— Wygląda to na tyle dziwnie, że wzbudzi zainteresowanie — powiedziała Vaintè, rozpłaszczając ostre końce drutu. Po raz pierwszy od wielu lat dotknęła palcami skóry Kerricka i zdziwiło ją jej ciepło. Ten bez zaciekawienia zerknął na tępy nóż, o którym zupełnie zapomniał.
— Ustuzou owijają się skórami, ty też miałeś je na sobie, gdy cię tu przyprowadzono. — Na jej znak Etdeerg rozwinęła paczkę i wyciągnęła gładką skórę sarny. Fargi spojrzały z niesmakiem, nawet Kerrick się odsunął.
— Przestańcie — rozkazała Vaintè. — Nie ma na niej wszy i brudu. Została wysterylizowana i wyczyszczona, będzie to powtarzane codziennie. Etdeerg, zdejmij fałszywą sakwę i okryj go skórami.
Vaintè rozkazała, by fargi odeszły, a Inlènu* zamknęła drzwi.
Etdeerg zerwała sączek i próbowała nałożyć skórę, lecz zapięcia znajdowały się w niewłaściwym miejscu. Poszła je poprawić, a Vaintè spojrzała z ciekawością na Kerricka. Zmienił się, urósł. Patrząc teraz na niego, czuła pożądanie zmieszane z odrazą. Podeszła bliżej i dotknęła go. Kerrick zadrżał. Vaintè roześmiała się z zadowoleniem.
— Jesteś samcem, bardzo podobnym do naszych samców. Masz jednego zamiast dwóch — ale reagujesz jak oni!
Kerrick reagował z niepokojem na jej ruchy, próbował się cofnąć, lecz chwyciła go mocno drugą ręką i przyciągnęła blisko siebie.
Vaintè była teraz pobudzona i agresywna jak wszystkie samice Yilanè, a on wyrywał się, choć jednocześnie zachowywał się jak każdy samiec.
Nie miał pojęcia, co się z nim stało, zaskoczyło go dziwne, nieznane uczucie. Ale Vaintè wiedziała dobrze, do czego zmierza. Była eistaą, mogła robić, co tylko chciała. Wyćwiczonymi ruchami przewróciła chłopca na podłogę i dosiadła, obserwowana z uznaniem przez Etdeerg.
Jej skóra była chłodna, lecz jemu było ciepło, dziwnie ciepło. A potem to nastąpiło. Nie wiedział, co to było, był jednak pewien, że w całym swym dotychczasowym życiu nie doznał niczego tak wspaniałego.
ROZDZIAŁ XXI
— Przekazuję z szacunkiem wiadomość od Erafnaiś — powiedziała fargi wolno i starannie, drżąc przy tym wysiłku, jakim było dla niej powtórzenie meldunku. — Załadunek ukończony. Uruketo może wypłynąć.
— Idziemy — oznajmiła Vaintè. Etdeerg i Kerrick podeszli na jej skinienie. Eistaa przyjrzała się zgromadzonym wokół niej przywódczyniom Alpèasaku, po czym oświadczyła bardzo oficjalnie i uroczyście: — Miasto jest wasze do mojego powrotu. Dbajcie o nie. Macie me zaufanie.
Po tych słowach ruszyła. Wolno przemierzała miasto, Kerrick i Etdeerg szli za nią w odpowiedniej odległości.
Kerrick dawno już nauczył się panować nad sobą, wydawał się więc równie spokojny jak wszystkie. Ale w środku gotował się od sprzecznych uczuć. Z niecierpliwością czekał na podróż, lecz obawiał się też zmiany w swym uporządkowanym życiu. A wczorajsze zdarzenie? Ciągle nie potrafił zrozumieć, co robiła Vaintè. Co spowodowało owo wszechogarniające go doznanie? Czy się jeszcze powtórzy? Miał taką nadzieję. Ale co to było?
Pamięć o życiu uczuciowym Tanu, różnicach płci, śmiesznych, ukradkowych szeptach starszych chłopców, nawet o odczuwanej niegdyś przyjemności przy dotykaniu nagiego ciała Ysel, opuściła go całkowicie. Przytłoczona została koniecznością dostosowania się do Yilanè. Samcy w hanalè nigdy nie rozmawiali o swych związkach z samicami, w każdym razie nigdy przy nim. Z Inlènu* trudno było o tym mówić. Kerrick nic nie wiedział o sprawach seksu u Yilanè i u Tanu, łamał sobie głowę nad tą podniecającą tajemnicą.
