Выбрать главу

Nie mógł się wprawdzie ruszyć od drzwi, tak iż nie widział całego wnętrza hanalè. Ale to nie miało znaczenia, gdyż samce przyszły do niego, uradowane tym urozmaiceniem w swoim nudnym życiu.

Kerrick nie potrafił odróżnić samców od samic. Był na tyle młody, że nie uważał tego za ważne. Dopiero gadatliwość samców, gdy przeszło im podniecenie wywołane jego odwiedzinami, skłoniła je do odsłonięcia swej natury.

Choć od czasu do czasu odzywały się do niego również inne samce, to przede wszystkim Alipol witał go chętnie, gdy tylko się zjawił. Ikemend zarządzała wszystkimi sprawami dotyczącymi hanalè. Ale Alipol rządził za drzwiami. Skierowano go z Inegban* na to odpowiedzialne stanowisko przywódcy. Był znacznie starszy od innych, wybranych jedynie ze względu na młodość i dobre zdrowie. Alipol był w dodatku artystą, czego Kerrick długo nie wiedział. Wyszło to na jaw, gdy pewnego razu Alipol nie zjawił się i Kerrick musiał wezwać innego samca.

— Alipol jest, jak zwykle, zajęty swą sztuką — powiedział i poszedł dalej. Kerrick nie zrozumiał tego wyrażenia: większość samców używała jeszcze prymitywniejszego języka niż fargi. Użyte przez samca słowa odnosiły się do piękna, robienia rzeczy, nowych przedmiotów. Alipol nie zjawił się tego dnia, dopiero podczas następnej wizyty. Kerrick zdradził zaciekawienie jego zajęciem.

— Sztuka jest najważniejszą, może i największą sprawą spośród wszystkich na świecie — powiedział Alipol. — Ale te głupie młode samce nie wiedzą o tym, a brutalne samice na pewno nie mają pojęcia o jej istnieniu.

Alipol, jak i inne samce, zawsze tak mówił o samicach, z mieszaniną strachu i szacunku, której Kerrick nie mógł zrozumieć. Nie chciały mu wyjaśnić, skąd się to bierze i dlatego dawno już zaprzestał pytań.

— Opowiedz mi, proszę, o tym, co robisz — powiedział Kerrick. Alipol zareagował na prośbę trochę podejrzliwie.

— Nie wiem, czy warto. — Ale po chwili dodał: — Zostań tu, a pokażę ci, co robię. — Odszedł na chwilę, a gdy wrócił, zapytał: — Czy widziałeś kiedyś neniteska?

Kerrick nie wiedział, po co go o to pyta, lecz przyznał, iż widział wielkie bestie. Alipol zniknął, by pojawić się z przedmiotem, którego widok wywołał radość Kerricka. Ucieszyło to Alipola. — Widzisz to, czego nie dostrzegają inni — powiedział po prostu.

Alipol trzymał przed sobą złączone dłonie — wszystkie cztery kciuki tworzyły czarkę, w której spoczywał delikatny wizerunek neniteska, błyszczący jasno w słońcu, jakby utkany z promieni światła. Oczy figurki płonęły czerwono, reszta, a więc ogon i rogi, wielkie tarcze i słupowate nogi odbijały promienie słońca. Nachyliwszy się nisko, Kerrick zobaczył, że maleńkie zwierzę zrobione jest z cienkich pasemek jakiegoś lśniącego materiału, splecionych razem w zawiłe wzory. Dotknął palcem i stwierdził, że figurka jest twarda.

— Co to jest? Jak to zrobiłeś? Nigdy nie widziałem czegoś takiego.

— Splotłem z drutu, srebrnego i złotego drutu. Dwóch metali, które nigdy nie tracą blasku. Oczy z małych klejnotów, które przywiozłem z Inegban*. Można je znaleźć w strumieniach i pokładach gliny, a ja umiem je szlifować.

Później Alipol pokazał Kerrickowi inne zrobione przez siebie rzeczy; wszystkie były cudowne. Kerrick docenił jego kunszt Chciałby mieć któryś z tych przedmiotów, nie odważył się jednak powiedzieć o tym głośno w obawie, że przeszkodzi to rodzącej się przyjaźni.

Miasto rosło i rozkwitało, wciąż jednak obawiano się ustuzou. W czasie pory deszczowej, gdy na północy panował mróz, było strzeżone wzdłuż linii obronnych. Gdy na północ wracało ciepło, Stallan organizowała wypady wzdłuż wybrzeża. Tylko raz natrafiły na większą grupę ustuzou; zabiły wszystkie, którym nie udało się uciec. Napadano też na mniejsze grupy i zabijano, a raz wrócono z rannym jeźdźcem. Kerrick poszedł wraz z innymi, by zobaczyć paskudne, pokryte futrem stworzenie. Nie poczuwał się do jakiejkolwiek wspólnoty z nim. Nigdy nie odzyskało przytomności i wkrótce zmarło. Tylko ten jeden wypadek zakłócił życie miasta, gdyż wszystkie pozostałe rozegrały się daleko i dotyczyły jedynie Stallan oraz jej towarzyszek.

