Выбрать главу

— Zimno mi — było to półkłamstwo, półprawda — wrócę do ciepłego wnętrza.

Pewnego ranka Kerrick obudził się w cieple i słońcu, którego promień wpadał przez otwartą płetwę. Wspiął się na nią szybko. Vaintè i Etdeerg już tam były. Zdziwił się ujrzawszy je, lecz ponieważ nic nie mówiły, sam też się nie odzywał. Vaintè nie lubiła wypytywania. Zerknął na nią kącikiem oczu. Czoło i boki silnych szczęk miała pokryte czerwonym barwnikiem w zgrabnie nałożonych splotach i łukach. Twarz Etdeerg nie była umalowana, lecz jej ręce wydawały się owinięte czarnymi pnączami, kończącymi się liściastymi wzorami na wierzchu dłoni. Kerrick nigdy nie widział u Yilanè takich ozdób. Zdołał jednak powstrzymać ciekawość i zaczął się przyglądać brzegowi, który przesuwał się powoli. Pokryte zielonymi lasami wzgórza wyraźnie odcinały się od błękitu nieba.

— Inegban* — powiedziała Etdeerg, zawierając w tym jednym słowie pełnię uczuć.

Puszcze przeplatały się tu z trawiastymi polami, na których pasące się zwierzęta wyglądały jak ciemne figurki. Gdy minęli przylądek, ukazał się wielki port Na jego brzegach leżały plaże Inegban*.

Kerrick, dla którego Alpèasak było cudownym miejscem, przekonał się teraz, czym naprawdę może być miasto. Okazał swój podziw, co bardzo ucieszyło Vaintè i Etdeerg.

— Kiedyś i Alpèasak będzie taki — powiedziała Vaintè. — Nie za naszego życia, bo Inegban* rośnie od jaja czasu.

— Alpèasak będzie większe — dodała Etdeerg z chłodną pewnością. — Uczynisz je takim, Vaintè. Twym placem budowy jest cały nowy świat Dokonasz tego.

Vaintè nie zareagowała. Ale i nie zaprzeczyła.

Gdy uruketo wpływało do portu wewnętrznego, Erafnaiś weszła na szczyt płetwy, by wydawać rozkazy. Wielkie stworzenie zwolniło i stanęło, unosząc się na spokojnej wodzie. Wyprzedziła je para enteesenatów, które zawróciły gwałtownie przed pływającą zaporą z wielkich klocków. Nie chciały zetknąć się z długimi, parzącymi mackami meduz zwieszających się z bali. Enteesenary miotały się, niecierpliwie czekając, aż zapora otworzy się na tyle, by mogły dosięgnąć przygotowanej nagrody — wyczekiwanego od dawna jedzenia. Przeciągało się to, gdyż czekano na wysłane z portu uruketo. Mniejsze niż zwykle, jeszcze nie w pełni wyszkolone, opornie słuchały poleceń. Wreszcie je poskromiono i odciągnęły zaporę, a enteesenaty natychmiast rzuciły się w otwarte szerokie wrota. Przybyłe z daleka uruketo wpłynęło za nimi wolniej.

Kerrick gapił się w milczeniu. Nabrzeża były długie, dziś w całości wypełnione oczekującymi ich przybycia Yilanè. Za nimi wznosiły się pnie pradawnych drzew, tkwiące wysoko w górze ich konary i liście zdawały się sięgać nieba. Droga wiodąca z nabrzeża do miasta była tak szeroka, że przeszedłby nią uruktub. Wypełniające ją Yilanè rozstąpiły się, przepuszczając niewielki orszak. Na jego czele cztery fargi niosły pudło wykonane z łagodnie wygiętego drewna, obwieszone barwnymi tkaninami. Jego przeznaczenie ujawniło się, gdy fargi postawiły je ostrożnie na ziemię, a potem przykucnęły z tyłu. Ktoś odsunął tkaninę i na ziemię zeszła Yilanè, błyszcząca oślepiająco złoconą twarzą. Vaintè natychmiast ją poznała.

— Gulumbu — powiedziała, starając się nie ujawniać żadnych uczuć. Pozwoliła sobie tylko na odrobinę niechęci. — Znam ją od dawna. A więc to ona siedzi teraz przy boku Malsas‹. Spotkamy się z nią.

Wysiedli i oczekiwali na nabrzeżu, aż Gulumbu wolno podejdzie. Bardzo uprzejmie przywitała Vaintè, ledwo zauważyła obecność Etdeerg i powoli przesunęła oczyma po Kerricku, jakby go nie dostrzegając.

— Witamy w Inegban* — powiedziała. — Witamy cię, Vaintè, która wznosisz teraz Alpèasak za burzliwym morzem, w twym macierzystym mieście.