Gdy doszli do portu, wschodzące słońce barwiło im za plecami niebo na czerwono. Podniecone przygotowaniami do podróży enteesenaty wzlatywały nad fale i wpadały do morza w kipiel czerwonawej piany. Kerrick wszedł jako ostatni, opuścił się przez otwór w wysokiej płetwie i stanął, mrużąc oczy w słabo oświetlonym wnętrzu. Podłoga pod nim zafalowała, zachwiał się i upadł. Zaczął się rejs.
Nowa sytuacja szybko straciła dla Kerricka swój urok, mało tu było do oglądania i zupełnie nic do roboty. Większość miejsca zajmowały martwo-żywe ciała saren i stalakeli. Te ostatnie leżały w stosach z bezwładnymi, drobnymi przednimi łapami i szeroko rozwartmi pyskami, przypominającymi ostre dzioby. Niektóre sarny, choć nieruchome, miały jednak otwarte oczy. Widać to było w świetle luminescencyjnych pasków. Czuł się nieswojo na myśl, że mogą go widzieć, że płaczą w swym uśpieniu. Było to niemożliwe, ale tak to sobie wyobrażał. Pomieszczenie zamknęło się nad nim szczelnie. W lęku przed nieznanym zacisnął pięści. Niepokój powiększał sztorm. Płetwa uruketo pozostawała zamknięta, a powietrze wewnątrz coraz bardziej cuchnęło.
W mroku Yilanè drętwiały i zasypiały. Tylko jedna, co najwyżej dwie, stały na wachcie. Spróbował kiedyś zagadnąć Yilanè przy sterze, ale nie odpowiedziała; całą swą uwagę skupiała na busoli.
Kerrick zasnął pod koniec sztormu, gdy wzburzone morze zaczęło się uspokajać. Przebudziło go chłodne, przesycone solą powietrze. Yilanè marzły, sięgały po płaszcze, a jemu świeże powietrze i światło sprawiały przyjemność. Szarpał za smycz, aż ociężała Inlènu* obudziła się i otuliła płaszczem. Pociągnął ją ku szparze w płetwie. Szybko wspiął się po żebrowaniach na szczyt płetwy, gdzie stała opatulona szczelnie Erafnaiś. Inlènu* została niżej, na ile pozwalała jej na to smycz. Trzymając się mocno osłony, patrzył na toczące się ku nim, załamujące się na grzbiecie uruketo zielone fale, ze śmiechem wystawiał twarz na słone bryzgi. Przebijające się przez chmury promienie słońca oświetlały ogrom morza, rozciągającego się na szerokość horyzontu. Zadrżał z chłodu, założył ręce na ramiona, lecz nie odchodził. Erafnaiś odwróciła się, dostrzegła chłopca i zdziwiła jego wyglądem.
— Zmarzłeś. Zejdź na dół. Weź płaszcz.
— Nie, podoba mi się tutaj. Rozumiem teraz, dlaczego przebywasz morze w uruketo. Nic nie może się z tym równać. Erafnaiś była bardzo zadowolona.
— Mało kto tak uważa. Gdyby teraz pozbawić mnie morza, czułabym się nieszczęśliwa. — W tym ostatnim słowie zabrzmiał ton rozpaczy, a nawet obawa przed śmiercią. Blizna na plecach utrudniała wyrażenie tego dokładniej, nie miał jednak wątpliwości, co dla niej znaczy morze.
Nad nimi przeciągało stadko mew i Erafnaiś powiedziała:
— Jesteśmy już niedaleko lądu. To ta ciemna kreska, tam, nisko na horyzoncie. Brzeg Entoban*.
— Słyszałem tę nazwę, lecz nigdy nie rozumiałem, co oznacza.
— To wielki ląd, tak wielki, że nigdy nie upłynięto go wokół, bo morza na południu są zbyt zimne. Jest macierzą Yilanè, pola ich miast stykają się tu ze sobą.
— To nasz cel? Erafnaiś przytaknęła:
— Jego północne wybrzeże. Wpierw przez przejście zwane Genaglè dostaniemy się do ciepłych wód Ankanaal, na którego brzegach leży Inegban*.
Słowo to wymawiała z uczuciem przyjemności i smutku.
— Ciesz się, że mamy teraz środek lata, bo ostatnia zima była najcięższa w całej historii miasta. Zbiory zniszczały. Zwierzęta zginęły. Bestie z północy napadły na stada. A raz, na krótko, z chmur spadła twarda woda i nim stopniała, leżała biała na ziemi.
Twarda woda? Znaczenie było jasne, ale do czego się odnosiło? Chciał poprosić o wyjaśnienie, ale w tym momencie przypomniał sobie, ostro i wyraźnie, obraz gór pokrytych śniegiem. Towarzyszył temu strach i ból zapomnienia. Przetarł oczy — potem spojrzał na morze, usiłując przestać o tym myśleć. Cokolwiek to było, sprawiało ból.