Выбрать главу

Vaintè zaniechała tych rozważań. Nie musiała się wstydzić nowego grodu ani popadać w zniechęcenie w tym wielkim mieście. Inegban* jest pradawny i bogaty — lecz musi zginąć. Co do tego nie ma wątpliwości. Drzewa uschną, opustoszałe miasto obejmą we władanie zimne mgły, a te potężne wrota padną pod ciosami czasu, rozszczepią się i rozpadną w pył. Yilanè z Inegban* mogą sobie teraz drwić z prymitywu jej odległego miasta — lecz stanie się ono ich zbawieniem. Vaintè hołubiła tę myśl, ciągle ją powtarzała, dając się jej porwać. Alpèasak stanie się ich wybawieniem — Alpèasak to ona. Gdy zwróciła się ku Malsas‹ i jej przybocznym, stała dumnie, niemal bezczelnie. Zauważyły to i co najmniej dwie z nich poruszały się niespokojnie. Lek Melik i Melpon‹, które znała tak dobrze od wielu lat, oczekiwały od niej pokory. Również Malsas‹ nie przyjmowała z zadowoleniem tego wyraźnego braku szacunku. Mówiła pewnie i stanowczo:

— Wydajesz się bardzo zadowolona, Vaintè, musisz nam powiedzieć dlaczego.

— Cieszę się, że znów jestem w Inegban* ze wszystkimi jego wygodami, pomiędzy efenselè z mego efenburu. Cieszę się, że mogę ci zameldować, iż prace, o których wykonanie prosiłaś idą dobrze. Alpèasak rośnie i kwitnie, jego pola są rozległe, a zwierzęta liczne. Gendasi* to bogaty i żyzny ląd. Alpèasak rośnie tak, jak nie rosło żadne miasto przed nim.

— Jednak twe radosne słowa cień przyćmiewa — powiedziała Malsas‹. — Dla wszystkich widoczne są twoje wahania i zgryzota.

— Jesteś bardzo spostrzegawcza, Eistao — odparła Vaintè. — Jest coś, co kładzie ten cień. Ustuzou i inne zwierzęta tamtego lądu są liczne i niebezpieczne. Nie mogłyśmy założyć plaż narodzin, nim nie usunęłyśmy aligatorów, stworzeń bardzo podobnych do znanych nam krokodyli, nieskończenie liczniejszych. Niektóre gatunki ustuzou są smaczne, jadłaś je sama, gdy zaszczyciłaś nasze miasto swą wizytą. Są też inne ustuzou, które chodząc na zadnich łapach, licho naśladują Yilanè. Spowodowały one wielkie straty i stanowią stałe zagrożenie.

— Doceniam to niebezpieczeństwo. Jak jednak te zwierzęta mogą opierać się naszej broni? Czy nie są silne naszą słabością? W pytaniu krył się zarzut, natychmiast odparty.

— Gdyby to była tylko moja słabość, ustąpiłabym wówczas, aby ktoś silniejszy zajął me miejsce. Rozważ jednak, te niebezpieczne zwierzęta dosięgły naszych szeregów i zabity twoją efenselè, mocną Alakensi, zawsze czujną Alakensi. Może nie ma ich wiele, lecz są niezwykle przebiegłe — zastawiają pułapki. W jednej z nich zginęła Sòkain z wszystkimi towarzyszkami. Jeśli giną fargi, to zawsze znajdziemy inne na ich miejsce. Kto jednak zdoła zastąpić Alakensi czy Sòkain? Gdy ustuzou zabiją nasze zwierzęta, możemy poszerzyć hodowlę. Ustuzou dosięgły jednak i plaż narodzin. Kto zdoła uzupełnić stratę tamtych samców i tamte młode?

Melpon‹ krzyknęła głośno ze wzruszenia. Była bardzo stara i skłonna do objawiania sentymentalnych uczuć wobec plaż narodzin. Jej krzyk był jednak głosem ich wszystkich. Nawet Malsas‹ dała się ponieść emocjom, choć była zbyt doświadczona, by powodować się wyłącznie uczuciami.

— Zagrożenie wydaje się na razie powstrzymane. Dobrze się sprawiłaś.

— To prawda — lecz chcę czegoś więcej.

— Czego?

— Chciałabym wam wszystkim jako pierwszym dostarczyć nowych informacji o ustuzou. Pragnę, byście same je usłyszały z ust złapanego ustuzou.

Malsas‹ zastanowiła się, w końcu wyraziła zgodę.

— Jeśli owa istota ma informacje, które mogą okazać się cenne, to ich wysłuchamy. Czy naprawdę mówi i odpowiada na pytania?

— Przekonasz się sama, Eistao.