Vaintè odpowiedziała jej równie uroczyście:

— Jak się miewa Malsas‹, Eistaa naszego miasta?

— Kazała mi powitać cię i poprowadzić na spotkanie z nią w ambesed.

W czasie powitania zabrano lektykę. Vaintè i Gulumbu szły obok siebie, prowadząc cały orszak w stronę miasta. Kerrick i Etdeerg wraz z innymi pomocnicami podążali za nimi w milczeniu, bo taki był zwyczaj podczas uroczystości.

Kerrick chłonął wszystko rozszerzonymi oczyma. Od korytarza, którym szli, odchodziły inne, równie ogromne, zatłoczone Yilanè — i nie tylko nimi. Wśród tłumu przemykały małe zwierzęta o ostrych pazurach i kolorowych łuskach. Niektóre z mijanych po drodze większych drzew miały wycięte w korze stopnie, które okrążały je i prowadziły do platform. Yilanè, często o pomalowanych twarzach i ciałach, patrzyły z platform na rojącą się ciżbę. Jedno z tych drzew-mieszkań, większe od innych, otaczały uzbrojone strażniczki. Z góry spoglądały Yilanè, których ruch i głosy świadczyły, że są samcami.

Nie widział nigdy zainteresowania pracą i oszczędnych rozmów, jakie znał z Alpèasaku. Yilanè wskazywały nań ostentacyjnie i słyszał jak rozmawiały o jego dziwnym wyglądzie.

Były też inne Yilanè, których nigdy nie widział. Niektóre o połowę niższe od pozostałych. Trzymały się teraz razem, ustępowały innym, rozglądały się smutnymi oczyma i nic nie mówiły. Kerrick dotknął ręki Etdeerg i wskazał na nie pytająco.

— Ninsè — powiedziała dyskretnie — yiliebe.

Nieodpowiadające, tępe. Kerrick dobrze to rozumiał. Na pewno nie umiały mówić ani nie rozumiały tego, co do nich mówiono. Nic dziwnego, że są nieodpowiadające. Etdeerg nie chciała nic więcej o nich powiedzieć, dlatego tak to pytanie, jak wiele innych zostawił na później.

Ambesed było tak olbrzymie, że za zgromadzonymi tłumami nie widział jego drugiego skraju. Wszystkie się rozstąpiły przed orszakiem zmierzającym do słonecznej, ulubionej ściany, gdzie na platformie obwieszonej licznymi miękkimi tkaninami siedziała Malsas‹ ze swymi doradczyniami. Złote i srebrne malunki na jej twarzy i rękach lśniły jaskrawo, zawiłe sploty złota spływały w dół, kryjąc pozbawione talii ciało z wystającymi żebrami. Mówiła coś do pomocnicy, nie zwracając uwagi na orszak, póki nie znalazł się tuż przed nią. Chciała w ten sposób podkreślić swoją pozycję. Potem zwróciła się do Vaintè, prosząc ją, by podeszła. Zrobiono miejsce u boku Malsas‹ i obie eistae wymieniły pozdrowienia.

Kerrick przyglądał się temu wszystkiemu, nie zwracając uwagi na padające słowa. Zdziwił się więc, gdy podeszły do niego dwie Yilanè i chwyciły go za ręce. Odciągany, spojrzał ze strachem na Vaintè, która gestem kazała mu się nie opierać. Nie miał wyboru. Trzymany mocno, pozwolił się prowadzić a Inlènu* posłusznie szła z tyłu.

Niedaleko ambesed znajdowały się drzwi do dziwnej budowli. Trudno było ocenić jej wielkość, bo zakrywały ją drzewa miasta. Między pniami widać było jedynie tafle z prześwitującej chityny. Przed nimi tkwiły mocne drzwi z tego samego materiału, bez klamek i otworów. Trzymając go nadal mocno za ramię, jedna Yilanè ścisnęła gałkę obok drzwi. Odsunęły się, a za nich wyjrzała fargi. Kerrick wraz z podążającą za nimi Inlènu* został wepchnięty do środka. Drzwi się zamknęły.

— Tędy — powiedziała fargi do Inlènu*, ignorując Kerricka. Potem odwróciła się i odeszła. Krótki korytarz z tego samego chitynowego budulca wiódł do następnych drzwi. Potem następnych. Za nimi znajdowała się niewielka komora. Fargi zatrzymała się tu i nakazała Inlènu* — opuścić błonę oczną. Sama zsunęła na oczy przeźroczystą błonę mrużną. Potem wysunęła dłoń z rozstawionymi szeroko kciukami, chcąc położyć je na powiekach Kerricka.