— Słyszałem cię — powiedział, odsuwając jej rękę. — Trzymaj przy sobie brudne kciuki. — Fargi osłupiała, nie spodziewając się, że Kerrick mówi. Dopiero po chwili doszła do siebie. — Koniecznie trzeba zamknąć oczy — powiedziała wreszcie. Potem opuściła swoje błony i ścisnęła czerwoną, bulwiastą narośl na ścianie.
Kerrick ledwo zdążył zamknąć oczy, poczuł, że spada na nich gdzieś z wysoka strumień ciepłej wody.
Parę palących, gorzkich kropel dostało mu się do ust, trzymał więc odtąd wargi kurczowo zaciśnięte. Prysznic ustał, ale jednocześnie fargi krzyknęła: — Oko… zamknąć!
Zamiast wody poczuli strumień powietrza, które szybko osuszało ciało. Kerrick odczekał, aż skóra będzie zupełnie sucha i ostrożnie poniósł powieki. Błony fargi uniosły się również. Ujrzawszy, że chłopiec ma otwarte oczy, weszła przez ostatnie drzwi do długiej, niskiej komory.
Kerrick nigdy nie widział niczego podobnego. Podłoga, sufit, ściany wykonane były z tego samego twardego materiału. Padające z góry, przez przejrzyste tafle, promienie słońca rzucały na podłogę ruchome cienie liści. Wzdłuż przeciwległej ściany rozciągało się podwyższenie z tego samego materiału. Stały tu nie znane mu przedmioty. Zajmujące się nimi Yilanè nie zauważyły ich wejścia. Fargi odeszła bez słowa. Kerrick nic z tego nie rozumiał. Inlènu*, jak zwykle, nie dbała ani trochę o to, gdzie jest, ani co się dzieje. Odwróciła się tyłem i przysiadła wygodnie na grubym ogonie.
Jedna z robotnic zauważyła ich wreszcie i zwróciła się do krępej, przykucniętej Yilanè, która przyglądała się małemu skrawkowi materiału, jakby to było bardzo ważne. Spojrzała na Kerricka i podeszła do niego. Brakowało jej jednego oka, na jego miejscu widniała zapadnięta, pomarszczona powieka. Drugie było tak wybałuszone, jakby pracowało za dwa.
— Spójrz na to, Essag, spójrz tylko — zawołała głośno. — Zobacz, co przysłano nam zza oceanu.
— To ciekawe, Ikemei — odpowiedziała grzecznie Essag — ale przypomina inny rodzaj ustuzou.
— Rzeczywiście, tyle że to nie ma futra. Po co jest owinięte tkaniną? Zdejmij ją!
Essag ruszyła do przodu, ale Kerrick przemówił bardzo stanowczo.
— Nie dotykaj mnie. Zakazuję.
Essag cofnęła się, a Ikemei krzyknęła radośnie:
— To mówi. Mówiące ustuzou. Nie, niemożliwe, słyszałabym o tym.
Wytresowano go, by zapamiętywało zdania, to wszystko. Jak się nazywasz?
— Kerrick.
— Mówiłam! Dobrze wytresowane.
Kerricka zdenerwowała pewność błędnej oceny Ikemei.
— To nieprawda — powiedział. — Umiem mówić tak jak wy, a znacznie lepiej niż fargi, która mnie tu przyprowadziła.
— Trudno w to uwierzyć — powiedziała Ikemei. — Przypuśćmy jednak, że to, co powiedziałeś przed chwilą, było własnym zdaniem, a nie wykutym. Jeśli jest własnym, to wówczas możesz odpowiadać na pytania.
— Mogę.
— Jak tu przybyłeś?
— Wraz z Vaintè, eistaą Alpèasaku. Przebyliśmy ocean na uruketo.
— To prawda. Lecz to także mogło być wyuczone. — Ikemei długo się namyślała, nim odezwała się znowu. — Nie może być nieskończenie wiele wyuczonych odpowiedzi. A jeśli zapytam cię o coś, o czym twoi treserzy nie mogli wiedzieć? Tak. Powiedz mi, co działo się, zanim otworzyły się drzwi i tu wszedłeś?
— Zostaliśmy skąpani w wodzie o bardzo gorzkim smaku. Ikemei z podziwu aż zatupała.
— Jak cudownie! Jesteś mówiącym zwierzęciem. Jak to się stało?
— Nauczyła mnie Enge.
— Tak. Jeśli ktoś mógł tego dokonać, to właśnie ona. Dość jednak rozmów, będziesz teraz robił, co ci każę. Podejdź do tego stołu.
