie, mastodonta Karu, unoszącego trąbę, by obsypywać grzbiet piaskiem, patrzącego bystro jednym okiem na Kerricka. Obraz zniknął równie szybko, jak się pojawił; tkwiła przed nim szara ściana boku neniteska. Nagle znienawidził to stworzenie, tę nieczułą skałę, nieruchomą i głupią. Odwrócił się i miał właśnie odejść, gdy coś zaniepokoiło zwierzę. Z jakiegoś powodu wziął innego neniteska za napastnika, rozległ się łomot gigantycznych cielsk, huk zderzających się pancerzy i rogów. Kerrick przyglądał się, jak niszczą małe drzewa i rozrzucają ziemię, aż im się to znudziło i rozdzieliły się.
Miejscem, którego Kerrick nie lubił, była rzeźnia, gdzie codziennie zabijano i ćwiartowano wiele zwierząt Zabijano szybko i bezboleśnie; u wejścia do zagrody strażniczka po prostu strzelała do wprowadzanych zwierząt. Do środka wciągały je wielkie bestie, bardzo silne i głupie, najwidoczniej zupełnie obojętne na to, że brodziły po brzuchy we krwi. Wewnątrz szła rzeźnicka robota: rozcinano i krajano na kawałki jeszcze ciepłe ciała, potem wrzucano je do kadzi z enzymem. Kerrick przywykł już do galaretowatego, na wpół strawionego mięsa i dlatego nie miał ochoty oglądać, jak jest przygotowywane.
Laboratoria, w których pracowały Vanalpè, Zhekak i ich asystentki były dlań niepojęte, a przeto nudne. Kerrick rzadko tam chodził. Wolał poznawać niezwykle drobiazgowy model rosnącego miasta lub rozmawiać z samcami. Odkrył je niedługo po tym, jak nie wpuszczono go na plażę narodzin. Nikogo tam nie wpuszczano poza strażniczkami i opiekunkami. Dostrzeżone przez ciernistą zaporę wokół plaż tłuste samce wylegujące się na słońcu wydawały mu się niewiarygodnie tępe.
Co innego samce w hanalè. Nie pamiętał już, jakim wstrząsem było dla niego odkrycie, że wszystkie spotkane Yilanè, nawet najstraszniejsze, jak Stallan, są samicami. Traktował to teraz jako rzecz normalną, gdyż dawno zapomniał, jaką rolę grała sprawa pici u Tanu. Po prostu ciekawiła go nie widziana nigdy część miasta. O przyczynę niewpuszczania go do hanalè wiele razy pytał Vaintè. Bawiło ją to, choć nie wyjaśniała dlaczego. Zdecydowała, że nie należało mu, jako samcowi, bronić wejścia, ale Inlènu* nie mogła wejść — dlatego zakazywano tego i jemu. Myślał o tym długo, aż znalazł rozwiązanie. Wejdzie przez drzwi, które za nim zamkną. Zostawi za nimi Inlènu*, choć nadal będzie ich łączyć niezniszczalna więź.