Zmiany pór roku w Alpèasaku podkreślały upływ czasu. Miasto rosło leniwie i jak żywe stworzenie wkraczało do puszczy i dżungli, zajęło spory szmat ziemi nad rzeką i morzem. Wieści z Inegban* wydawały się tak odległe, że nierzeczywiste. Mówiły o pogodzie, której tu nie odczuwano, o nie przeżytych burzach. Ostatnie zimy były na tyle łagodne, iż sądzono, że oznacza to koniec chłodnego okresu. Tylko uczone twierdziły, że to chwilowa poprawa. Mówiły o pomiarach temperatury powietrza i wody dokonywanych na stacji zimowej w Teskhets, wskazywały na rosnącą liczbę drapieżnych, dzikich ustuzou, wypieranych przez zimno z ich zwykłych siedlisk na północy.

W Alpèasaku interesowano się tymi wieściami, choć traktowano je jak opowieści o dalekich krajach. Hodowano tam coraz więcej uruketo. To była dobra wiadomość; pozwalała sądzić, że pewnego dnia Inegban* przybędzie do Alpèasaku i oba miasta się połączą. Tymczasem tu było wiele do roboty, a słońce jak zawsze zsyłało żar.

Dla Kerricka trwało nieprzerwane lato. Nie tęsknił nigdy do śniegów i zimy. Ze swego uprzywilejowanego miejsca w pobliżu eistai obserwował rozwój miasta i sam rósł wraz z nim. Wspomnienia z życia, które wiódł niegdyś, blakły coraz bardziej. Powracały jedynie z rzadka w niepokojących snach. Myślał jak Yilanè, traktowano go jak swojego. Nie był już ustuzou. Nie był już Ekerikiem. Vaintè zawołała go kiedyś po imieniu, zmieniła jego znaczenie i odtąd nie mówiono o nim jak kiedyś. Nie był już Ekerikiem, powolnym i głupim, lecz Kerrickiem, bliskim środka.

Nowe imię podkreślało też to, że urósł, dorównał wzrostem Yilanè, zaczął je przewyższać. Miał teraz na sobie tyle włosów, że unutakh zdechł, może z przejedzenia. Zastąpiono go nowym, większym i bardziej żarłocznym. Stracił rachubę czasu; brak zimy i wiosny pory roku czynił podobne do siebie.

Kerrick nie wiedział o tym, że ma już piętnaście lat, gdy Vaintè wezwała go do siebie.

— Rano popłynę uruketo do Inegban*.

Kerrickowi było to obojętne, lecz udawał, że żałuje rozstania z Vaintè. Inegban* było dla niego tylko pustym dźwiękiem.

— Zbliżają się wielkie zmiany. Nowe uruketo osiągają dojrzałość i gdy minie jedno lato, najwyżej dwa, Inegban* zostanie porzucony. Jego mieszkanki tak są przejęte strachem przed przyszłością i zmianami, że nie dostrzegają naszych prawdziwych kłopotów. Nie boją się grożących nam ustuzou, lecz widzą Córy Śmierci podkopujące nasze siły. Czekają mnie wielkie zadania i musisz mi pomóc. Dlatego popłyniesz ze mną do Inegban*.

Kerricka to zainteresowało. Podróż wewnątrz uruketo, ocean, odwiedziny nowego miejsca. Był podniecony i trochę przestraszony. Vaintè poznała to po nim; zbyt przejęty, nie potrafił kłamać.

— Będziesz zwracał na siebie powszechną uwagę, a ja to wykorzystam. — Spojrzała na niego kpiąco. — Jesteś zbyt podobny do Yilanè. Musisz im uświadomić, że byłeś kiedyś ustuzou, że jesteś nim nadal.

Podeszła do szpary, w którą wiele lat temu wetknęła nożyk i wyjęła go. Zhekak zbadała go przed laty stwierdzając, że to prymitywne narzędzie wykonano z żelaza meteorytowego. Potem pokryła je przeciwrdzewną osłoną. Vaintè podała teraz nóż swej pierwszej asystentce Etdeerg i kazała przymocować do obręczy na szyi chłopca. Etdeerg zrobiła to za pomocą skręconego, złotego drutu. Fargi przyglądały się temu z zainteresowaniem, usiłując zrozumieć toczącą się rozmowę.