Kerrick musiał być w pobliżu, bo wysłanniczka wróciła z nim bardzo szybko. Inlènu* siadła twarzą do zamkniętych drzwi, podczas gdy Kerrick w milczeniu wyraził całemu zgromadzeniu szacunek i oczekiwanie na rozkazy w postawie najniższego wobec najwyższych.

— Każ mu mówić — powiedziała Malsas‹.

— Opowiedz nam o swojej bandzie ustuzou — nakazała Vaintè. — Mów tak, by wszystkie zrozumiały.

Gdy to mówiła, Kerrick zauważył, że ostatnie słowa były sygnałem. Miał teraz przekazać słuchającym to, czego go starannie wyuczono.

— Niewiele jest do opowiedzenia. Polujemy, kopiemy ziemię w poszukiwaniu owadów i roślin. I zabijamy Yilanè.

Odpowiedziały mu gniewne pomruki i szybkie ruchy ciał.

— Powiedz dokładniej o zabijaniu Yilanè — nakazała Malsas‹.

— To naturalna reakcja. Powiedziano mi, że Yilanè czują wrodzony wstręt do ustuzou. Te z kolei odnoszą się tak samo do Yilanè. Jednak, jako istoty krwiożercze, pragną tylko zabijać i niszczyć. Ich dążeniem jest zabicie wszystkich Yilanè. Dokonają tego, jeśli się ich nie zniszczy.

Brzmiało to nieprawdopodobnie nawet w ustach Kerricka. Któż uwierzy w tak oczywiste kłamstwo? A jednak przyjęte zostało natychmiast z ufnością, bo Yilanè same nie umiały kłamać. Kerrick drżał ze strachu przed śmiercią zapowiadaną w ich ruchach i poczuł ulgę, gdy kazano mu opuścić komnatę. Malsas‹ odezwała się natychmiast, gdy tylko drzwi znów się zamknęły.

— Ustuzou muszą być zniszczone natychmiast i bezwzględnie. Do ostatniego. Szukać i niszczyć! Ścigać i zabijać, jak zabito Alakensi, która siedziała najbliżej mnie. Możesz nam teraz powiedzieć, Vaintè, jak tego dokonasz?

Vaintè zdawała sobie sprawę, iż nie powinna okazywać radości z odniesionego zwycięstwa. Myśląc wyłącznie o swych planach, oparła się wygodnie o ogon i wyliczała kolejne działania, które prowadzić miały do zwycięstwa.

— Po pierwsze — potrzeba nam więcej uzbrojonych fargi. Nigdy nie będzie ich za wiele. Strzegą pól, wytaczają ścieżki w dżungli, trzymają ustuzou z dala.

— Tak się stanie — zgodziła się Malsas‹. — Rozmnożyłyśmy hèsotsany i szkolimy fargi w ich używaniu. Gdy będziesz wracać, zabierzesz z sobą tyle uzbrojonych fargi, ile się tylko zmieści w uruketo. Doniesiono mi, że dwa mniejsze uruketo są gotowe do odbycia dłuższego rejsu oceanicznego. Nimi też popłyną fargi. Czego jeszcze trzeba?

— Stworzeń do śledzenia i zabijania. Yilanè nie są zabójczyniami, lecz dzięki naszej wiedzy możemy wyhodować takie istoty, które tym się zajmą.

— Tak też się stanie — powiedziała Lek Melik. — Sporo już dokonano. Teraz, gdy pobrano próbki tkanek ustuzou, badania zostaną doprowadzone do końca. Nadzorująca je Ikemei czeka w pobliżu na wezwanie. Wyjaśni to bliżej.

— Dokonano więc wszystkiego, czego można było dokonać — powiedziała Vaintè, wyrażając radość i wdzięczność.

— Istotnie — potwierdziła Malsas‹, choć w głosie jej brzmiało niezadowolenie. — Nie dokonano, lecz rozpoczęto. A czas nam nie sprzyja. Zajmujące się tymi sprawami wróciły szybciej z Teskhets. Mówiły o chłodnym lecie, wczesnej jesieni. Obawiają się długiej, srogiej zimy. Zawsze musimy posuwać się uważnie, ale przede wszystkim musimy się posuwać.

Tak mocno podkreślała swe słowa, nasycając je gorzkim gniewem i wielkim lękiem, że przytłoczyło to wszystkie słuchające. W milczeniu podzielały jej strach, aż Malsas‹ poleciła:

— Poślijcie po Ikemei. Wysłucham, czego dokonano.

Wysłuchały relacji o postępach badań, a także ujrzały na własne oczy ich wyniki. Ikemei weszła na czele karawany mocno obładowanych fargi, które pośpiesznie złożyły swe ciężary i odeszły. Ikemei ściągnęła osłonę z klatki tak dużej, że mogła pomieścić dorosłą Yilanè.

— Władca niebios — powiedziała z dumą, wybałuszając swe jedyne oko. — Biegły, silny i inteligentny drapieżnik.