Kerrick choć wiedział, co robiły, nie miał pojęcia, co go czeka. Essag zwilżyła mu tamponem czubek kciuka, a Ikemei przekłuła nagie czymś ostrym. Ku swemu zdziwieniu Kerrick nic nie poczuł, nawet wówczas, gdy Ikemei wyciskała mu z kciuka wielkie krople krwi. Essag łapała je do maleńkich naczynek, które zamykały się po naciśnięciu ich wierzchołków. Potem rękę chłopca ułożono płasko na równej powierzchni. Po natarciu skóry innym tamponem poczuł najpierw zimno, a potem drętwienie.
— Spójrz tam — powiedziała Ikemei, wskazując do góry. Kerrick podniósł wzrok, lecz nic nie zobaczył. Po opuszczeniu oczu zauważył, że w tym czasie struno-nożem zdjęto mu cienką warstwę skóry. Nie czuł bólu. Kropelki krwi, które zaczęły się pokazywać, przykrył przylegający ściśle bandaż z nefmakela.
Kerrick nie potrafił dłużej powstrzymać ciekawości. — Wzięłyście ode mnie trochę skóry i krwi. Dlaczego?
— Ciekawskie ustuzou. — Ikemei gestem kazała mu położyć się płasko na niskiej ławce. — Na świecie jest pełno cudów. Badam twe ciało, oto co robię. Tamte kolorowe arkusze wykonają badania chromatograficzne, podczas gdy kolumny strącające, te przeźroczyste rury, odsłonią inne chemiczne tajemnice. Zadowolony?
Kerrick zamilkł, nic nie rozumiejąc. Ikemei umieściła mu na piersiach bryłkowate, szare stworzenie i stuknięciem pobudziła je do życia.
— A teraz ultradźwięki zaglądają ci do środka. Gdy skończymy, będziemy wszystko o tobie wiedziały. Wstawaj! Już zrobione. Fargi pokaże ci drogę powrotną.
Ikemei patrzyła z podziwem, gdy Kerrick i Inlènu* opuszczali laboratorium.
— Mówiące zwierzę, po raz pierwszy chce mi się jechać do Alpèasaku. Słyszałam, że są tam różnorodne, interesujące formy życia ustuzou. Z niecierpliwością czekam, kiedy sama je zobaczę. Polecenia.
— Słucham, Ikemei — powiedziała Essag.
— Wykonaj komplet badań serologicznych, wszystkie testy metaboliczne, podaj mi pełen obraz biologii tego stworzenia. Potem zaczniemy właściwą pracę.
Ikemei odwróciła się do stołu laboratoryjnego i jakby po namyśle dodała:
— Musimy dowiedzieć się jak najwięcej o ich procesach metabolicznych. Nakazano mi znaleźć pasożyty, drapieżniki, wszystko, co zdoła wybiórczo niszczyć te gatunki. — Wzdrygnęła się przy tym z niechęcią, a asystentka podzieliła jej niezadowolenie. Ikemei uciszyła ją gestem.
— Znam i podzielam twe uczucia. Tworzymy życie, a nie niszczymy. Tak właśnie, ustuzou stanowią zagrożenie i niebezpieczeństwo. Muszą być oddalone. Tak właśnie, oddalone. Odejdą i przestaną niepokoić nowe miasto, gdy przekonają się, czym to grozi. Nie zabijemy ich, po prostu je odegnamy.
Mówiła to z całą szczerością, jaką starała się z siebie wykrzesać. Mimo to żywiła wraz z Essag rosnącą obawę o plany wykorzystania ich badań. Szacunek dla życia, wszelkiego życia, walczył w nich z posłuszeństwem, chęcią przetrwania.
ROZDZIAŁ XXII
Wielkie wrota zamykały się powoli, tłumiąc odgłosy ambesed. Gdy zamknęły się do końca, zapadła cisza. Vaintè nie zwracała kiedyś uwagi na szczegóły wrót, choć bywała wielokrotnie w tej komorze. Teraz przykuły jej uwagę. Były pokryte zawiłymi, przeplatającymi się rzeźbami różnorodnych roślin i zwierząt, a te z kolei błyszczącymi metalami i klejnotymi. To jeden z wielu przejawów luksusu w tym pradawnym mieście, którego mieszkanki traktowały to jako rzecz naturalną. Ona też kiedyś tak uważała. Jakże różniło się to od dopiero rosnącego Alpèasaku, gdzie w ogóle niewiele było drzwi — a te, które powstały, ciągle mokre były od soków wzrostu. Wszystko tam rosło szybko i nierówno, było nowe i zielone w przeciwieństwie do tego starego i dostojnego miasta. Było zuchwalstwem z jej strony, eistai z dzikiego miasta, iż stanęła przed obliczem panujących w ponadczasowym Inegban*.